sobota, 16 stycznia 2016

Hej, jak leci?

Więc tak, mam dla was propozycję. Nie chcę od razu zakładać, że znów wykażecie się TAAAAAAK wielką... aż mi słowa zabrakło na tą ostatnią ankietę...
Tym razem temat jest chyba prostszy. Trzy rzeczy do wyboru. Koty, psy i konie. Nie mogło być prościej.
Chodzi o ciekawostki na temat ras. Które zwierzę bardziej wam odpowiada? Głosujcie, proszę!

Złodziejka Książek- Recenzja powieści Markusa Zusaka

Złodziejka Książek

Doczekałam się. W końcu przeczytałam książkę, o której słyszałam już wiele razy. Napisana przez Markusa Zusaka powieść Złodziejka Książek opowiada piękną historię dziewczyny, która kradła książki, by móc poczuć moc słów. Liesel Meminger żyła w czasach, gdy w Niemczech u władzy stał Hitler, a Żydzi, jak i wszystkie inne narodowości, byli uznawani za podrasę i zamykani w gettach, bądź wysyłani do obozów koncentracyjnych. 
Cała opowieść przedstawiona jest z perspektywy osoby, która rzeczywiście mogłaby to wszystko zobaczyć, z perspektywy Śmierci. Książka opowiada o przyjaźni, miłości i poświęceniu. Główni bohaterowie, czyli przybrani rodzice Liesel, ukrywają w piwnicy Żyda, który w niedługim czasie staje się przyjacielem Złodziejki Książek. Dziewczynka ma też wiele przygód z Rudym, swoim rówieśnikiem. 
Autor cudownie opisał tamte czasy, oddał ich grozę, a także ślepe poparcie niektórych ludzi dla Hitlera. Pokazał nam, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy urodzili się w Hitlerowskich Niemczech. 
Mnie najbardziej urzekły wplatane przez Śmierć uwagi. Narrator co jakiś czas dodawał cos od siebie. Kto kiedy umrze, jak zginie i tak dalej.
Nie mogę wam powiedzieć zbyt wiele, bo tak na prawdę wszystkie kluczowe rzeczy muszą być zachowane w tajemnicy. Chciałabym jednak serdecznie polecić tę książkę nie tylko nastolatkom, ale także dorosłym. Jest ona bardzo dobrą powieścią, wartą nie tylko przeczytania, ale też zastanowienia się nad jej zagadnieniami, ale do tego musicie już dojść sami. 

Wasza Autorka poleca! 

piątek, 15 stycznia 2016

Sala Jadalna #1

-Dlaczego nie miałabyś tego zrobić?- spytała Aśka, gdy limuzyną jechałyśmy w stronę jedynego na rejonie Popolskim lotniska. Wiedziałam to z dwóch powodów. Po pierwsze: Rejon Stliczny znajdował się na terenach dawnej Francji, a tak długa droga kusiła przestępców i wrogów polityki i króla. Drugi powód był oczywisty. Zostałyśmy z Aśką, Esmeraldą i Maggie dobrze poinformowane na temat tego, co się w najbliższym czasie wydarzy i jak powinnyśmy się zachowywać. W podróży towarzyszyła nam cały czas uśmiechnięta kobieta z siwymi włosami i wieloma zmarszczkami na twarzy. Raczyła nas wieloma opowieściami, ale teraz umilkła i pozwoliła nam swobodnie porozmawiać.
-Nie wiem- odparłam.- Chyba nie potrafiłabym pozbyć się tego dziwnego wrażenia, że to wszystko jest z czyjejś woli. Że to nie moja decyzja.
-Nawet, gdybyś go kochała?- spytała Esmeralda. Była smukłą, wysoką blondynką o dużych niebieskich oczach i pełnych ustach, z których prawie w ogóle nie schodził uśmiech. Przedziałek na boku sprawiał, ze włosy opadały jej falami na twarz. Były ładnie wycieniowane, z przodu krótsze, do ramion, a z tyłu sięgały krzyża. 
-No...- zastanowiłam się chwilę.- To chyba by wszystko zmieniało, choć świadomość jakiegoś przymusu pozostałaby na zawsze- stwierdziłam po chwili.
 Maggie uśmiechnęła się. Miała na zębach kolorowy aparat. Termin jego zdjęcia przypadał na następne dni, ciekawe, co zrobią z nim w pałacu. Ciekawe też, czy i tamtejsi styliści pomyślą, ze włosy dziewczyny powinny wrócić do dawnego koloru. Teraz jasny, wręcz biały blond widać było tylko tuż przy głowie. Reszta jej pięknych prostych włosów była koloru niebieskiego.
-Ja chciałabym wygrać. Myśl, że mogłabym zacząć tak wiele znaczyć i zapewnić rodzinie lepsze życie. To...
 Aśka spuściła głowę i zagryzła wargi. Nie chciałam, żeby kończyła. To nie skończyłoby się dobrze. A ja musiałam przecież zachować zimną krew. Najdłużej jak się będzie dało. Na zamku w końcu zorientują się, że robię, to co robię i będzie po mnie.
 Tymczasem dotarliśmy na lotnisko. Lot był przyjemny, znane mi już wcześniej uczucie tym razem nie zachwycało mnie tak bardzo, jak wcześniej. Cieszyłam się, gdy w końcu wylądowaliśmy w Stolicznym. Gdy wyszłyśmy z samoloty zorientowałam się, ze reszta uczestniczek też już jest. Guwernantka wydała kilka ostatnich poleceń, udzieliła rad i ruszyłyśmy na spotkanie z rodziną królewską. Inne kandydatki musiały powściągnąć radość i ekscytację, ja próbowałam zapanować nad strachem i złością.
 Wmaszerowałyśmy równo do wielkiej sali, której piękna nie jestem w stanie wyrazić. Kryształowe żyrandole, ogromny stół, malowidła na suficie i ścianach, to wszystko, co już wcześniej widziałam, a i tak robiła na mnie ogromne wrażenie. Za każdym razem zapierało dech w piersi. A minęło już tyle czasu...
 Każda z nas starała się wyglądać dumnie i pięknie. Nawet ja. Choć w przeciwieństwie do innych nie uległam pokusie uśmiechnięcia się choćby na chwilę. Dlatego tak łątwo mnie dostrzegli. Bo byłam inna. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam.

środa, 9 grudnia 2015

Omega wśród Alf, czy Alfa wśród Omeg?- Wylosowana do lepszego życia.

-Blaise!- krótki, naprawdę głośny okrzyk wyrwał mnie z rozmyślań i powróciłam prosto do kiepskiej rzeczywistości.
 Siedziałam przy krzywym stole, w podartym ubraniu i jadłam suchą kromkę chleba. Mój obiad.
 To nie moja wina, że urodziłam się jako Omega. Nie moja wina, że moi rodzice zostali zmuszeni do koczowania w tej strefie. Nie moja wina, że prawo zakazuje zmiany strefy.  To nie moja wina, ale to ja nie mam szans na godne życie. Żadnych, prócz jednej. Ale tę uważam za kompletną bzdurę i zniżenie się do poziomu mniejszego niż kompletne zero.
 Aranżowane małżeństwo. Z nie byle kim. Z przyszłym królem. Jedyna tak naprawdę szansa. Ale ja jej nie chcę. Nie można pokochać kogoś, bo tak trzeba. A ja wierzę w miłość. Wierzę, ze tylko ona jeszcze trzyma nas tu przy życiu.
 Są cztery strefy. Alfa, Beta, Delta i Omega. I to właśnie my mamy najgorzej. Żyjemy na marginesie, ale nadal mamy szansę. I zgodziłam się chyba tylko dlatego, że nawet jeżeli mi się nie uda, nawet jeżeli odpadnę w pierwszym dniu, cała moja rodzina awansuje na Bety. To dla nich szansa, a przecież ja chcę dla nich jak najlepiej. 
 Jednak to nadal mało pewne. W naszym państwie jest około pół miliona dziewczyn w odpowiednim wieku. Tysiące z nich są piękniejsze ode mnie. Mam tak nikłe szanse, by w ogóle mnie wybrali. Ale zrobiłam to dla nich i dla nich mam nadzieję, że pojadę tam chociaż na jeden dzień. Nie po to, by poderwać księcia, nie po to, by zrobić coś szczególnego, nie po to, by wyjść za mąż, lecz po to, by rodzina miała lepiej.
-Blaise! Patrz!- krzyknęła raz jeszcze mama. Strefa Omega, czy nie i tak mieliśmy telewizor. To przez ten wielki ekran dowiadywaliśmy się, co dzieje się w pałacu, co w kraju. To taki komunikator, który ma każdy. O to dbają, by każdy znał ich zdanie. 
 Przeniosłam wzrok na TV. Prowadzący program Królestwo dla Każdego, Jack Tips, zaczął od przywitania. Głośno wypuściłam powietrze. Chyba wszyscy znali moje zdanie o nim, o jego programie i o królu. I w ogóle o całej tej farsie. Byłam znacznie bystrzejsza od reszty potulnego społeczeństwa. Wiedziałam dobrze, że oprócz siedzenia na tyłkach i grzania sobie miejsca przy korycie żaden z ministrów nie zrobi nic dla nas, odsuniętych nawet od głosowania. A król? Żenada. Zajmował się wszystkimi wokół siebie, na pokaz ułaskawiał morderców, a zwykłych biedaków proszących jedynie o trochę pieniędzy odsuwał z niczym. Dno.
 W końcu się zaczęło. Teraz Jack dostanie od każdego z książąt po pięć kopert. Kolejne pięć naprawdę będą losować. Na przód wystąpił Denis, młodszy z braci. Podał Jackowi pierwszą kopertę.
-Panna Maggie Kowalsky, lat 16, strefa Beta, rejon Popolski!- wykrzyknął uroczyście. Rozległy się brawa ze strony publiczności. Następna koperta.- Panna Evelyn Schmidt, lat 18, strefa Beta, rejon Poniemiecki! Panna Diana Szerbacky, lat 17, strefa Delta, rejon Posłowacki! Samantha Dolores Collins, lat 18, strefa Alfa, rejon Stoliczny!- no pięknie, pochodząca ze stolicy księżniczka. Nie muszę mówić, że nie lubiłam takich.- Oraz ostatnia kandydatka księcia Denisa! Sussie Martinez, lat 16, strefa Omega- starał się, by to słowo nie zabrzmiało dziwnie, by nie było czuć zdziwienia- rejon Pohiszpański!
 No tak, pierwsza tura za nami. I ani śladu mnie. Żeby was uświadomić może wam po prostu powiem coś o sobie, hm? Więc tak, nazywam się Blaise Aurelia Kochanowsky.
 Książę Henry zamienił się miejscem ze swoim młodszym bratem. 
 Mam 17 lat.
 Przyszły król odprowadził wzrokiem drugiego ze swoich młodszych braciszków aż pod samą kamerę.
 Tak jak i przyszły król mam dwoje braci i siostrę.
-Anabelle Luise Gansoline, lat 18, strefa Alfa, rejon Pobrytyjski.
 Nasze państwo ciągnie się prawie przez całą starą Europę, a ja pochodzę z rejonu Popolskiego. Mimo wszystko nasz kraj jest zamieszkany przez stosunkowo niewielu ludzi.
-Bianca Le'Krone, lat 19, strefa Beta, rejon Stoliczny.
 Pracuję od trzech lat, jako mistrzyni swojego fachu. Nie wszyscy uznają to za zawód, a już na pewno nikt ci nie powie, że to, co robię jest legalne.
-Ana Michelle Mayer, lat 17, strefa Omega, rejon Poniemiecki.
 Znalazłam się w strefie Omega z pewnego powodu. Ten powód ciąży na mnie jak piętno. I właśnie dlatego, nie sądzę, bym się dostała.
-Natalie Dashkov, lat 18, strefa Omega, rejon Stoliczny.
 Tak, on się nie pomylił. Nawet w przeklętej stolicy jest cała masa Omeg. Żyją pod nosem króla, a on tylko kręci, że coś mu śmierdzi. Śmieć.
-Ccenia(czyt. Kcenia) Adrowsky, lat 16, strefa Beta, rejon Porosyjski.
 Teraz przyszły król, książę Jasper, wstał ze swojego krzesła z plikiem pięciu kopert w ręku. Gdy podchodził do prezentera, mijał się z bratem, zastanowiłam się, czy gdzieś tam jest moje nazwisko.
 Uśmiechnął się szeroko i promiennie do kamery. Jack poprosił go o kilka słów, ale ja nawet nie wysiliłam się, żeby posłuchać. Miałam dość tego paplania.
-Święte słowa, książę, miłość powinna być najważniejsza- te słowa wytrąciły mnie z rozmyślań. Nagle pożałowałam, ze nie słuchałam wypowiedzi tego palanta. A nuż powiedział coś ciekawego? Ale nie było jak cofnąć się do straconego czasu. Jack zaczął otwierać koperty.- Esmeralda Sztos, lat 19, strefa Omega, rejon Popolski.
 Znałam tę dziewczynę. Zawsze o tym marzyła. Była dobrze wychowana, mądra. Ktoś z boku mógłby pomyśleć, zę przez przypadek trafiła nie do tej strefy co trzeba. Urodzona Alfa. Cóż, złożę jej gratulacje.
-Fatia Antonella Gonzales, lat 18, strefa Beta, rejon Powłoski.
 Z drugiej strony, to będą ciekawe eliminacje. Które trzy z tych  pięknych dziewcząt doświadczą królewskiego życia? Dziwicie się, że trzy? Jest trzech książąt, będą trzy zwyciężczynie.
-Hellen Kirova, lat 17, strefa Beta, rejon Porosyjski.
 Wśród tych trzech na 99% nie będzie Omegi. Takie rzeczy się nie zdarzają i to nie przez przypadek.
-Iga Kreiss, lat 18, strefa Delta, rejon Poniemiecki.
 Spojrzałam na jej zdjęcie, które wyświetliło się na ekranie zaraz po słowach prezentera. Była przepiękna. Duże niebieskie oczy, czarne włosy opadające falami na smukłe ramiona, cudowna figura. Jedyne co trochę przerywało jej wizerunek księżniczki, to blizna na prawym policzku. Mnie ona nie przeszkadzała. Była dowodem walki o lepsze życie. Ale dlaczego on ją wybrał? Najgorsze co przychodziło mi na myśl to, że pojedzie tam tylko po to, by móc od razu odpaść.
-Lucia Violetta Espadro, lat 16, strefa Omega, rejon Pohiszpański.
 Zauważyliście pewnie, że w każdym zestawie znalazła się co najmniej jedna Omega? Niby nie mają szans, ale pojawić się muszą. To taki trik. Żeby lud myślał, że król myśli o każdym, nie tylko o swoich, i każdemu daje szansę.
-I ostatnia kandydatka księcia Jaspera, panna America Smith, lat 19, strefa Alfa, rejon Pobrytyjski!
 Przez chwilę zastanawiałam się, co członkini rodu książęcego robiła aż na ruinach Brytanii, ale doszłam do wniosku, że do niczego nie dojdę bez żadnych informacji. Skupiłam się więc na ostatniej desce ratunku dla mojej rodziny, na losowaniu. Ostatnie pięć z dwudziestu kandydatek jest losowanych ze wszystkich zgłoszeń. Kogokolwiek wylosują, muszą go przyjąć. Więc teraz już moja przeszłość nie grała takiej roli. Musimy wszyscy zdać się na los.
 Choć w głębi duszy tego nie chciałam, to wiedziałam, że będzie dla wszystkich nas lepiej, jeśli mnie wylosują. Niech więc to zrobią.
 Do kamery podeszła szesnastoletnia, najmłodsza z rodzeństwa, księżniczka Melisa Natasha. Służący wnieśli kosze z resztą zgłoszeń i kamera skupiła się na nich. Księżniczka z uśmiechem na twarzy podeszłą do nich. Pięć koszy, po jednym zgłoszeniu z każdego. Dziewczyna zanurzyła rękę w kopertach. Wyciągnęła jedną z nich.
-Dragona Dracjano, lat 16, strefa Beta, rejon Pochorwacki.
 Przeczytała wyraźnie i odrzuciła kartkę w bok. Kamera tego nie ujęła, ale wiedziałam, że Jack złapał ją w locie.
-Seelena Grabowsky, lat 18, strefa Delta, rejon Posłowacki.
-Tamara Drake, lat 19, strefa Beta, rejon Pobrytyjski.
 Jeszcze tylko dwie osoby. Kątem oka zarejestrowałam dłonie rodziców zaciskające się w pięści. Zależało im na tym. Nieziemsko bardzo.
-Joanna Nimfadora Szewczyk, lat 16, strefa Omega, rejon Popolski.
 Odjęło mi mowę. Moja najlepsza i jedyna przyjaciółka, Joaśka, dostałą się do eliminacji! Moich uszu dobiegły krzyki. Krzyki radości. Dochodziły z sąsiedniego domu. Tak się ciszą ludzie, którzy dostali szansę. Moja matka zagryzła zęby. Z jej twarzy czytałam, że była trochę zazdrosna. O mój Panie! Nawet ja przez chwilę byłam ździebko ukłuta. Chciałabym być na jej miejscu. Zapewnić rodzinie spokój.
 Wtedy księżniczka przemówiła po raz ostatni:
-Blaise Aurelia Kochanowsky, lat 17, strefa Omega, rejon Popolski!
 Zaniemówiłam. Ja... ja mogę dać rodzinie nowe życie!
 Zanim zdążyłam cokolwiek wykrztusić mama porwała mnie w swoje przepracowane ramiona i przytuliła mocno. W jednej chwili całe emocje opadły ze mnie i przyjęłam swoją kamienną maskę. Taka już byłam. Nie dopuszczałam do siebie nikogo. I teraz też nie zamierzałam robić wyjątku.
~
-Zawalcz o lepszy kraj, kotku- wyszeptała mi do ucha mama, gdy po raz ostatni przez wyjazdem znalazłyśmy się sam na sam.- Zrób to lepiej, niż moja siostra...
 Tak powiedziała, a potem nie widziałam jej aż do przyjazdu limuzyny. Ojciec pożegnał się ze mną krótko, po żołniersku, bracia też nie wylewali uczuć. Tylko Ana, moja siostrzyczka, przywarła do mnie i zaczęła cicho szlochać.
-Niedługo wrócę, An- powiedziałam cicho. Pokręciła głową.
-Nie chcę, żebyś szybko wracała, chcę żebyś wygrała- spojrzała na mnie pełna powagi i uciekła do mamy. Słodka, mała dziewięciolatka. Bracia się nią zaopiekują. Już teraz robili to lepiej, niż ja. Ale ona zawsze wolała mnie, mimo że byłam często oschłą i zimną dziewczyną. Była naiwna i rozczulająca. Ale wiedziałam, że sobie poradzi. Uśmiechnęłam się słabo patrząc po raz ostatni na całą rodzinę. Ojciec stał sztywno, matka uśmiechała się przez łzy tuląc do siebie Anę, Michał i Karol stali trochę bardziej z boku. Byli wychowani podobnie jak ja, w czasie, gdy mamy nie było w domu, a nami zajmował się jedynie tata, dobrze ukrywali emocje. Mimo wszystko też uśmiechnęli się do mnie. Wyglądali jak dwie krople wody, choć dzieliło ich pięć lat. Będzie mi ich brakowało. Schowałam napływający smutek w najdalszy kat duszy.
 Uwaga stolico, zbliżam się.
 Wcześniej mnie wyrzucili, a teraz muszą przyjąć mnie z otwartymi ramionami. Nikt nie będzie tam zadowolony z goszczenia przestępczyni.
~
Podoba się? No mam nadzieję. Tak mi przyszło do głowy. Historia inspirowana Rywalkami. Polecam tę książkę i całą serię!

czwartek, 3 grudnia 2015

Złamana zasada- Psychokinetyczka[WYZWANIE]

Mam już tego coraz bardziej dość, ale cóż... Waszej chęci do współpracy sobie najwidoczniej nie wywalczę, więc mam tylko nadzieję, ze to opowiadanie się wam spodoba.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Krwawy księżyc wznosił się tej nocy na Doliną Meadery. Nad drewnianymi chatami, w których mieszkało zazwyczaj po pięć osób, unosiła się gęsta mgła o nie do końca białym odcieniu. Co jakiś czas słychać było nerwowe powarkiwanie zaniepokojonych psów, głośne miauknięcia kotów starających się jak mogą, by zwrócić na siebie uwagę, czy rżenie nerwowych kobył należących do bogatszych mieszkańców. Z domków dochodziły ciche pochrapywanie i dźwięk przesuwanych pod wpływem ruchu łóżek. 
Nie było tam cicho, ale też nie była to zwykła noc. Samotny wędrowiec, który znikąd pojawił się w środku nocy u wejścia do Wielkiego Kanionu, bez trudu to wyczuwał. Może to dlatego, że w głębi duszy nie był taki, jak ci wszyscy śpiący tu ludzie z Ludu Mokki? On sam pochodził z dużo ważniejszego ludu, Ludu Argentum, inaczej zwanego Srebrem Świata. Nie był to najważniejszy lud, ale mało kto wiedział, że należy on do najsilniejszych. Wędrowiec wiedział o tym znakomicie i teraz wyraźnie na coś czekał. Na coś niedobrego.
~
 Szalejący ogień zbudził ze snu już chyba połowę wioski Meadera, bo gdy tylko zbudziłam się zanosząc kaszlem, do moich uszu dobiegły przeraźliwe krzyki i nawoływanie o pomoc. Mimo otaczającego mnie ognia, który ledwo dostrzegałam przez grubą warstwę mgły zmieszanej z dymem nadal było mi przeraźliwie zimno. Tyle, że mi zawsze było chłodno, nie było więc w tym nic dziwnego.
-Lory!- dobiegł mnie piskliwy głos mojej matki.
 W pośpiechu chwyciłam za nóż i torbę na pasku z najpotrzebniejszymi rzeczami. Zawiesiłam ją w pasie, złapałam ostrze w zęby i wyskoczyłam przez okno znajdujące się za kładką udającą moje łóżko. Pokój w którym sypiałam znajdował się na poddaszu, ale nie robiło to różnicy, bo tuż za ścianą znajdował się o całe piętro niższy budynek. Wylądowałam bezpiecznie na jego dachu, a potem zeskoczyłam na ziemię. Schowałam nóż do kieszeni i rozejrzałam się.
 Ogień panoszył się po całej wiosce. Był nawet tam, gdzie przy normalnym pożarze nie powinno go być. Było więc dla mnie jasne, że to nie był naturalnie wytworzony ogień. Za jego rozproszeniem stał najprawdopodobniej ktoś z Ludu Argentum, z Rodu Ognia. Paskudna sprawa.
 W ostatnim czasie wśród Ludów Argentum, Aurum i Mercurius wykształciła się Organizacja pod oficjalną nazwą Formidabilis Trinitas, która za cel wzięła sobie zniszczenie Ludów Ferrum, Cadmiae i Dolor, które uważali nie tyle za słabsze, co za zupełnie nie potrzebne. Oczywiście pozostali starali się temu zapobiegać, ale wiele nie mogli zrobić. Następowały kolejne ataki, ginęli kolejni ludzie, a ci, którzy przeżyli uciekali z Patriae. Być może koronie się to nie podobało, bo tracił siłę roboczą, ale jak na razie zacny król nie zrobił nic.
 W pół mroku wywołanym przez dym odnalazłam swoją rodzinę. Ojciec stał koło matki, trzymał ją za rękę i wpatrywał się w dom. Giny, moja młodsza, ukochana siostrzyczka, uwiesiła się na jej drugim ramieniu. Stojący za nią Seth wyciągnął rękę nad jej ukrytą pod chustą głową i podał mi jakieś ubranie, być może jego własną koszulkę. Wiedziałam, co trzeba robić. Przyłożyłam tkaninę do ust, by zapobiec przedostania się szkodliwego dymu do płuc. Nie była to wystarczająca ochrona, ale lepsze to, niż nic.
-Gdzie jest, Maero?- spytałam po chwili. Matka odwróciła wzrok. Ojciec spojrzał na mnie ze smutkiem, a Gin nagle wybuchła płaczem. Już wiedziałam. Seth nie musiał się nawet odzywać.
 Ogień był wytrawnym zabójcą. A ogień pochodzący z rąk innych niż Natury, był także cichym i okrutnym mordercą. Mogło się wydawać, że był inteligentnym stworzeniem. Zaczynał od gardła, wypalał struny głosowe, nie pozwalał na krzyki. Potem stopniowo, powoli doprowadzał do agonii trawiąc kolejne narządy wewnętrzne. Wysysał człowiekowi duszę, pozostawiał jedynie pustą skorupę. 
 Zdławiłam krzyk i nie pozwoliłam sobie na nawet jedną łzę. Za pierwszą poleciałyby następne. Nie mogłam być słaba. Trzy lata w zawodzie sprawiły, że potrafiłam dobrze zapanować nad emocjami. Odrzuciłam obraz nieżywego brata, który cisnął mi się na oczy.
-Musimy iść, uciekać stąd, puki jest jeszcze czas- oznajmiłam twardo, głos nie zadrżał mi ani razu. Wytężyłam wzrok w stronę najpierw jednego, a potem także i drugiego kanionu. To były jedyne wejścia do położonej między dwiema górami o dziwnej naturze Doliny Meadery. I tylko tamtędy można było się wydostać z szalejącego pożaru.
 Zaczęłam biec. Matka była kiedyś służącą w domu Złotego, tam musiała biegać od świtu do nocy. Ojciec był zapomnianym przez innych, jak każdy Tleniak, bohaterem wojennym, potrafił długo i szybko biegać. Siostra dostała przydział u Frazowskiego, właściciela jednej z dwóch stajni, gdzie biegała po pastwiskach, łapała konie i nosiła im jeść. Brat pracował w tym samym zawodzie, co ja. Wszyscy więc mieliśmy więc duże szanse, by uciec. Ta jedna myśl utrzymywała nadzieję w moim sercu. Gdy jednak dotarliśmy do wejścia do kanionu, ostatnie promyczki nadziei zgasły. Nie chodziło nawet o tą małą armię terrorystów zbliżającą się w stronę wioski, lecz bardziej o wielką ścianę ognia odgradzającą wszelkie drogi ucieczki. Nie było mowy, by iść drugą stroną. Nawet, jeśli terroryści by nas nie dopadli, z pewnością zrobiłyby to dzikie bestie mieszkające w drugim kanionie.
 Mimo wszystko zawróciliśmy. Dobiegliśmy do rynku znajdującego się w samym środku miasta i przystanęliśmy. Mama, tata i Giny zaczęli gwałtownie nabierać powietrza, co nie było łatwe zważywszy na tkaniny, które cały czas musieliśmy trzymać przy twarzy. Tylko ja i Seth staliśmy wyprostowani i bacznie obserwowaliśmy sytuację. Przy takim obrocie spraw bardzo trudno było to przyznać, ale tylko my mieliśmy jakiekolwiek szanse na przetrwanie. I tak wynosiły one około zera, bo ogień i armia nie należą do najłatwiejszych przeciwników. Nawet praca na Czarnym Rynku nie dawała przygotowania na takie okoliczności. Nawet ta najgorsza, w której ja byłam mistrzem, nie dawała gwarancji na przeżycie, nawet umiejętności płatnego zabójcy nie dawały mi żadnych szans.
 Powiedzmy to sobie szczerze. Wszyscy mieszkańcy Meadery to Tleniaki, bądź Cyniaki, nie było tu nawet żadnych Żeleźców. A w starciu z około setką Srebrnych, Złotych i Rtęciaków tylko nadprzyrodzone moce mogły nam pomóc, a takowe posiadali tylko nasi przeciwnicy. I dlatego uważali się za lepszych. Bo Kasta Platinum, jaką tworzyły wszystkie te trzy ludy, była od nas, Kasty Populo, o niebo lepsza i według nich także ważniejsza. Wiecie, jak to jest, są równi i równiejsi, zawsze tak było. 
 Ogień zaczął nagle przygasać i cofać się pod zbocza góry. Potem nagle zawrócił i rozległy się ciche okrzyki. Ludzie zaczęli się zastanawiać, ale większość po prostu się bała. Ja wiedziałam o co chodzi i mój brat chyba też. Wymieniliśmy z Sethem porozumiewawcze spojrzenia. Król wysłał Gwardię, by walczyła z Formidabilis Trinitas. Wreszcie coś w ogóle w tej sprawie uczynił. Mimo że dawało to nam wszystkim większe szanse, nie wiedziałam, czego się spodziewać, czy już się cieszyć, czy lepiej się bać.
 W końcu dym opadł całkowicie, a ogień zaczął gasnąć pod najdalszymi skałami. Z przerażeniem ukrytym głęboko w sercu zauważyłam, że nad doszczętnie spaloną wioską pełną dymiących jeszcze trupów, zawisły trzy Gwardyjskie sterowce. W ułamku sekundy rozpoczęła się bitwa. Terroryści przeciwko Legionowi Wartowników, co stwierdziłam po kolorze mundurów żołnierzy. Gdy skończyłam przyglądać się otoczeniu z ulgą stwierdziłam, że Seth zdążył już usunąć całą rodzinę z pola walki. Całą... oprócz mnie. Dotarło to do mnie z podwójną siłą, gdy jedna z ognistych kul śmignęła tuż koło mojego ucha. Krzyknęłam cicho i rzuciłam się biegiem do tyłu. Nigdzie nie mogłam dostrzec rodziny, wszędzie za to pełno było walczących. Przez pewien czas walka była bardzo wyrównana i mało krwawa, ale gdy tylko o tym pomyślałam martwy Gwardzista padł pod moimi stopami. Jego przeciwnik rzucił się na mnie. Szybkim ruchem wyciągnęłam nóż i przeciągnęłam nim pod gardłem przeciwnika. Ten jednak zamiast upaść na ziemie i już nigdy nie wstać, zaśmiał się jedynie szyderczo. Przeklęłam w myślach. Uzdrowiciel. Magicis z Rodu Uzdrowicieli potrafili uzdrawiać innych i siebie. Nie dało się ich zabić w normalny sposób. A mnie akurat wypadło z głowy, jak można to zrobić.
 Jedyne co mogłam zrobić, to walczyć, bo przed nim nie było jak uciec. Robiłam więc co mogłam korzystając z tych wszystkich lekcji, jakie dostałam, zanim stałam się najlepsza w swoim fachu, a także z całego doświadczenia, jakie zebrałam. Udało mi się go zranić niezliczoną ilość razy, ale to przecież na nic. Liczył może na to, że się zmęczę, ale to też na nic. Moja kondycja nie pozostawiała nic do życzenia. Trzeba było więc czekać, aż on znów popełni błąd i będzie mógł go znów naprawić, albo tym razem to ja go zrobię i wszystko się skończy.
 Pchnięcie, sparowanie, kontratak, cios.
 Nawet nie sądziłam, że to stanie się tak szybko. To był głupawy błąd. Podłoże. Kamienie cały czas się przemieszczają podczas bitwy. Ktoś coś kopnie, przesunie. Trzeba nieustannie sprawdzać podłoże. Głupia ja. Upadłam i zaczęłam się zastanawiać nad śmiercią. Wcześniej sądziłam, ze jest nieuchronna, ale teraz nagle zaczęła mnie przerażać. Spojrzałam w oczy mężczyźnie, który nachylał się nade mną odchylając rękę, przed ciosem, który za chwilę zada i zupełnie nagle przed moimi oczami zaczęły pojawiać się jakieś obrazy. Jakby urywki niezbyt ciekawego filmu. Zmieniały się co chwilę. Jakaś walka, krwawa. Potem chyba jakieś przedstawienie, może cyrk, dużo zwierząt na arenie i jeden człowiek ze szpicrutą w ręku. Następnie przepiękna dziewczyna o blond włosach, bladej twarzy i zielonych oczach, zapewne Srebrna, z uśmiechem na twarzy. A później ta sama kobieta, tyle, że martwa. Jej oczy są otwarte i tępo wpatrują się we mnie. Coś mi mówią, jakbym je znała. A potem konferencja u króla i władca odmawiający pomocy w związku z jakąś zabitą ukochaną. A potem ciemność i znów widzę ciemne oczy mężczyzny, który zaraz mnie zabije. I wtedy to do mnie dociera. Właśnie przejrzałam jego wspomnienia, ale... Jak. To. Możliwe? Przecież nie mam platynowej krwi, jestem non magicis, zwykłym Tleniakiem, marną zabójczynią, która tylko do tego się nadaje... Wtedy przed oczami staje mi ostatnie zlecenie. Młoda Srebrna, blada cera, blond włosy i zielone oczy, które nawet po śmierci świdrowały mnie wzrokiem. Ukochana tego mężczyzny, jego powód, dla którego w ogóle tu jest. Jeszcze nie wie, że to właśnie mnie szuka. Ale nie może się dowiedzieć. Patrzę raz jeszcze w jego oczy, może czegoś się dowiem? W sercu jednak chcę tylko, żeby to on zginął. 
 I wtedy mężczyzna nagle wstał, uniósł rękę dzierżącą sztylet i... wbił go sobie prosto w pierś. Nie może się już uratować. Sam zadał sobie śmierć, bo ja tego chciałam, bo mu to nakazałam. Nagle uświadomiłam sobie, co zrobiłam, weszłam do jego głowy i rozkazałam mu, a on mnie usłuchał.
 Po chwili dotarło do mnie, że to umiejętności Psychokinetyków, tych bardziej wykwalifikowanych. Bez wysiłku odsunęłam od siebie wydarzenia, które właśnie przeżyłam, przyszło mi to z taką łatwością, że zaczęłam się zastanawiać, czy to przypadkiem nie kolejna specjalna umiejętność. Podniosłam się z ziemi i uniosłam wzrok. W ostatniej chwili dostrzegłam pędzącą w moją stronę ognistą kulę. Czyli jednak śmierć spodziewa się mnie dzisiaj. Czy ta kula nie mogłaby się zatrzymać? Wtedy ona nagle ustała w swoich morderczym biegu i opadła na ziemię. Ogień rozszedł się po skamieniałym podłożu.
 Psychokinetycy tak potrafią.
 To jedno zdanie pobrzmiewało w moim umyśle. Czy to możliwe? Przecież widziałam swoją krew tyle razy. Jest brudnoczerwona, jak wszystkich non magicus.
 Potem do głowy przyszło mi coś jeszcze. Mogę się teraz przydać, mogę pomóc pokonać Organizację. Nie myśląc o konsekwencjach ratowałam kolejnych gwardzistów od niechybnej śmierci nakazując ich przeciwnikom popełniać wyrafinowane samobójstwa. Po chwili reszta jeszcze żywych terrorystów zaczęła się wycofywać. Nie potrafią mnie pokonać. Zaśmiałam się w duchu. Powoli zaczęłam wyczuwać ich emocje, ich umysły, ich zamiary. Nowe, niezbyt przyjemne uczucie. Jakby w twoim umyśle znajdowało się kilkadziesiąt innych. Odwróciłam się, gdy ktoś zaczął się do mnie zbliżać od tyłu. Gwardzista, a raczej kilku. Studiując ich taktykę spodziewałam się szarży, ale oni otoczyli mnie w milczeniu. Strach zaczął kiełkować w moim umyśle, ale odrzuciłam go. Poradzę sobie.
-Lory!- krzyknął Seth. Wiem, że to on. Nagle ktoś go uciszył, powalił na ziemię.
-Zostawcie go!- krzyknęłam z całych sił. Chciałam, żeby go zostawili. Gwardziści popatrzyli na mnie zlęknieni. Ci, którzy znęcali się nad moim bratem pomogli mu się podnieść. Inni byli tym zdrowo zaniepokojeni. Uśmiechnęłam się w duchu, ale patrzyłam na nich twardo. Ani razu nie zerknęłam w stronę rodziny, choć wiedziałam, gdzie byli. To sprawiło, że Gwardziści zaczęli się bać. Po chwili jednak zeszło się ich tak dużo, ze ich myśli zaczęły się zlewać w moim umyśle. Nie potrafiłam wytypować sobie jednego, bo ich przywódca leżał wśród trupów. Naradzali się szeptem, ale to na nic. Słyszałam ich głośno i donośnie. Nawet mnie to trochę przerażało.
-Ma moce Psychokinetyka.
-Jej krew jest czerwona.
-Zabijała terrorystów siłą woli.
-Jest niebezpieczna.
-Zgadzam się, nie można jej tu zostawić.
 Głośno przełknęłam ślinę. Nie poradzę sobie z tak dużą ilością ludzi na raz. To... za dużo. Dopiero odkryłam co potrafię, to się nie może udać.Nie będę się przeciwstawiać, to może nie pocierpię.
~
  W towarzystwie czterech Wartowników przeszłam ze sterowca do pałacu. Zabrali mnie do stolicy, do Urbem. Zaraz zobaczę króla i królową. I nie sądzę, by była to przyjacielska pogawędka. Zastanowiłam się, czego mogliby ode mnie chcieć?
 Nic sensownego nie przyszło mi do głowy. Wprowadzili mnie do wielkiej komnaty o bogatym wystroju. Spodziewałam się dwóch złotych tronów, ale moim oczom ukazały się dwie elegancko ubrane postacie siedzące w ogromnych fotelach, przy stoliczku, na których stała tacka z herbatą. Gdy tylko przekroczyliśmy próg zerknęli w naszą stronę. Skinęli głowami, gdy Wartownicy skłonili się głęboko. I ja dygnęłam, choć nie było tam gracji. Strażnicy podprowadzili mnie do trzeciego fotela, królowa gestem nakazała usiąść, a gdy zajęłam miejsce Gwardzisci rozpierzchnęli sie po kontach komnaty.
-Uprzedzono nas wcześniej, że się zjawisz- powiedziała królowa odpowiadając na moje przemyślenia.- Jestem Psychikiem- oznajmiła chwilę potem, gdy zaczęłam się zastanawiać, czy to przypadek.-A ty Psychokinetykiem. Rzadko spotykane połączenie- ciągnęła. Król nie odzywał się słowem, jedynie wpatrywał się w we mnie w milczeniu.- Musimy zadecydować co zrobimy z twoim interesującym przypadkiem. Nie masz krwi. Powinnaś być non magicus, a tymczasem praktycznie samodzielnie zmuszasz prawie setkę osób do popełnienia samobójstwa i ratujesz życia moich ludzi zawracając pociski i ogniste kule. Osobliwe.
-Och, ujmijmy rzecz po imieniu, jestem dziwakiem- powiedziałam spokojnie.
-Ależ nie, moja droga- oznajmiła królowa.- Jesteś naszym wybawieniem.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zastanawiacie się już, co może być dalej? Pięć komentarzy i pomyślę nad kolejną częścią!

poniedziałek, 26 października 2015

Rock

Hej Wam!
Ja jestem waszą Autoreczką, a to jest kolejny post typu Słucham-Polecam. Było juz coś podobnego z piosenkami Reggae. Czas na Rocka!

Po pierwsze, kocham ten zespół, przed Wami Linkin Park!



Po drugie, tego zespołu nie można nie znać przynajmniej z nazwy, a mowa oczywiście o Nirvanie!



Kolejny niezapomniany Boss z czasów moich rodziców, czyli AC/DC!


I na koniec niezastąpiony towarzysz moich długich podróży, zespół Bon Jovi!

 Uff... Prawie zapomniałam! Skleroza nie boli, a Wam zbyt wiele dobrej muzyki na pewno nie zaszkodzi! Zapraszam na przesłuchanie największych hitów Guns 'n Roses!


No teraz to już koniec spotkania! Niestety muszę was pożegnać! Widzimy się nie długo! Miłego słuchania muzyki!

Przed nami wiele przeszkód

 Postanowiłam zaufać. Może nie był to najlepszy pomysł mojego życia, ale nie zamierzałam gnić w igrzyskach i co dzień narażać swoje życie na straty. A także życie kolegów. Każde z nas było warte więcej niż jakakolwiek śmierć.
-Słuchajcie- powiedziałam, gdy rankiem wszyscy już się zbudzili. No, prawie wszyscy... Wcześnie, jeszcze przed świtem, Hektor zbudził mnie i ze smutkiem na twarzy oznajmił, ze Em nie żyje. Nie udało mu sie przetrwać... Nie zobaczy naszego zwycięstwa. Teraz, gdy już znałam treść kartki zaczęłam mieć nadzieję na tak wiele. Nawet na to, ze może przeżyć więcej niż jedna osoba.- Jeśli będziemy tu siedzieć, to nic nie zdołamy zrobić- oznajmiłam prosto z mostu. Siedzieliśmy w ciasnym kółku na drugiem pietrze. Mówiłam przyciszonym głosem.- Znalazłam tu kamery- wszyscy zamarli.- Nie ma ich tylko na drugim piętrze. Nie potrafią śledzić obiektów, mają bardzo ograniczone pole widzenia, ale są wyczulone na dźwięk. Uważam, ze nie możemy tu zostać, bo w końcu Snow'owi to się znudzi i zapragnie nas stąd wypędzić bardzo drastycznymi środkami. Jeśli wyjdziemy w las, to nawet jeżeli natkniemy się na jakichś trybutów, będziemy mieli dużo większe szanse- tłumaczyłam spokojnie.
 Fatia zamyśliła się. Lara wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Erwinem. Hektor zagryzł wargę. Orick podrapał się po nosie, a Aaron zaplótł palce na karku i ze świstem wypuścił powietrze.
-Myślę, że ona już wie- powiedział w końcu Hektor. Spojrzałam na niego zdziwiona.
-Niby co wiem?- spytałam.
-Dobra, jednak nie wie- oznajmił on.

Witamy nowego ucznia- Epilog historii

 Salon w dormitoriach Slytherinu nie był najprzyjemniejszym miejscem na ziemi, ale robił wielkie wrażenie swoim wystrojem i surową elegancją wnętrza. A przecież znajdował się w lochach. Mimo wszystko zrobił on na Thomasie wrażenie. Szczególnie zaskakujące były ruszające sie postanie na portretach. Ale one robiły wrażenie na każdym, kto nie był od małego związany z czarodziejstwem.
 Rozsiedliśmy się na kanapie i zaczęliśmy rozmowę o wszystkim i o niczym, która toczyła się głównie wokół różnic pomiędzy światem mugoli, a światem czarodziejów. Thomas słuchał z zaciekawieniem i z zapałem zadawał około stu pytań na minutę. Razem z Pansy nie nadążałyśmy z odpowiedziami. Potem to my wypytywałyśmy go o świat mugoli. Mój ojciec przez jakiś czas zajmował stanowisko w dziale do spraw kontaktu z mugolami, dlatego wiedziałam coś nie coś na ten temat. Ale nie miałam pojęcia, ze aż tak wiele nas różni.
 Właśnie docieraliśmy do tematu różnic kulturowych i rasizmu wśród mugoli, gdy drzwi do salony otwarły się z hukiem.
-Nie będę tolerował kłamstwa, Albusie!- krzyczał ktoś. Wytężyłam umysł i przypasowałam głos do ministra magii. Westchnęłam ciężko. Nie było czasu na nic, na żadną dywersję, dosłownie nic.

czwartek, 17 września 2015

Welecome Everybady!

Cześć i czołem!
Zapewne zastanawiacie sie, dlaczego nie ma postów? Cóż, możecie to uznać za zawieszenie, ale ja po prostu chwilowo przerzuciłam sie na inną historie, bo do tej nie mam na razie weny! Nie martwcie się! Wrócę. Tym,czasem zapraszam na
https://www.wattpad.com/story/49280619-wojowniczka-dw%C3%B3ch-%C5%9Bwiat%C3%B3w

PS. Na zdjęciu Ben Barnes i Sophie Turner w obsadzie mojej historii, jako Melisa i Wil.

poniedziałek, 7 września 2015

W drogę...

 Gdy tylko Atena zniknęła wszyscy zaczęli między sobą szeptać i zrobił się chaos. Chejron spróbował uciszyć towarzystwo, ale w końcu to Niko wydarł się porządnie i kazał wszystkim spadać do spania. Została tylko Jaesemine i Helena. Także Chejron gdzieś zniknął. 
-Ładna z tego będzie blizna- mruknęła Helena stając między mną a Niko, naprzeciw córki Afrodyty. Ta zmarszczyła brwi zniesmaczona. 
-Musimy sie zbierać- wtrąciłam.
-Jest późno- zauważyła Jaes.
-Każda minuta sie liczy- powiedziałam.- Mojry są przebiegłe. Mogą kierować tym co stanie nam na drodze, ale nie nami. Nie każdy heros jest obdarzony taką mocą, ale każdy bóg ja posiada i może sie nią dzielić. Mojry nie będą mogły kontrolować waszych decyzji, nawet obserwować waszych wahań, czy rozmyślań. Ale tylko waszych. Mogą zadecydować o tym, co stanie wam na drodze. Pamiętajcie, ze tylko nasza czwórka jest w tym momencie godna zaufania. Każda inna osoba może być szpiegiem lub wrogiem podstawionym przez Mojry. Ale nie działajcie pochopnie. To działa jak klątwa. Nie można być tego świadomym- wytłumaczyłam najlepiej jak mogłam wszystko, co wiedziałam.
 Wszyscy powoli pokiwali głowami.
-Kidy to zacznie działać?- spytała Helena.
-Już- odparł Niko.- Spakujcie się i za piętnaście minut zbiórka w Sali Jadalnej- to powiedziawszy biorąc przykład z ojca zniknął z miejsca w którym stał.`
 Ja także przeniosłam się do domku Hadesa używając boskich środków transportu. Zmaterializowałam się przed plecakiem, który podniosłam z ziemi, a zauważywszy w nim sporą dziurę odrzuciłam go z powrotem na ziemię. Rozejrzałam się po domku i skierowałam w stronę czarnej skrzyni. Otworzyłam ją, a ciężkie wieko oparłam o ścianę. W środku znajdowało się sporo śmieci, ale także dużo potrzebnych rzeczy. Między innymi atlas samochodowy Europy, większa mapa Polski i Niemczech, notes, kilka długopisów, lina długości dobrych parunastu metrów, koc termiczny, śpiwory, mały namiot, jakieś ciuchy i dużo innych rzeczy, których nie zauważyłam na pierwszy rzut oka. Wyciągnęłam spod swojego łóżka spory plecak podróżny i zaczęłam do niego pakować potrzebne rzeczy. Gdy już wszystko znalazło się na swoim miejscu zadbałam także o zapas wody i coś do jedzenia. Do plecaka przywiązałam zwinięty koc i jeden ze śpiworów. Drugi zamierzałam oddać Jaesemine.
 Stanęłam przed lustrem i zastanowiłam sie nad swoim strojem. Zamieniłam go na bojówki moro, glany, sportową bieliznę, wygodny T-Shirt i bluzę w odcieniach zieleni. Ruszyłam w stronę drzwi gdy przypomniałam sobie o jeszcze jednej rzeczy. Wyobraziłam sobie, jak w moim plecaku materializuje się przeciwdeszczówka, trampki na zmianę i radiostacja. Po chwili poczułam, ze plecak zrobił sie trochę cięższy.
 Nie było już czasu na pieszy spacer więc przeniosłam się do Sali Jadalnej w inny, szybszy sposób. Jedynie Niko już tam był. Siedział przy stoliku Hadesa i wpatrywał się w niebo.
-Jakież one są wolne- zauważył z przekąsem. Uśmiechnęłam sie pod nosem i usiadłam koło brata.
-Skąd wziąłeś rzeczy, które masz w plecaku?- spytałam.- Nie było cię w domku Hadesa.
-Stworzyłem je- oznajmił Niko nie odrywając smętnego wzroku od bezkresnego granatu nocnego nieba, które jeszcze nie usiało się gwiazdami.
 Także i ja zaczęłam się mu przyglądać. Zdawało się nie mieć dna i wciągać obserwatora coraz dalej, wgłąb siebie. Miałam wrażenie, zę mogłabym siedzieć tam godzinami i po prostu patrzeć. Do rzeczywistości wrócił mnie ciężki oddech biegnącej w pośpiechu Jaesemine.
-Ches!- krzyknęła, gdy mnie dostrzegła.- Chejron pozwolił nam zabrać konie!
 Na jej słowa Niko automatycznie wstał i zarzucił na plecy plecak.Ja także wstałam. Muszę przyznać, zę wyjątkowo spodobał mi się ten pomysł.
 Razem z córką Afrodyty ruszyliśmy do stajni, gdzie czekała juz na nas Helena siodłająca swoją bojową klacz, Armenię.
 Zadowolona podeszłam do boksu Wesemiry, gdzie na specjalnym stojaku leżał już jej sprzęt. Zajęłam sie czyszczeniem jej, a potem siodłaniem i kiełznaniem. Kątem oka zauważyłam Jaes wyprowadzającą już z boksu Tiarę i Niko pakującego szczotki Telmara do torby przytroczonej do jego siodła. 
 Wyprowadziłam klacz przed boks i zdjęłam plecak. Odczepiłam od niego koc i śpiwór i specjalnymi rzemieniami przytroczyłam do siodła, za tylnym łękiem. Do toreb przytroczonych po bokach, za puśliskami, powkładałam szczotki, zapas owsa, uwiąz z kantarem i kilka smakołyków. Dodatkowo po obydwu stronach przyczepiłam do siodła bukłaki z wodą dla klaczy.
 Inni podobnie uzbroili swoje zwierzęta i kilka minut później byliśmy gotowi do drogi. Wskoczyłam na konia i odwróciłam go przodem do ściany lasu.
-Ktoś wie, gdzie jedziemy?-spytała Helena rzeczowym tonem.
-Teoretycznie- oznajmił Niko po czym spiął konia i ruszył galopem do lasu. Pogoniłam Wesemirę i zaczęłam go gonić.