Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 008 i 007. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 008 i 007. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 lutego 2015

007 i 008- Zaczniemy od...

-Straciła przytomność już po raz nie wiem który!- słyszałam jak ktoś krzyknął. To, chyba..tak, to z pewnością Bond. Otworzyłam oczy i mrugnęłam kilka razy. Znów byłam na tej samej sali. Nade mną znów pochylały się jakieś osoby. tym razem tylko dwie. Nie miałam nic wbitego w żyły. Spróbowałam rozpoznać twarze, ale przed moimi oczyma nadal były tylko jasne plamy. W końcu dostrzegłam niefrasobliwą minę Jamesa i pokerową twarz Stevie.
-Już się obudziła, widzisz?- powiedziała dziewczyna.
-Cześć- szepnęłam. Oni uśmiechnęli się.- Co za cholera znów zwaliła mnie z nóg?- spytałam.
-To- oznajmił James pokazując mi ptaka Origami z żółtego papieru.

Życie ulotne jak każda z chwil
Zabić cię może każdy fałszywy trik/by my





" Tylko płotki dają się tak wykiwać, złapać. O.R.I.G.A.M.I. czuwa!"
-Że co?- spytała Stevie, gdy rozłożyliśmy papierową zabawkę.
-To, co widać- powiedział James.
-Potrzebujemy nagrań z kamer parkingowych i niech ktoś zaniesie to do laboratorium kryminalistycznego, bo trzeba zdjąć odciski. I... niech ktoś jeszcze przyniesie mi kawy- oznajmiłam.
-Ja mogę pójść po nagrania- zaoferowała.- Wezmę ze sobą Kalego.
 Skinęłam głową.
-Ja pójdę po kawę- powiedział James i zniknął.
 Prychnęłam i włożyłam kartkę do foliowej torebki. Wcześniej była ona dotykana jedynie przez rękawiczki, o które oczywiście zadbałam, więc sądziłam, że łatwo będzie znaleźć osobę, która skleciła coś takiego.
 Laboratoria Kryminalistyczne mieściły się na sąsiedniej ulicy, w podziemiach biura Służb Specjalnych, które dość niedawno przywędrowały do nas z Ameryki. Świat się zmienia, Anglia też. CSI zagościło w państwie jej Królewskiej Mości chyba na stałe.
 Na dworze było mroźno i chłodne powietrze przenikało mnie do szpiku gdy rozglądając się po ulicy szłam do Laboratorium. Był to dość duży budynek nie większy jednak od naszej agencji. Dość szybko dotarłam do celu. Gdy weszłam do przedsionka budynku ciepłe powietrze uderzyło we mnie z całą mocą. W wejściu natknęłam się na Sarah Kinghtley , ekspertkę kryminalistyczną z Las Vegas pracującą w terenie na nocnej zmianie, to też zdziwiła mnie jej obecność tutaj.
-Sarah, miło cię widzieć- powiedziałam.
-Cześć Janette, cholerne nadgodziny- uśmiechnęła się i pomknęła w kierunku z którego przyszłam. Kącikiem oka dostrzegłam kiepsko zamaskowane wory pod jej niebieskimi oczyma.
 Weszłam do środka laboratorium. Oszklone ściany pozwalały na oglądanie pracy naukowców. Dostrzegłam Catherine Stokes w jej gabinecie. Zajrzałam tam. Na biurku przy którym siedziała znajdowało się wiele nieuporządkowanych książek. Kobieta czytała jedną z nich.
-Cześć- przywitałam się. Podniosła wzrok i spojrzała na mnie zza starych okularów.
-Cześć, Jan. Co cię do nas sprowadza?- spytała.
-Jest Greg?- odpowiedziałam pytaniem.
-Tak. Zdaje się, że właśnie ściga się z Marią o pierwszeństwo w identyfikowaniu dowodó z naszej sprawy.
 Uśmiechnęłam się wesoło. Ta dwójka była znana z takiego urozmaicania czasu jak na przykład zakłady w pracy.
-Nad czym pracujecie?- spytałam na odchodnym.
-Znaleźliśmy trzy zwłoki w trzech różnych miejscach. Każda z nich nie ma trzech palców u lewej ręki- powiedziała Catherine i wróciła do czytania.-Miały też one we krwi jad nie występującego tutaj pająka, o nazwie, której nie wymówię.
 Poszłam do laboratorium. Już z daleka zauważyłam Grega Hideltona i Marię Amony przy mikroskopach.
-Cześć!- przywitałam sie po raz kolejny. Greg natychmiast odskoczył od mikroskopu. Nie mam pewności, ale to raczej nie miało związku z moim przybyciem, bo wykrzyknął przy tym:
-Wygrałem!
 Mina Marii wyrażała w tym momencie wszystko. Mimo to wtrąciłam swoje trzy grosze.
-Ja tż się cieszę, że cię widzę, Greg.
-O, Janette, właśnie wygrałem zakład.
-Fascynujące. Nie da się nie zauważyć- w moim głosie nie dało się nie wyczuć sarkazmu, któym był przesiąknięty.
-Mogę coś dla ciebie zrobić?- spytał on. Kiwnęłam głową.
-Mam dla ciebie dowody, kartkę papieru, na której należy poszukać jakichkolwiek odcisków palców, czy śladów... Możesz to dla mnie zrobić?
-Jasne- skinął głową.- Przyjdź jutro, a będziesz miała do odbioru zidentyfikowanych podejrzanych- uśmiechnęliśmy się do siebie. Pożegnałam  się i wyszłam.
 Gdy wróciłam do biura James siedział uśmiechnięty przy trzech kubkach z kawą. Nie było jeszcze Stevie. Usiadłam przy stoliku i zakręciłam się na obrotowym krześle, był już prawie wieczór. Sięgnęłam po kawę i drewnianym patyczkiem sprawdziłam najpierw, czy nie jest przypadkiem zatruta. Zaczynałam mieć już na tym punkcie jakiegoś fioła. Co chwilę sprawdzałam wszystko, co brałam do ust. Po chwili pociągnęłam małego łyka kawy i rozkoszowałam się moim ulubionym smakiem kofeiny. Po kilku minutach zupełnej ciszy do gabinetu wpadła Stevie z głośnym okrzykiem:
-Mam!
 Wyłożyła na stolik kilka kaset. Dziwne, myślałam, że teraz ludzie używają płyt? Podłączyliśmy odpowiedni sprzęt i przez następną sporą ilość czasu sprawdzaliśmy nagrania.

 Mężczyzna w czarnych okularach siedział na białym fotelu, na poddaszy swojego biurowca, gdzie znajdowała się siedziba jednego z największych światowych gangów. Jego członkowie pochodzili z różnych stron świata i większość z nich była władzom znana. Jednym z najważniejszych powodów tego, że członkowie O.R.I.G.A.M.I. byli jeszcze na wolności, była dyskrecja i brak dowodów, ale proszę, jeden z lepszych, ale nie najważniejszych, ludzi- zabity. Milan Sunnyday był jednym z lepszych podwójnych agentów. Przekazywał radzie bardzo ważne informacje. Podwójnie bolała też zdrada Stevie, jego dziewczyny i pomocniczki. Kobieta wykonywała większość roboty, także tej brudnej. Najgorsze było to, że młoda miała dużo informacji. trzeba było szybkiego podjęcia decyzji.
 Mężczyzna odwrócił się na krześle w stronę długiego stołu przy któym siedzieli członkowie rady.
-Dziewczynę trzeba zabić!

-Podsumowując- powiedziałam po dokładnym przejrzeniu wszystkich nagrań, które przyniosła Stevie.- Mamy jedną osobę, a dokładniej rozmazaną lekko twarz. Zaniosę do L, sprawdzi w bazie danych policji. Zobaczymy co z tego wyniknie, a tymczasem...- spojrzałam na zegarek. Była wpół do dziesiątej wieczorem.- Właśnie otworzyli "STUDIO"- powiedziałam. Nie potrzeba było dalszych uwag.
 Wsiedliśmy do samochodów i pojechaliśmy do domów. Umówiliśmy się za pięć dziesiąta pod klubem. Otworzyłam szafę i zastanowiłam się nad strojem.Postawiłam na czerń i koronkę. Wyprostowałam na szybko włosy i dobrałam do tego czarne botki. Prawie w ogóle się nie pomalowałam, co trochę przeczyło moim zasadom.
 Wsiadłam z powrotem do Astona i pojechałam do klubu. Gdy dotarłam na miejsce Czekała już na mnie Stevie. Miała na sobie niebieską sukienkę przepasaną beżowym pasem.

 Razem stanęłyśmy przed wejściem i pogrążone w rozmowie o wszystkim i niczym czekałyśmy na Bonda, który tym razem potrzebował dużo więcej czasu niż my. Po chwili jednak na strzeżony parking przy klubie wjechał jego Aston Martin. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn w takich samych garniturach. To nie byli Bond i Kali.
 Złapałam Stevie za rękę i weszłam do klubu. Zauważyłam, że mężczyźni ruszyli za nami. W środku był już niezły tłumek. Kobiety i faceci tańczyli w rytmie różnych najnowszych przebojów. Nie zastanawiałam się nawet nad tym, co leci. Przeciskałam się między ludźmi ciągnąc za sobą Stevie.
-Ej!-zawołała ona.-Co jest?
-Widziałaś tych dwóch gości? Nieprzyjemne typki.
 Nic więcej nie mówiąc udałyśmy się w stronę tylnego wyjścia. Co chwilę odwracałam się by sprawdzić położenie przeciwników. Byłyśmy już prawie u celu, gdy odwróciłam sie raz jeszcze. Nigdzie ich nie było. Dopadłam drzwi i zatrzymałam się gwałtownie. Po dwóch jego stronach stali ci goście. Kurde, a myślałam, że nie trzeba będzie nikogo zabijać. Stevie wpadła na mnie nagle, ale nawet się nie zachwiałam. Dziewczyna pisnęła, gdy zobaczyła, dlaczego nie idę dalej.
-Chyba musimy się przewietrzyć- powiedziałam głośno. Któryś z nich otworzył nam drzwi.
 Wyszłyśmy, a oni za nami. Zdjęłam z ręki gumkę schowaną pod rękawem sukienki i zawiązałam włosy na czubku głowy. Stevie dziwnie na mnie spojrzała. Dobrze wiedziałam, że włosy będą tylko przeszkadzać w walce, ale ona chyba tego nie zrozumiała. Przygotowałam się do zablokowania ciosu, ale nic podobnego nie nastąpiło. Zauważyłam natomiast szybki ruch jednego z facetów i uprzedziłam gościa wyjmując spluwę z torebki przewieszonej przez ramię. Mężczyźni cofnęli się z podniesionymi dłońmi, ale nadal nic nie powiedzieli.
-Czego chcecie?-spytałam, a może raczej warknęłam. Stevie schowała się za moimi plecami.
-Mamy Bonda- powiedział jeden z nich po chwili.- Oddajcie dziewczynę, a nic mu się nie stanie- skinął głową  w stronę Stevie. Ta jeszcze bardziej się za mną skuliła.
-Skąd mam mieć pewność, że nie blefujecie?- Spytałam.
 Jeden z mężczyzn sięgnął ręką do kieszeni i wyjął z niej kluczyki od samochodu Jamesa z charakterystycznym breloczkiem. powiem tak- On się z nim nie rozstawał. Mimo to, nie chciałam oddawać im Stevie. Bond sobie poradzi, jest 00 nie od dziś.
-Macie kumpli?- spytałam zastanawiając sie, czy zrozumieją. Ale oni skinęli twierdząco głową.- Super, to każcie im przywieźć to Jamesa, albo Was zastrzelę- uśmiechnęłam się. Oni się nawet nie ruszyli. jakby nie dotarło do nich, co mi powiedziałam.-Potrzebujecie zachęty?- spytałam i wymierzyłam w nogę jednego z nich. Drugi natychmiast wyjął komórkę i wybrał numer. Kiedy ktoś odebrał zaczął mówić w obcym języku, który i tak rozumiałam. Mimo to warknęłam:
-Angielski!- powiedziałam bawiąc sie palcem przy spuście mojej broni. Mężczyzna posłusznie przeszedł na angielski.
-Przyjedźcie tu z Bondem- powiedział, a wcześniej po włosku wyjaśnił, gdzie jest.-Teraz czekamy- powiedział do mnie chowając komórkę.
-Ilu? Ilu przyjedzie?- spytałam.
-Trzech- powiedział.
 Zamyśliłam sie cały czas obserwując naszych gości. Zabić ich teraz, czy potem razem ze wszystkimi? Co ryzykować? Nie ryzykować wcale. Podniosłam lufę i zastrzeliłam jednego z mężczyzn. Drugiego wzięłam na muszke.
-Stevie, mogłabyś?- kiwnęłam głową w stronę śmietników znajdujących sie pod ścianą klubu. Dziewczyna wzięła zwłoki zataszczyła je tam.
 Spojrzałam na trzęsącego sie ze strachu kolegę.
-Długo jeszcze?- spytałam.- Bo nie lubię czekać- Uśmiechnęłam się przekonująco.
 Po chwili na pusty parking dla pracowników klubu wjechał jeep grand cherokee. Z niego wysiadło trzech zamaskowanych typków. jeden z nich trzymał związanego i9 szamoczącego sie bez przerwy Bonda.
-Puśćcie go- nakazałam. Kolesie spojrzeli na gościa, którego trzymałam na muszce. ten pokiwał słabo głową. Puścili 007, a ten podbiegł do mnie. Szybkim ruchem głowy pokazałam mu nóż ukryty w cholewce buta. Stevie sięgnęła po niego.
-Co z dziewczyną- zapytał jeden z przybyłych.
-A co ma być?- sptałam i zastrzeliłam mężczyznę, którego wcześniej straszyłam. Zanim któryś z jego kolegów wyjął broń strzeliłam jednemu w głowę, a drugiemu w obydwie nogi.-Mamy zakładnika- powiedziałam do Jamesa.- Może jeszcze coś wyśpiewa- mruknęłam.
-Pójdę po auto- zaofiarowała sie Stevie i pobiegła na parking dla gości. Dochodziła dwudziesta trzecia.
 Odwróciłam sie do Bonda. ten rozmasowywał sobie nadgarstki. Wcześniej związali mu je grubą liną. Teraz były na nich czerwone ślady i trochę krwi. Wyjęłam chusteczki z torebki i podałam mu.
-Wszystko tam masz?- spytał nie patrząc na mnie. Wiedziałam jak mógł się czuć. Złapali go na jego własnym terytorium. Człowiek się starzeje.
-Jak każda kobieta- odparłam.- Jak to się stało, co?
-Nie wiem- wzruszył ramionami patrząc w beton.- Zaskoczyli mnie.
-We własnym domu? To ci się nigdy nie zdarzało, James- spojrzałam na niego troskliwie. Wreszcie podniósł wzrok i nasze spojrzenia spotkały się. Niemal poczułam wstyd, jaki krył sie w jego oczach.
 Stevie z piskiem opon zahamowała obok nas. Spojrzałam na Astona czujnym okiem. Żadnej rysy. jej szeczęście.
-Nigdy więcej nie prowadzę- powiedziała dziewczyna i zajęła miejsce z tyłu. Usiadłam za kierownicą, a James obok mnie. -Odwieźcie mnie do domu- powiedziała i podała adres.

-Mieli się sprawdzić! To tylko durna wymiana!- wrzeszczał mężczyzna w czarnych okularach. Przed nim stała wysoka blondynka o krótkich włosach i sylwetce anorektyczki.- To było proste zadanie O. Naprawdę proste, inaczej zająłbym się nim osobiście- wyjaśnił dobitnie. Policzki kobiety zapłonęły rumieńcem, a w oczach pojawił się strach.- Gdyby, nie to, że jesteś mi jeszcze potrzebna, zabiłbym cie już teraz- warknął.

 Otworzyłam oczy i rozpoznałam sufit sypialni w mieszkaniu Bonda. Przewróciłam się na brzuch i narzuciłam kołdrę na nagie plecy. Rozejrzałam sie po pokoju. Jeden z moich butów leżał pod oknem, drugi w progu. Sukienka leżała zmięta na podłodze. Dwa pistolety walały się pod biurkiem. Zauważyłam też garnitur Bonda, marynarkę przewieszoną przez krzesło, spodnie koło drzwi i koszulę koło łóżka. Ehhh... wspomnienia tej nocy raczej nie wypada przywoływać.
 Gdzie więc był James? Sięgnęłam po sukienkę i wciągnęłam ją szybko. Miała dość długie rozdarcie w miejscu dekoltu, co go makabrycznie powiększyło. Mimo to wyszłam z pokoju. James siedział w kuchni, przy stole. Czytał gazetę jedząc jajecznicę. Przed nim, przy miejscu, które zajęłam, leżał jeszcze jeden talerz ze śniadaniem. Nie pytając o nic zajęłam się jedzeniem.
-Byłem już u Grega- oznajmił Bond.- Mam naszych podejrzanych.
 007 odłożył gazetę i podał mi akta, które trzymał na szafce obok.
-Olivia Kascetova, O., Robert Sienicki R., Irina Chenkov I., Gill Botes G., Andrew Highrose A., Muressa Ailenovic M., Isaac Doom I. To cały gang? Oni wszyscy tego dotykali?
-To członkowie rady gangu, z którym mamy przyjemność. Ich inicjały tworzą nazwę. Brakuje też szefa.
-Skąd wiesz?- spytałam.
-Bo nikt nie jest na tyle głupi, by na tak wysokim stanowisku pozostawiać po sobie jakieś ślady.
-To od czego zaczniemy?
-Komisarz Alex Gordon wyjawił, że już przesłuchali naszego zakładnika, to człowiek od Olivii. Nie wiemy nic więcej, bo i on wie tylko tyle. Zamknęli go w celi.
 Skinęłam wolno głową analizując fakty.
-Więc od czego zaczniemy?- spytałam po raz drugi.
-Od Olivii- powiedział on.

czwartek, 25 grudnia 2014

007 i 008- początek końca gangu Origami

 Przeciągnęła się ziewając słodko. W jej nowej pracy wiało nudą. Tak jak kiedyś rozrywka była jej kompanką, tak teraz dziewczyna odczuwała kompletny jej brak. Siedziała markotna za biurkiem, w idealnie wyprasowanym, granatowym, damskim garniturku. Sztuczny uśmiech pojawiał się na jej zmęczonej całym dniem twarzy, gdy tylko ktoś wchodził do gabinetu.
 Ten dzień był taki jak inne. Nic w chmurach, ani w talerzu z owsianką nie powiedziało jej, że okaże się aż tak wyjątkowy. Siedziała na obrotowym, twardym krześle już cztery godziny, bo od ósmej. Kręciła się na nim nie mogąc się doczekać końca pracy. gdy robiła już dwieście pięćdziesiąty z rzędu obrót posadzka budynku, w którym się znajdowała, zadrżała, a przez okno, wybijając szybę, wpadły fragmenty budowli z naprzeciwka. Zerwała się na równe nogi.
-Wreszcie coś się dzieje!- wykrzyknęła uradowana. Nie przywykła do tak długiej i trwałej nudy w życiu.
 Zbiegła po schodach na parter i mijając zdezorientowanego szefa wybiegła na ulicę. Ruiny gotyckiego kościoła katolickiego stały w płomieniach. Dziewczyna szybko nakreśliła na swoim ciele znak krzyża i ruszyła na plac boju, by pomóc wydostać się wiernym, którzy zgromadzili się dwadzieścia minut temu na mszy. 
 Z niemałym trudem przedzierała się przez gąszcz gruzów, które tworzyły labirynt godny miana wykonanego przez Dedala. Jej uszy dobiegł pisk jakiejś kobiety i nieustanny płacz dziecka zmieszany z cichym szlochem innej osoby. Bez chwili zastanowienia podążyła w tamtym kierunku. Po chwili dotarła do miejsca, gdzie staruszka i młoda matka z dzieckiem uwięzione były w kręgu płomieni. Zdjęła kurtkę i rzuciła ją na płomienie, które w tamtym miejscu przygasły. Matka z dzieckiem wybiegła, ale staruszka nie ruszyła się z miejsca. Wtedy dostrzegła, że trzyma za rękę małego chłopca uwięzionego między wielkimi odłamami sufitu świątyni.
-Niech pani idzie, pomogę mu!- krzyknęła. Kobieta potaknęła i ze łzami w oczach przemknęła obok niej. Odsunęła się trochę, by zrobić miejsce kobiecie i płomienie liznęły jej szyję pozostawiając czerwony ślad. Zacisnęła usta powstrzymując krzyk próbujący wydostać się z jej wnętrza. Nie czas na chwile słabości.
 Dobiegła do chłopca, szybko ogarnęła ustawienie głazów i zaczęła je z wysiłkiem odsuwać. Po pół minucie była już nieziemsko spocona, lecz udało jej się wydostać malca. Był otarty w wielu miejscach, ale na szczęście nie stało mu się nic poważnego, jak sądziła. Wzięła go za rękę i popędziła w stronę wyjścia w płonącego labiryntu- istnej pułapki. Po drodze dostrzegła jeszcze nastolatkę z nogą zaklinowaną między dwoma potężnymi belami. pomogła i jej. Gdy podważała jedno z drewien dostrzegła leżącego bez życia chłopaka do którego zbliżały się płomienie. Ogień niebezpiecznie szybko pędził w jego stronę. Dziewczynie kazała zabrać chłopca, a sama wzięła na ręce młodego mężczyznę. Ledwo żywa wypadła z kościoła, który ktoś zamienił w ognistą pułapkę. 
 Na ulicy stał już wóz policyjny, terenówka detektywów z kryminalistyki i dwa ambulansy. Zauważyła, że na chodniku, na płótnach leżało kilka sinych już ciał i kilka "pakunków". Lekarze raz po raz stwierdzali zgony. Ktoś zabrał od niej chłopaka. Poziom adrenaliny w jej krwi spadł i zaczęła odczuwać ból w poparzeniu. Ogarnęło ją wielkie zmęczenie, ale dzielnie trzymała się na nogach.
-Mógłby mi ktoś pomóc?- spytała próbując dojrzeć, czy ma na tyle szyi większą ranę. Nic z tego. Podszedł do niej jakiś lekarz, a wraz z nim reporterka i kamerzysta ze swoim narzędziem.
-Brawo- powiedziała ta patrząc to na nią, to na kamerę.- Jest pani...
-Panienka- wtrąciła.
-...prawdziwą bohaterką. Uratowała pani pięć osób...
-Sześć- wtrącił jakiś lekarz.- Chłopak przeżyje, dzięki panience.
-Sześć, gratuluję. Jak się panienka czuje?
-W zasadzie, to...- już miała powiedzieć, że woli, żeby je mówiono na ty, gdy budynek, w którym mieściło się jej biuro, wybuchł.
 Zerwała się na równe nogi nie zwracając uwagi na lekarza, który majstrował przy jej ranie na szyi.
 Wiedziała, że w tym budynku było zdecydowanie więcej osób. Wiedziała też, że większości już nie uratuje, mimo to pobiegła, by zmierzyć się z kolejną pełną gruzów i płomieni pułapką, w której każdy kawałek budynku mógł zagrażać jej życiu, lub życiu któregoś z pracowników biurowca.


 Gdy Bóg dał ci dar, bo wybrał cię,
 nie zabijaj w sobie go nigdy, o nie! 
 Nawet gdy tracisz moc, wszystko idzie źle,
 nie zabijaj w sobie talentu, o nie!
 Kiedy los sprawdzić chce czy ci odebrać co twe,
 za wszelką cenę nie poddawaj się
 Odrzuć zwątpienie co szepcze,
 by zniszczyć co najlepsze,
 osiągaj swe szczęście,
 twe niebo jest tam, jest tam. /Sobota, Nie zabijaj

 Z ociąganiem sięgnęłam po gazetę, którą przyniosła mi sekretarka. Upiłam łuk ciepłej kawy z mojego ulubionego kubka i zabrałam się do czytania.

Niesamowita dziewczyna

W piątek, trzynastego grudnia, miał miejsce niesamowicie nieprzewidywalny wypadek. Doszło do wybuchu dwóch sąsiadujących ze sobą przez ulicę budynków, Kościoła pod wezwaniem NSPJ i Biurowca ADFinanse. Jedna z pracownic ADFinanse, Madeline Howkins, została bohaterką tygodnia! Dziewczyna weszła do płonącego kościoła i narażając własne życie pomogła wydostać się pięciu osobom, a szóstą wyniosła na rękach. Był to syn jednego z parlamentarzystów, Sean Connery. Następnie, gdy wybuchł biurowiec, dziewczyna popędziła do niego i ukrytym wyjściem przeciw pożarowym wyprowadziła ponad pięćdziesiąt osób. Wśród nich znalazł się jej szef, Leon Summerviev, oraz dwójka małych dzieci, Lana i Dean Sulivanowie. Nie obyło się też bez rannych. Przyniesiony przez Madeline z budynku Carl Lawson był dotkliwie poparzony, a Marica, którą dziewczyna wydostała spod sterty gruzów, walczyła o utrzymanie życia przy sobie. Sama zainteresowana także ucierpiała. Ma trzy poparzenia na plecach, jedno na szyi i dużo zadrapań na rękach i łydkach. Całe miasto, a w szczególności rodziny uratowanych, dziękują Madeline za jej niezwykłą odwagę i chęć poświęcenia dla innych.
Redakcja: Agelica Malon


 Artykuł będący sprawą tygodnia faktycznie dawał do myślenia, a dalej nie znalazłam nic ciekawego. 
-Przydałaby się nam taka, co nie?- podskoczyłam, gdy usłyszałam głos Bonda, który nie wiadomo kiedy wszedł do mojego gabinetu. Podszedł do mnie i złożył delikatny pocałunek na moich włosach.
-Nie myłam ich od tygodnia- zauważyłam cierpko i dałabym głowę, by zobaczyć jego minę.- Żartowałam!
 Mruknął coś nie zrozumiałego i wziął do ręki gazetę, którą i tak już czytał. Dziewczyna na zdjęciu nawet z ranami była niczego sobie, więc mogłabym się założyć, że to ta fotka przyciągnęła 007.
-Tak, zdecydowanie przydałoby się nam takie poświęcenie, ale dziewczyna? Niekoniecznie-mówię po chwili.
 Prycha i wstaje.
-Nie zostaniesz?- pytam z figlarnym uśmiechem.
 Malutka doza prowokacji wystarcza. Chwilę później Bond wprost kipi namiętnością.
-Jesteś żonaty, James- przypominam mu przerywając na chwilę pocałunek.
-Ona nie żyje, Jan- mruczy on. Śmieję się w głos.


Nie umiemy żyć ze sobą, nie możemy żyć bez siebie,
Dobrze nam bywa bez siebie, ale ze sobą jak w niebie.
Jesteśmy dla siebie jak chiński znak równowagi,
Coraz bardziej jestem pewien, że los dobrze nas zaprowadził.
Nie możemy istnieć bez siebie jak bez nocy dzień,
Jak bez ciemności światłość, jak bez życia śmierć,
Wiem, że rany na sercu przeze mnie zadane się goją powoli
I wiem, że to boli, Ty jesteś moją ostoją i chociaż nasze życia
To walka dwóch różnych światów
Moje życie bez Ciebie byłoby jak ogród bez kwiatów,
Ja czasami przy Tobie czuję się jak niemowa,
Bo w słowniku nie ma takich pięknych słów, żeby Cię zdefiniować
I nawet wszystkie razem wzięte komplementy świata
Są za brzydkie, żeby kogoś takiego nimi oplatać.
Jesteś cudem natury, moim natchnieniem
Moją muzą, moją weną, moim przeznaczeniem./Bezczel


- To karygodne!-wrzeszczy na nas Z.- Jak można tak zachowywać się w pracy?
 Pomijamy jej pytanie. Siedzimy ze spuszczonymi głowami niczym na dywaniku u dyrektorki. Do gabinetu wpada 003 i ratuje nas z opresji. Przynosi akta, a to daje nam do myślenia, czyżby kolejna misja? Już dawno nie bawiłam się tak świetnie, jak na ostatniej.
-Nasze źródła dowodzą, że dziewczyna, którą rzekomo usunęliście jest żywa, lecz niezbyt dobrze się trzyma. Musicie sprzątnąć ją razem z szefem, bo może nam jeszcze bardzo napsuć krwi- mówi Z spoglądając na nas znad swoich nowych okularów. 
-Tym razem nie zawiedźcie, bo nie mam już cierpliwości do tłumaczenia was przed rządem. Acha! I przypominam, że licencja nie jest upoważnieniem do zabijania świadków, Bond... 
 Zwijam się jak najszybciej. Wychodzę z gabinetu i zmierzam do swojego. Po drodze spotykam L, ma on oczywiście nowe wynalazki. Technologia i nowoczesność idzie w parze ze stylem, w rzeczach, które on tworzy. Poręczny nóż ukryty w szpilkach butów i laser w spince do włosów budzą mój podziw, bo są moimi ulubionymi dodatkami. Z zachwytem spotyka się także lina, a raczej urządzenie wciągające, polegające na wystrzeleniu liny, zaczepieniu jej i wciągnięciu, czy przemieszczeniu się na wybrane miejsce, ukryta w pasku. Z chęcią przyjęłam jego wynalazki urozmaicając nimi swój ubiór.
 W swoim gabinecie ze schowka pod biurkiem wyjmuję aktówkę, do której wkładam akta, które dostałam od sekretarki. Annabeth siedziała wtedy z 003 przy barze i rozmawiała, nie zauważyłaby mnie, gdyby nie to, że prychnęłam jej przed nosem teatralnym krokiem przechodząc obok jej siedzenia.
 Pakuję podręczny laptop i zeszyt, a wraz z nim piórnik pełen ołówków i długopisów, z których ponad połowa nie pisze.
 Rozglądam się po pokoju z cichym westchnieniem. Przebiegam wzrokiem po beżowych ścianach z czarnym wzorem. Zatrzymuję się na regale sięgającym sufitu, po brzegi wypełnionym książkami fantastycznymi, kryminalnymi, sensacyjnymi, filmami akcji, serialami kryminalnymi i płytami z muzyką. Moje małe sanktuarium. Obok niego znajduje się szafa. Taka potężna, drewniana, na ciuchy. Często, nie zdajecie sobie sprawy, jak często, zostaję w pracy kilka dni i nocy, nie jadę do domu, by się przeprać. Taka szafa się przydaje. Dalej widać wielofunkcyjne biurko, kryjące w sobie wiele ekranów, na których zwykle wyświetla mi się masa informacji o celu misji. Na przeciwległej ścianie znajduje się ogromne lustro, za którym ukryty jest magazyn z bronią, taki jak ten w moim domu.
 Zabieram sukienkę i parę T-shirtów do torby. Do tego dobieram przetarte jeansy i dwie pary dresów. Z samego dna szafy wygrzebuję śliczne cętkowane bikini i wysokie koturny. Pakowanie zakończone. No, na razie. Resztę rzeczy dokupię w sklepie. Sprawdzam, czy Bond już się spakował i pomagam mu wybrać spodnie do czarnej marynarki. Na aktach napisane jest Egipt. Chyba znów musimy wybrać się samolotem.
 Razem zbiegamy na sam dół siedziby MI6, tylko po to, by dowiedzieć się, że helikopter czeka na nas na dachu. Zniesmaczeni wdrapujemy się na górę. Na dachu, z uruchomionym silnikiem, rzeczywiście czeka na nas, czarny helikopter. Wskakujemy do niego i wznosimy się w powietrze. Nie wiem, skąd ten pomysł na taki środek transportu. Czyżby zabrakło miejsc w samolocie?
 Wpatrywałam się w krajobrazy za oknem zmieniające się jak sceny na filmach. Do końca podróży nie odezwałam się słowem nucąc w głowie piosenkę Bezczela i Zeusa, "Siła Umysłu".  Kątm oka widziałam, że Bond przypatruje mi się uważnie.
 Wreszcie lądujemy. Wysiadam napawając się wszechobecnym ciepłem. Zdejmuję skórzaną kurtkę pod którą mam jedynie cienki top na ramiączkach grubości łodygi róży.
 Z lotniska na którym wylądowaliśmy idziemy do taksówki czekającej na nas przy chodniku. Wsiadamy i oddychamy chłodnym powietrzem z klimatyzacji.
-Do hotelu Maritim Jolie Ville Royal Peninsula- mówi Bond.


Kochać to niszczyć, a być kochanym, to zostać zniszczonym/Jace, Dary Aniołów



 Stevie okręciła się w miejscu prezentując sama sobie nową sukienkę nabytą w jednym z Egipskich sklepów.
 Była zadowolona z karty kredytowej, którą dostała od Milana w ramach rekompensaty chwilową utratę zdrowia, ale czegoś jej brakowało. Miłości. Chłopak traktował ją jak przedmiot, którym nie była. Wykonywała dla niego zadania, spędzali razem chwilę, a potem o niej zapominał. W dodatku od czasu, gdy wróciła ze szpitala w Berlinie zauważyła nową pracownicę. Wysoka i zabójczo piękna ruda kręciła się wokół Milana jak mucha przy torcie. Stevie nie była zadowolona. Czuła się pominięta, niechciana. Cały czas spędzała na zakupach, Kupowała ciuchy i książki, czymś musiała się zająć, gdy całe dnie prawie przesiadywała w domu.
 Nikt nie interesował się nią, gdy przechodziła zbyt blisko miejsc objętych zakazem wstępu, gdy w ogóle gdzieś szła. Zaczęło się jej podobać, że kiedyś wypytywali ją co chwilę. 
 Okręciła się jeszcze raz i podjęła decyzję. Wyszła z budynku i wsiadła do Astona Kalego. 
-Gdzie?- spytał on myśląc, że dziewczyna wybiera się na kolejne zakupy.
-Po prostu jedź-powiedziała. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale nie zakwestionował jej decyzji. Ruszył przed siebie na pełnym gazie. Dziewczynie przed oczyma migały afrykańskie krajobrazy. W końcu Kali postanowił się zatrzymać. Oczom Stevie ukazał się pięciogwiazdkowy hotel Maritim Jolie Ville Royal Peninsula.
-Koniec przejażdżki- oznajmił Kali.- Czas na odrobinę rozrywki- dodał i pomógł dziewczynie wysiąść. 

I I I I
I don’t wanna fi-i-i-ight
You wanna say you trust me now but then you go and change your mind
I I I I
Do it every ti-i-i-ime
Just because he hurt you bad it’s in the past
I just wanna love you like that/ Faydee



Gomshede bodam
nemifahmidam ,
chi dashtan chi bodam khasteh bodam
so give me your heart
give me your love
give me what's you call your khone
(dige man shodam yek divane)/Mahan Main



 W pamięci jeszcze raz powtarzam sobie treść akt. Leżę na kocu, przy hotelowym basenie. W prawej ręce trzymam drinka. Wódka z martini, wstrząśnięta, niemieszana. Bond siedzi obok zatopiony w lekturze. Obserwuje wszystkich dookoła udając niezwykłe zaciekawienie powieścią, której nawet nie rozumie, bo jest napisana po hebrajsku. Otwieram oczy przysłaniając je dłonią, by ochronić je przed parzącym słońcem górującym na niebie. Uśmiecham się, gdy widzę dzieciaki chlapiące się w brodziku i biegnę wzrokiem dalej. Mina mi rzednie, gdy dostrzegam Stevie.
 Jest zniesmaczona. Siedzi na leżaku ze skrzyżowanymi w łydkach nogami i rozgląda się dookoła. Nie udaje, że mnie nie widzi. Wstaje i idzie w moją stronę. Zastanawiam się, czy nie doznała wtedy wstrząśnienia mózgu, czy pomieszania pamięci. Siada w rogu mojego koca.
-Cześć- mówi zdejmując okulary przeciwsłoneczne z głowy. Zaplątały się pomiędzy włosami. Pomagam jej je wyplątać.- Fajnie cię widzieć- twierdzi.
-Chyba za mocno cię wtedy pobiłam- wzdycham.
-Nie- przeczy szybko.- Nie o to chodzi. Wiem co myślisz- dziwię się lekko, ale słucham dalej. Zauważam Bonda patrzącego na mnie dużymi oczyma kryjącymi niemałe zaskoczenie.- Sądzisz, że pomieszała mi się pamięć. Nie, pamiętam. Prawie mnie zabiłaś. I słusznie. Stałam po złej stronie...- spuszcza głowę, jak zbity pies.- Przepraszam...
 Nie wiem co powiedzieć. Chcę jej oznajmić, że to ja powinnam ją przepraszać, prawie ją zabiłam, ale ona odchodzi, a raczej odbiega. Wbiega do hotelu i przez szklaną szybę widzę jak wbiega na piętro kryjąc twarz w dłoniach. Ona na prawdę żałuje.
 Bond kładzie rękę na moim ramieniu. Nie wiem co mam robić, co myśleć. James łapie mnie za rękę i prowadzi do hotelu. Czuję na sobie spojrzenia innych ludzi. Czy stanik mi się zsunął? Jestem zbyt wstrząśnięta, by móc to sprawdzić. W pokoju kładę się na łóżku. Nie zwracam uwagi na nic. 
 Zaczynają do mnie wracać niebezpieczne wspomnienia. Wspomnienia jego. Wysokiego mężczyzny z Afryki. Skręcam się na pościeli czując ból, który on mi kiedyś podarował. Widzę jego oczy wpatrujące się we mnie z żądzą tylko dwóch rzeczy. Mojego ciała i mojej śmierci. Napływa do mnie furia, którą czułam wtedy. Mogłabym teraz zabić. Mogłabym skrzywdzić kogoś... Muszę zapomnieć o tym co się stało, ale to wraca. Widzę tylko to. To, czego się najbardziej obawiałam i co od początku wiedziałam. Jeśli to wspomnienie wróci, ktoś ucierpi.
 Przed moimi oczami jest on. Znajduję się w ciemnej sali przesiąkniętej wilgocią. Zapach stęchlizny drażni mój nos. Próbuję wyrwać się z pułapki. Jestem przywiązana do blatu, który kiedyś służył do operacji chirurgicznych. W jego ręce znajduje się strzykawka z żółtą substancją. Odruchowo piszczę. Jeszcze nie przeszłam szkolenia, jeszcze nie umiem się bić, nie zabijam, ale mogłabym, bo jedyne, co mam, to chęć do zlikwidowania tego faceta. Wyrywam się i wyrywam. On śmieje się niemiłosiernie. Moje przerażenie narasta i nagle czuję się wolna. Więzy na moich nadgarstkach zniknęły. Teraz. Muszę to zrobić. Na szafeczce obok leży nóż z długim i ostrym ostrzem. Dostrzegam go i chwytam. Biorę zamach i... Coś blokuje mój ruch. Walczę z oporem i próbuję jeszcze raz zadać cios.
- Jan! Janette! Janette! Janie!-woła ktoś. Głos jest taki miły, pieści moje uszy. Znam tę osobę. Cała złość nagle ze mnie ulatuje. Otwieram oczy. Bond siedzi na mnie okrakiem. Trzyma moje ręce. W jednej z nich trzymam długi nóż. Jak on się tam znalazł?
-Możesz już puścić- mówię i rozluźniam chwyt. Nóż wypada z mojej ręki i wolnym ruchem spada. Wbija się w pościel o mały włos omijając mój brzuch. James cmoka z niezadowoleniem i schodzi ze mnie.-Przepraszam- szepczę.
 On uśmiecha się do mnie i gładzi mnie po głowie.
-Każdy miewa chwile słabości- mówi.
-Ale nie ja i nie takie chwile! Mogłam cię zabić- prycha, ale dobrze wie, że gdyby nie przyglądał mi się czujnie od pierwszych chwili wspomnienia, już by nie oddychał.- Jedno wspomnienie i zamieniam się w maszynę do zabijania, nawet nie myślę o tym, co robię.

 Stevie leży na łóżku bez ruchu, a obok niej Kali, gładzi jej włosy. Dziewczyna słyszy krzyk. Krzyk Bonda, jest tego pewna. On wykrzykuje jej imię. Choć już wybaczyła, nadal nie może się wyleczyć i wspomina Janette jako swoją morderczynię. Zrywa się z łóżka i nim chłopak zdąża zareagować wybiega z pokoju i wbiega jedno piętro wyżej. Puka do pokoju znajdującego się nad jej lokum. Otwiera Bond. Jest zaskoczony, ale wpuszcza ją do środka.


Yeah, you can start over
You can run free
You can find other fish in the sea
You can pretend it's meant to be
But you can't stay away from me
I can still hear you making that sound
Taking me down, rolling on the ground
You can pretend that it was me, but no

Baby, I'm preying on you tonight
Hunt you down, eat you alive
Just like animals, animals, like animals
Maybe you think that you can hide
I can smell your scent from miles
Just like animals, animals, like animals
Baby, I'm.../ Maroon 5


 Jestem jeszcze bardziej zaskoczona, gdy patrzę jak Stevie wchodzi do środka.
-Usłyszałam krzyk i...- mówi.
-Tak..- przerywam jej.- To nic takiego, coś mi się przypomniało i...
-Ale wszystko w porządku, tak?
 Już chcę jej odpowiedzieć, gdy rozlega się wielkie bum. Hotel drży. Ściany pękają. Stevie upada na podłogę pod wpływem coraz silniejszych wstrząsów. James pomaga jej wstać i razem wybiegamy z pokoju,a potem z hotelu. Sufit wali się za nami, podłoga pęka i kruszy się. Wybiegamy przed budynek pilnując, by wszyscy się z niego wydostali. Gdy tylko przekraczamy próg hotel równa się z ziemią. Odłamki gruzów pryskają na wszystkie strony. Odbiegam jak najdalej od tego miejsca, ale jeden z kamieni trafia we mnie. Ostra krawędź ściany wbija mi się między piąte, a szóste żebro, na tyle głęboko, by sprawić, że paskudny ból przeszywa moje ciało i upadam na ziemię. 007 i Stavie biegną do mnie, ale ktoś inny jest pierwszy. Kontur jego postaci rozmywa mi się przed oczyma. Słyszę szczęk odbezpieczanych pistoletów. Trzech. Zmuszam się do otwarcia oczu. To Milan. Stevie i Bond celują do niego z pistoletów. Za nim, przy Astonie stoi Kali. Stevie patrzy na niego z bólem w oczach. Wtedy chłopak wyjmuje z auta karabinek maszynowy i celuje w Bonda. Na ustach Milana pojawia się uśmiech. Chwilę później jednak Kali wolnym ruchem zmienia cel. Tym razem, to Bond i Stevie się uśmiecha. Pistolet Milana spada na ziemię, a jego ręce wędrują w górę.
-Zabij- szepczę. Bond i Stevie strzelają w tym samym momencie. Milan Sunnyday pada na ziemię martwy-Dobij- mówię, a gdy dopada go seria z maszynówki moja głowa opada na ziemię, a ciało nieruchomieje. Tracę przytomność.




 Strzela. Trafia. Triumfuje. Patrzy na dziewczynę leżącą na ziemi, a ona szepcze.
-Dobij...- rozlega się huk strzałów, to seria z maszynówki Kalego. Janette Cortez traci przytomność. Podbiega do niej Stevie, a chłopak nadal patrzy na martwe ciało Milana Sunnydaya. W końcu także podchodzi do leżącej na ziemi nieprzytomnej agentki. Patrzy na Kalego, który pociesza Stevie zachowując się jak prawdziwy przyjaciel. James bierze niekontaktującą 008 na ręce i niesie do Astona Kalego. Siada za kierownicą, a pozostali pasażerowie dołączają do nich. Właściciel wozu nie protestuje, gdy Bond prowadzi auto dość chaotycznie po autostradach prowadzących na lotnisko. Wie, że musi jak najszybciej przedostać się do Londynu. Chęć do żartów jakoś go opuściła i nie może umilić sobie czasu ironicznymi przemyśleniami. Z jednej strony cieszy się, że Milan Sunnyday już im nie zagraża, ale z drugiej strony wie, że za tym facetem mogą się kryć inni, o wiele bardziej niebezpieczni.
 W końcu docierają na lotnisko i wsiadają do prywatnego odrzutowca przysłanego przez Z. Płytki powoli jeszcze bardziej zanikający oddech agentki napawa 007 smutkiem i chyba przerażeniem. Tłumaczy to sobie, że nie może pozwolić, by stracili tak dobrą agentkę, ale w głębi serca wie, że to on nie może sobie pozwolić na stratę jej. Nie jako agentki, ale jako przyjaciółki i kompanki, a czasem kochanki.
 Chowa twarz w dłoniach i zatapia się we własnym świecie.


 Otwieram oczy i krzyczę, a raczej próbuję. Nade mną pochylają się postaci w niebieskich maseczkach chirurgicznych. Z mojego gardła nie chce wydobyć się żaden dźwięk. Postać ze strzykawką zbliża się do mnie. Niebezpiecznie mała odległość. Zrywam się z łóżka szpitalnego. W rękę mam wbite kilka igieł, które wyrywam jednym szybkim ruchem zostawiając krwawy ślad. Dostrzegam drzwi i pędzę w ich stronę. Otwieram je i wypadam na zewnątrz. Robię kilka szybkich kroków, potykam się i wpadam w czyjeś objęcia. Lustruję wzrokiem osobę, która wybawiła mnie od spotkania z podłogą i rozpoznaję Jamesa Bonda.
-Spokojnie Jan. Lekarze nie gryzą- mówi on. Prycham z rozdrażnieniem.- Masz- podaje mi ubrania.- Wziąłem je na wypadek gdybyś nie miała ochoty spędzać tu więcej czasu- uśmiecha się. Kręcę głową i odchodzę do łazienki.
 Szybko ubieram dres składający się z szarej polarowej bluzy, topu i spodni na gumce w kolorze szarym. Wsuwam nogi w Nike'i i wychodzę.
-Gdzie jesteśmy?- pytam.
-Na korytarzu szpitalnym- patrzę na niego znacząco. Dobrze wie, że nie o to mi chodziło.
-W Londynie?- kiwa głową w odpowiedzi na moje pytanie.
 Wychodzimy na parking. Rozglądam się w poszukiwaniu mojego, lub jego Astona. Ostry ból w klatce piersiowej zwala mnie z nóg. Nienawidzę za to mojego organizmu, ale znów tracę przytomność, by uniknąć kolejnych fal morderczego kłucia między żebrami. Co, do cholery, uszkodziła mi ta skała? Ale to nie kamień, gdy upadam na ziemię kontem oka dostrzegam papierowego ptaka z origami, wbitego dziobem w moje mięśnie międzyżebrowe.

sobota, 15 listopada 2014

007 powraca wraz z 008- James Bond i Janette Cortez w akcji

 Skrada się. Jeden, dwa krótkie kroki. W głowie huczą jej zwrotki KaeNa. Stara się nie robić żadnego hałasu, nie pozostawiać ran na przeklętej ciszy, która ją otacza. Słyszy głosy, ale nie jest pewna, czy przypadkiem nie są one przywidzeniem. Jej myśli zaczynają się rozpraszać, a to może mieć negatywne skutki na misji. 
 Miała misję. Ważną, najważniejszą. Ważniejszą nawet od jej życia. Nie lubiła takich, ale to jej zawód. Żaden agent 00 nie może sobie pozwolić na zniewagę zadania. Muszą narażać życie dla królowej w brytyjskim wywiadzie MI6. 
 Osoby stojące za ścianą w pokoju do którego się zakradała przemieściły się w stronę drzwi, więc cofnęła się w cień. Wyszły trzy osoby i żadna jej nie zauważyła, i w żadnej nie rozpoznała jego. Siedział tam więc. Został tam. 
 Coś jest nie tak. Przecież on wie, że tam jest bomba. 
 Wparowała do środka zapominając na chwilę o ostrożności. Zobaczyła to, czego się spodziewała i czego zobaczyć nie chciała.
 Młody, przystojny mężczyzna leżał na ziemi. Blada skóra twarzy i umięśnionych ramion umazana była w jego karmazynowej krwi. Był nadal przytomny, związany i pobity, nie potrafił podnieść się o własnych siłach. Stała nad nim i milczała, a czas płynął. Kolejne sekundy pozostałe do wybuchu uciekały jej sprzed nosa. W końcu podźwignęła partnera i ostrożnie wyniosła z budynku. Jak najprędzej podbiegła z nim do samochodu i wcisnęła gaz do dechy. 
 Budynek wyleciał w powietrze za ich plecami. Fala gorąca zmieszana z dymem ścigała rurę wydechową jej Astona Martina ulepszonego przez kolegę z działu technologii. Odjechali, a w tylnej szybie majaczył jeszcze płonący budynek na horyzoncie.

Trzeba żyć naprawdę, 
Żeby oszukać czas.
Trzeba żyć najpiękniej, 
Żyje się tylko raz.
Trzeba żyć w zachwycie:
Marzyć, kochać i śnić.
Trzeba czas oszukać, 
Żeby naprawdę żyć./Maria Anna Jopek Ale jestem 

-Misja wykonana Z- oznajmiłam.
-Co to znaczy 008? Czy jesteś pewna, że cel nie żyje?- dociekała Z.
 Zamyśliłam się, a moja zwykła pomysłowość w zabawnych, refleksyjnych odzywkach nagle jakoś wyparowała. 
-Milczysz?- Z uśmiechnęła się z przekąsem.
-Bomba wybuchła, Z. Nie mogłam jednocześnie ratować S i sprawdzać, czy cel znajduje się tam, gdzie powinien. Co zawsze mi wpajałaś Z? Życie partnera, gdy można je ocalić jest ważniejsze niż śmierć celu, o którą można się postarać jeszcze raz. Życia byś mu nie przywróciła, Z, a miałabyś je na sumieniu, ja to wiem- spojrzałam na starszą agentkę, która próbowała ukryć zmieszanie.
 Z podniesioną głową, w której kłębiły się przeróżne myśli, wyszłam z gabinetu przełożonej. Jej sekretarka podniosła wzrok znad stosu papierów i uśmiechnęła się do mnie. Zabrałam płaszcz i czapkę i wyszłam na korytarz. Po drodze do swojego gabinetu natknęłam się na L z technologicznego, który pokazał mi nowe pistolety, składaną strzelbę i nowy wynalazek, aktówkę, która źle otwarta wybucha gazem łzawiącym w twarz. Później natknęłam się na 007 i Moneypenny, a na końcu rozmawiałam z moją sekretarką, która, o dziwo, zamiast za biurkiem siedziała przy barze z 003.
 Gdy weszłam do gabinetu natłok myśli jakby zatrzymał się przed drzwiami. Wolna od natrętnych refleksji wręcz rzuciłam się na fotel i okręciłam dookoła wyciągając przed siebie nogi uwięzione w ciasnych rajstopach i uśmiechając się sama do siebie. Potem wzięłam do ręki kartki leżące na biurku, a koniuszki szpilek oparłam o drewniany blat. Drugą ręką sięgnęłam po kubek kawy, który zostawiła tu dla mnie Annabeth, moja sekretarka.
 Nagle siedziba MI6 zatrzęsła się. Ciemna ciecz wylała się na ziemię nim zdążyłam upić jej łyk. Przerażona patrzałam jak w miejscu kropel substancji powstała dziura w podłodze. Szybko zebrałam się w sobie i zerwałam się z miejsca. Wybiegłam na korytarz, na którym pełno już było agentów, sekretarek i innych pracowników. Z złapała mnie, gdy schodziłem po schodach.
-Co się stało?- spytałyśmy tym samym opanowanym głosem w dokładnie tym samym momencie.
-Nie mam pojęcia. Najprawdopodobniej gdzieś w podziemiach wybuchła mała bomba, lub granat- odparła Z.
-Ktoś urządził zamach- wydedukowałam, a szefowa pokiwała głową w zamyśleniu.- Ta osoba zamieniła moją kawę na substancję żrącą- dokończyłam, a ona spojrzała na mnie szczerze zaskoczona. Cmoknęłam.- Coraz gorzej ukrywasz emocje Z- spojrzała na mnie gniewnie.
-Ty nie odpuścisz sobie żartu nawet, gdy w grę wchodzi twoje życie 008?- uśmiechnęłam się, gdy wypowiadała te słowa.
-Znasz mnie Z- stwierdziłam tylko.
 Wyszłyśmy na zewnątrz, gdzie dołączył do nas S podtrzymywany przez 007 i 003, bo nadal nie mógł sam chodzić. Jego nogi po ich ostatniej wspólnej akcji nie doszły jeszcze do siebie.
-James- odezwała się Z.- To był zamach na pannę Cortez. Czy masz jakieś propozycje? Z tego co wiem znasz wszystkich znajomych 008.
 007 uśmiechnął się do mnie i pokręcił głową.
-Janette nie miewa wrogów- panna Moneypenny szturchnęła go odrywając się od rozmowy z Ann. Ten nie zwrócił na nią uwagi patrząc na mnie, podczas, gdy ja odwróciłam się do Z. On zaraz też to uczynił, Eve obruszyła się i kontynuowała rozmowę z moją sekretarką, wcześniej odwróciwszy się od Bonda.
-Więc kto mógłby to zrobić?- pytanie retoryczne padło z ust Z. Takich nie lubiłam najbardziej.- Jan, ty i James zajmiecie się tym- oznajmiła nieodwołalnie.

Życie, życie
Opisywane tysiącami liter, liter,
Zalane falami, bitem, bitem
Momentami jadowite,-wite
Skalane problemami/KaeN

Kto dał wam to prawo,
Kto dał ci upoważnienie by sądzić, 
To całe zło karą, 
Kto tłamsi, kto na tej arenie błądzi/KaeN

 Milan Sunnyday odpoczywał na tarasie w ogrodzie. Wylegiwał się na leżaku w pełnym słońcu dwunastej godziny. Obok niego na stoliczku stały dwie puste butelki, jedna do połowy pełna i kieliszek wypełniony czerwonym półwytrawnym winem. Jego dziewczyna, młodziutka blondynka o czarnych oczach stała za tarasowymi, szklanymi drzwiami i przypatrywała się 30-latkowi. Zakręciła pasmo farbowanych włosów na palcu i zagryzła wargę. Milan dopił któryś już z kolei kieliszek wina doprawionego trucizną, która zaczyna działać po spożyciu większej dawki. Ta ilość powinna chyba wystarczyć.
 Milan był zagranicznym agentem i jego dziewczyna o tym wiedziała. Głupota. Kompletny brak ostrożności. Blondynka pracowała dla kogoś, kto teraz czekał w Astonie Martinie przed murem, którym otoczony był dom. 
-Stevieeee...- wycharczał Milan odwracając głowę w jej stronę. Jeszcze chwila i jego życie się skończy. Tak łatwo dał się skazać i osądzić.
 Dziewczyna ubrała czarny płaszcz i okulary przeciwsłoneczne, na głowę nasunęła kapelusz z dużym rondem i wyszła z willi rozglądając się uważnie dookoła.
 Wsiadła do Astona i spojrzała na kierowcę całując go w usta. Czarnowłosy mężczyzna bez jednego oka przycisnął pedał gazu i ruszyli. Wjechali na autostradę. Pędzili prawie 200km/h, jak pędzi się przez życie. Szybko, nie zważając na szczegóły, zadowoleni z małych zwycięstw, nieprzygotowani do dużych porażek.

Pamiętaj, żeby dążąc do celu nie zapatrzyć się jedynie na szczyt, bo można przeoczyć ważne wskazówki lub wpaść w pułapkę, którą zauważysz jedynie z dołu.

 Wzięłam do ręki gazetę. Przeczytałam nagłówek i zrobiło mi się słabo. Milan Sunnyday był amerykańskim agentem, który rozpracowywał małą szajkę przestępczą, która przeniosła się tu z Nowego Jorku. Znaleziono go nieżywego wczoraj wieczorem w jego rezydencji, a raczej na ogrodzie, gdzie leżał na leżaku z kieliszkiem w dłoni. Były tam resztki wina, w którym wykryto dziwną, nieznaną truciznę, jak powiedziała Z. Od razu stwierdziłam, że to może mieć jakiś związek z naszą sprawą. Trucizna w dużych ilościach, rozcieńczona z wodą, lub alkoholem zabijała w miarę szybko, zatykając drogi oddechowe. Stężona okazywała się żrącą nawet metal substancją.
 Jakiś związek był. D udowodniła to naukowo robiąc różne eksperymenty z oddzieloną od resztki wina z butelki, trucizną. Ale była jeszcze jedna sprawa. To mogła być zbieżność substancji, zabójca mógł być zupełnie inną postacią.
 007 tak, czy siak postanowił to sprawdzić, a ja, oczywiście, nie mogłam nie pójść z nim.
 Pierwszą i najbardziej podejrzaną była jego dziewczyna. L namierzył ją w Berlinie. Niezwłocznie Z kazała zarezerwować nam miejsca w pierwszym samolocie do stolicy Niemiec.
 Wsiadłam do samochodu z zamiarem odjechania do mieszkania, by się spakować. Eve podeszła do drzwi od strony pasażera i zajrzała przez okno. Nie miała zbyt miłej miny.
-Janette- odezwała się cicho.- Czy mogłabyś zostawić Jamesa w spokoju? Było miło, gdy się nie wtrącałaś...
Uśmiechnęłam się kpiąco.
-Byliście razem... wydawało ci się, że było miło... On ze wszystkimi gra...To była gra, Eve, gra...
-Wiec z tobą też gra- stwierdziła myśląc zapewne o tamtym czasie i tamtych słowach, czułych, żartobliwych.
-Może, ale ja lubię takie gry i umiem w nie grać- posłałam jej kolejny uśmiech i odjechałam, gdy tylko odsunęła się od okna zdziwiona.
 W mieszkaniu unosił się pozostawiony przeze mnie rano słaby już zapach truskawkowych perfum. Szybko zgarnęłam parę obcisłych topów, kilka par dresowych spodni, parę dżinsowych rurek i jedną suknię wieczorową, której zamierzałam unikać. Razem z bielizną zmieściłam swoje rzeczy w średniej walizce, do której włożyłam jeszcze notesy, piórnik z ołówkami i ukryłam w specjalnej skrytce potrzebne sprzęty, takie jak zapas amunicji, czy drugi, a raczej trzeci pistolet.
 W podskokach, dotąd u mnie nie spotykanych, wybiegłam z kamienicy. Wsiadłam do Astona i rzuciłam walizkę na tył. Zapaliłam silnik i podskoczyłam bardziej z zaskoczenia niż ze strachu. Sąsiednia kamienica wybuchła. Szczątki murów, pojedyncze kamienie i skały rozprysły się w powietrzu, wysiadłam nim jedna z nich trafiła w szybę mojego samochodu i odbiła się od niego. Pobiegłam do pozostałości budynku, który teraz płonął. jedna ze ścian została nienaruszona. Na ostatnim piętrze, na kawałku podłogi, który nie wyleciał w powietrze, kulił się chłopiec. Podłoga powoli kruszyła się i spadała ponad 5 metrów w dół. Dostrzegłam wypukłości na ścianie i podjęłam jedną z tych decyzji, które automatycznie oznaczają ryzyko. Zaczęłam się wspinać. Noga co rusz ześlizgiwała mi się z ceglanych murów ściany. Był taki moment, że trzymałam się tylko jedną ręką, na szczęście znalazłam oparcie dla nóg. Chwilę później byłam na górze. Chłopiec wyczuwając moje intencje przysunął się do krawędzi zostało mu już niewiele miejsca. Weszłam jeszcze parę centymetrów wyżej i wzięłam malca na jedną rękę. Dostrzegłam metalową rynnę i po chwili namysłu z trudem przeskoczyłam na nią i zjechałam w dół. 
-Gdzie twoja mama?- spytałam uśmiechając się do niego. Chłopiec wskazał odjeżdżającego Bentley'a. - Zostawiła cię?- spytałam, ale on pokręcił głową przecząco.- Porwano ją?- zaryzykowałam kolejne pytanie, a on przytaknął.- Zabiorę cię do Z, to bardzo miłą pani, chciałbyś ją poznać?- nie miałam pojęcia jak rozmawiać z dziećmi, ale oglądałam tyle filmów, że stwierdziłam, że może warto tak spróbować. O Z pomyślałam od razu, gdy mały zdradził uprowadzenie matki. Tak, czy siak musiałam jej o tym powiedzieć, a dodatkowo sądziłam, że ona mogłaby poradzić, co zrobić z malcem. Chłopiec z radością przyjął ten pomysł.

 Wieko bagażnika uchyliło się i Rosę oślepiło światło. Miała skrępowane ręce i zaprzestała walki z porywaczami już po pierwszym ciosie w brzuch. Nie wiedziała, czy przeżyje i czy wróci do syna, nie wiedziała, czy on żyje. Gdy wrzucili ją do samochodu nie słyszała nic oprócz potężnego huku. Mężczyzna o kruczoczarnych włosach wyciągnął ją z bagażnika i popchnął w stronę wysokiej, młodej blondynki. Ta założyła rękawiczki i spojrzała na mężczyznę krytycznie zza okularów przeciw słonecznych.
-Szef nie będzie zadowolony, jeśli ją pobijesz- zacmokała z naganą, jak to miała w zwyczaju.
 Rosa rozejrzała się puki mogła. Znajdowała się na terenie dużej posiadłości otoczonej wysokim murem. Przy bramie stało kilku wartowników. Naprzeciwko niej, przed wejściem do wielkiej willi, także kręciło się kilku. Obok Bentley'a zaparkowany był Aston Martin. Za tym prowizorycznym parkingiem i za domem rozciągał się ogród. Między drzewami kobieta dostrzegła rzekę, która przepływała przez posiadłość. Był przy niej mały mostek, a do niego przycumowany był luksusowy jacht. 
 Wysoka blondynka wzięła ją za rękę i poprowadziła w tamtą stronę aleją wzdłuż, której rosły wysokie i smukłe brzozy. 
 Gdy dotarli do jachtu spytała:
-Czyż nie piękny jachcik? Hawelą można w wiele miejsc dopłynąć.
 Więc tak nazywa się ta rzeka. Ale jak dostali się tak szybko z Londynu do Niemiec?
 Nim zdążyła odpowiedzieć sobie na to pytanie na ląd zszedł mężczyzna około 30-stki.
-Dobrze wywiązałaś się z zadania Stevie- powiedział do blondynki patrząc na Rosę.- Rosalindo Eileen Sommerspy, czy nie przypominasz sobie mnie?- spytał.
 Przyjrzała się mu uważnie był bardzo podobny do Milana Sunnyday'a, ale z tego co wiedziała z dzisiejszej gazety, jej dawna ofiara z czasów liceum, nie żyła. To prawda, że teraz spokojna i opanowana Rosa w czasach młodości była  znaną na całą dzielnicę chuliganką i niejedna osoba miała przykre wspomnienia z nią związane. Ale, żeby chować urazę przez około 10 lat i dopiero teraz wywlekać całą sprawę na zewnątrz?
-Milan?-zaryzykowała to imię.
-Twój ulubiony kolega, pamiętasz?- wyciągnął nóż. Podszedł do niej i przejechał jej ostrzem po szyi, po czym nie zostawiając tam żadnego śladu rozciął liny, które krępowały jej nadgarstki.-Widzisz Rose, tamte zdarzenia miały na mnie ogromny wpływ. Czy wiesz, że nie należy pokazywać mężczyznom, że są słabi, bo staną się niedowartościowani, pozbawieni jedynej naprawdę ważnej dla nich cechy, siły. Nie przebywałaś tak drogiej drogi, żeby tu po prostu umrzeć, to by było zbyt proste i nie w moim stylu...


-Z, czy Stevie na pewno jest teraz w Berlinie?- spytałam wchodząc bez jakiejkolwiek zapowiedzi do jej gabinetu trzymając na ręku chłopca, którego uratowałam z budynku, który wysadziła najprawdopodobniej właśnie o dziewczyna Milana Sunnyday'a.
-Oczywiście- powiedziała, a dla pewności sprawdziła na ekranie pokazującym jej lokalizację.-Płyną Hawelą.
-Więc jak to możliwe, że jakieś piętnaście minut temu była w Londynie i porwała jego matkę- ruchem głowy wskazałam na chłopczyka. Z dopiero teraz zwróciła na niego uwagę.
-Kto to?- spytała.
-Gdy odjeżdżałam spod domu sąsiednia kamienica wybuchła mi za plecami. Mały siedział na ostatnim piętrze przy nienaruszonej ścianie, na podłodze, która zaczynała się powoli kruszyć. Co miałam zrobić? Zresztą. Inaczej nie mielibyśmy tych informacji.
 Z pokręciła głową i zwróciła się do chłopczyka.
-Jak się nazywasz?
 Popatrzył na mnie pytająco.
-To jest Z, możesz z nią porozmawiać o mamie- uśmiechnęłam się i postawiłam go na podłodze. 
 Z posadziła go na krześle, a sama usiadła na krawędzi biurka. Wyszłam z gabinetu i natknęłam się na Eve. Ta spuściła wzrok, gdy tylko mnie ujrzała i powróciła do swojej pracy. pewnie rozmawiała z Jamesem.
 Na korytarzu panował ten sam ruch co zwykle. Pojedyncze osoby przemykały po cichu pod gabinetami agentów. Weszłam do swojego gabinetu przechodząc przez przedsionek, gdzie znajdowało się stanowisko Annabeth, przy którym stał 003.
-Jan, znajdowałem się przy lokalizatorze Stevie, gdy ty byłaś w swoim mieszkaniu. Masz rację. Dziewczyna jakby teleportowała się do Londynu, a potem z powrotem- oznajmił, a Ann spojrzała na niego swoimi pełnymi uczuć oczami.
 Kiwnęłam głową i weszłam do gabinetu, za dziesięć minut powinniśmy jechać na lotnisko. Miałam jeszcze chwilę na refleksje. Kto podłożył bombę w podziemiach siedziby i, czy to ta sama osoba, która zamieniła moją kawę na truciznę? Czy to mogła być Stevie? Tak, mogła. Milan załatwił jej kartę wstępu do naszej siedziby, bo tak jej ufał, że czasem załatwiała za niego sprawy, nawet w agencji. Mogła to być także jakaś osoba od nas, jakiś przeciek. Czy jakiś agent zniknął ostatnio bez jakiegokolwiek pożegnania, czy ktoś ostatnio w ogóle zniknął? Nie, wszyscy agenci, albo byli z Londynie, albo na misji, żadnego nie było w Berlinie. 
 Rozległo się pukanie do drzwi. Spojrzałam na zegarek i zerwałam się jak oparzona. Była już minuta po ustalonym terminie odjazdu. Walizkę zostawiłam w samochodzie, więc wzięłam tylko aktówkę i wybiegłam z gabinetu. Gdy otworzyłam drzwi wpadłam na 007.
-Janette, spokojnie- odparł ten z charakterystycznym uśmieszkiem.
 Razem zbiegliśmy na dół, do mojego auta. James wsiadł za kierownicę, co nie spotkało się z moim zadowoleniem.
 Heathrow pełne było ludzi. Szybko przeszliśmy przez kontrolę trzymając w rękach nasze licencje i usiedliśmy wygodnie na fotelach samolotu do Berlina. 
-003 powiedział, że widział, jak Stevie nagle, zupełnie jakby się teleportowała, przenosi się do Londynu, a potem z powrotem do Berlina- szepnęłam do Bonda, rozglądając się uważnie po pasażerach  pierwszej klasy.
 Ten zamyślił się na chwilę.
-Kiedyś miałem do czynienia z prototypem takiego urządzenia- odparł po sekundzie.
-Z teleporterem?
-Nie, ze zmieniaczem czasu- odszepnął.
-Naoglądałeś się Harrego Pottera?- zdziwiłam się. Prychnął.
-Mówię serio. Pewien szalony naukowiec skonstruował takie urządzenie. Miało ono pozwolić cofnąć się w czasie, ale zamiast to zrobić zatrzymało po prostu czas. Wszystko stanęło.
-Jeny, chciałabym mieć czasem takie misje, jak ty- westchnęłam.


-Jak to możliwe, że w sekundę znaleźliśmy się pod granicą  Niemiec, gdy wcześniej byliśmy w Londynie?- Rosa próbowała sklecić jakieś konkretne, poprawne gramatycznie zdanie.
-To proste, nie tak, jak konstrukcja tego urządzenia- wskazał na zegarek na ręce Stevie.- Zatrzymała czas i wszystko oprócz niej i Kalego stanęło, łącznie z tobą. Gdy dojechaliście do granicy Steve włączyła czas i się obudziłaś, nie dostrzegając różnicy. Proste?
-Nie- westchnęła Rosa.
 Płynęli właśnie po Haweli na północ Berlina. Słońce przygrzewało, a ona miała jeszcze wiele pytań.
-W gazecie pisali, że nie żyjesz- zaczęła.
-Och... No tak. Stevie podała mi truciznę, a zaraz potem zażyłem też antidotum. Zapadłem w śpiączkę podobną do śmierci. Potem Stevie zatrzymała czas i podmieniła moje ciało w kostnicy.
 Rosa skrzywiła się. Mogła się tego spodziewać. Wszystko byle do celu. Sama kiedyś ufała tej zasadzie.
 Dopłynęli do portu przy północnej granicy Berlina należącego do prywatnej osoby mającej tam posesję. Była to willa podobna do tej z której wypłynęli, także otoczona wysokim murem i ogrodem.
-Podoba ci się mój drugi dom?- spytał Milan. I wszystko jasne.

Gdy wylądowali w północnym Berlinie od razu zadzwonił do nich L, by oznajmić parę nowych wiadomości.
- Kobieta nazywa się Rosalinda Eileen Sommerspy. Znajduje się razem ze Stevie na posiadłości przy północnej granicy Berlina przy Haweli.
-Dzięki L- pożegnał się Bond i ruszyliśmy do naszego Hotelu.
 Po odebraniu klucza z recepcji znaleźliśmy pokój na trzecim piętrze. Był przestronny i bogato umeblowany i miał tylko jedno łóżko.
-Czy będę spał na podłodze?- zażartował James. Roześmialiśmy się oboje.
-Wiadomo, gdzie możemy spotkać Stevie?-zapytałam.
-Taka kobieta jak ona za nic nie przegapi balu u szanownej mieszkanki Berlina, który odbędzie się dziś wieczorem- Bond uśmiechnął się zawadiacko.
-Jakiej szanowanej mieszkanki?- spytałam, a on wzruszył ramionami.
-Chyba nie powiesz, że nie masz w co się ubrać?
-Nie tym razem 007- odwróciłam się do walizki i wyciągnęłam moją suknię.

 Bond gwizdnął tylko i z racji tego, że pora była już późnopopołudniowa poszedł przebrać się w swój gajerek. Ja szybko nałożyłam na siebie sukienkę i umalowałam oczy. 
-Będziesz królową wieczoru- odezwał się 007 i wyszliśmy.

-Szefie proszę...- błagała Stevie, a Rosa przyglądała się temu ze swojego miejsca przy stole.- To ważne przyjęcie, muszę tam być! Proszę.
-Hmm... Zgoda, ale masz być ostrożna i zabierz ze sobą Rosę. 
 Zaraz, to ona nie była tu by cierpieć za dawne grzechy? Nie rozumiała całej tej sytuacji. 
-Niech się zabawi ten ostatni raz. Później tam do was dołączę- zawyrokował Milan, a Rosa nie nie była zadowolona z jego słów, ale postanowiła cieszyć się ostatnimi chwilami, bo czemu by nie?
 Stevie wygrzebała z szafy dwie piękne suknie i pudło kosmetyków.
 Były to piękne, długie, lekkie sukienki bardzo do siebie podobne. Blondynka wybrała niebieską, więc Rosa zmuszona była wcisnąć się w różową. Stevie zrobiła jej makijaż, a potem umalowała siebie.
 Wyszły przed dom, gdzie czekała na nie limuzyna. Za kierownicą siedział Kali, czarnowłosy chłopak, który przywiózł ją tu. Stevie uśmiechała się do niego przez całą drogę. Rosa patrzała przez okno na krajobrazy miejskie, które przeplatały się z naturalnymi.
 W końcu dotarli pod wspaniałą białą willę. Kobiety wysiadły, a Kali odjechał. Weszły do środka. Stevie przedstawiła się portierowi, a potem powiedziała, że Rosa jej towarzyszy. Przeszły do dużej sali, w której znajdował się już tłum ludzi. Orkiestra grała, jedni tańczyli, inni siedzieli i gawędzili, a jeszcze inni podpierali ściany.
 Blondynka rozejrzała się i dojrzała kogoś, kogo nie tyle nie chciała, o ile nie powinna zobaczyć. 008 w towarzystwie 007. Nogi się pod nią ugięły.


 James stał przede mną z kieliszkiem w ręku. Oboje rozglądaliśmy się ukradkiem. Oboje w tym samym momencie dostrzegliśmy ją, a ona już wiedziała, że tu jesteśmy.
-Zatańczymy- spytał Bond. Przeszliśmy na parkiet i zaczęliśmy sambę wraz z innymi, którzy już byli na parkiecie.
-Nigdy nie zauważyłabym, ze umiesz tańczyć- zaczęłam.- Myślisz, że będzie chciała spróbować zabić mnie drugi raz?
-Najprawdopodobniej i może nawet tutaj- szepnął okręcając mnie wokół siebie.
-Ta druga, to Rosalinda, prawda?- spytałam, a on skinął głową.- Nie wygląda, jakby tu była za karę.
-Może gra... Trzeba to będzie sprawdzić.
-Jak? Przecież nas rozpoznała.
 Uśmiechnął się zawadiacko. 
-Zajmiesz czymś Stevie, w końcu to na ciebie poluje.
-No wiesz!- żachnęłam się.- Dobra, zrobię to, przecież mnie znasz.
-Nawet bardziej niż myślisz- powiedział i odszedł, bo piosenka się skończyła.
 Odszukałam wzrokiem Stevie. Stała nadal w tym samym miejscu. Rosy przy niej nie było. Tańczyła z jakimś mężczyzną. Bond na pewno to wykorzysta. Blondynka zaczęła iść w moją stronę więc skierowałam się do jedynego chyba pustego miejsca, korytarza bocznego. Tam spotkałam Stevie. Miała bardzo śmieszną minę, jeśli mam być szczera. Mieszanka zdziwienia, wściekłości i strachu. Miała szefa i się go bała.
-Ładnie to tak podmieniać picie uczciwym obywatelom?- spytałam.
-Nie miałaś ochoty na kawę?- odparowała.
-Jesteś morderczynią Stevie, dlaczego to zrobiłaś?- przywołałam do naszej rozmowy Milana.
-Nikogo nie zabiłam- warknęła patrząc na salę przez szparkę w drzwiach. Odsunęła się od nich i syknęła.- Patrz.
 Zerknęłam jednym okiem. Do środka wszedł nikt inny jak Milan Sunnyday. To wytrąciło mnie z równowagi i zapomniałam na chwilę o ostrożności. Stevie wykorzystała to i zaatakowała mnie. Spróbowałam się uchylić, ale jej pięść dosięgnęła mojego policzka. Zareagowałam na to atakiem i nawiązała się walka, która dla innego agenta 00 wydawałaby się śmieszna. W końcu, gdy Stevie wylądowała na ziemi udało mi się wyszarpnąć pistolet z tłumikiem z kozaka. Wiem, że schowek ten wydaje się śmieszny, ale jest bardzo poręczny. 
-Poddaj się Stevie- oznajmiłam celując w nią.
-Nigdy- warknęła rzucając się w moją stroną, a ja oddałam strzał. 
 Blondynka podła na marmurową podłogę z czerwoną plamą na sukience. Schowałam pistolet i wybiegłam za korytarza. W kilka sekund odnalazłam Bonda i Rosę.
-Uciekamy- zakomunikowałam i wyjęłam komórkę.
 Wybrałam numer do Annabeth rozglądając się w poszukiwaniu Milana. Ten jeszcze nas nie zauważył i szukał dwóch dziewczyn. Wybiegliśmy niezauważeni z sali i wsiedliśmy do auta nim moja sekretarka odebrała telefon.
-Witaj Ann, daj 003- poleciłam, bo dobrze wiedziałam, czemu tak długo czekałam na połączenie.
-Tak, Jan?-spytał agent.
-Mamy Rosę, Stevie nie żyje, wracamy do Londynu- zakomunikowałam obserwując tylne lusterko.
-Dobrze- odparł on.- Wysyłamy po was prywatny odrzutowiec MI6. Do zobaczenia- rozłączyliśmy się.
-Wracasz do syna Roso- oznajmiłam skręcając na autostradę prowadzącą między innymi na lotnisko.