Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igrzyska śmierci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igrzyska śmierci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 października 2015

Przed nami wiele przeszkód

 Postanowiłam zaufać. Może nie był to najlepszy pomysł mojego życia, ale nie zamierzałam gnić w igrzyskach i co dzień narażać swoje życie na straty. A także życie kolegów. Każde z nas było warte więcej niż jakakolwiek śmierć.
-Słuchajcie- powiedziałam, gdy rankiem wszyscy już się zbudzili. No, prawie wszyscy... Wcześnie, jeszcze przed świtem, Hektor zbudził mnie i ze smutkiem na twarzy oznajmił, ze Em nie żyje. Nie udało mu sie przetrwać... Nie zobaczy naszego zwycięstwa. Teraz, gdy już znałam treść kartki zaczęłam mieć nadzieję na tak wiele. Nawet na to, ze może przeżyć więcej niż jedna osoba.- Jeśli będziemy tu siedzieć, to nic nie zdołamy zrobić- oznajmiłam prosto z mostu. Siedzieliśmy w ciasnym kółku na drugiem pietrze. Mówiłam przyciszonym głosem.- Znalazłam tu kamery- wszyscy zamarli.- Nie ma ich tylko na drugim piętrze. Nie potrafią śledzić obiektów, mają bardzo ograniczone pole widzenia, ale są wyczulone na dźwięk. Uważam, ze nie możemy tu zostać, bo w końcu Snow'owi to się znudzi i zapragnie nas stąd wypędzić bardzo drastycznymi środkami. Jeśli wyjdziemy w las, to nawet jeżeli natkniemy się na jakichś trybutów, będziemy mieli dużo większe szanse- tłumaczyłam spokojnie.
 Fatia zamyśliła się. Lara wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Erwinem. Hektor zagryzł wargę. Orick podrapał się po nosie, a Aaron zaplótł palce na karku i ze świstem wypuścił powietrze.
-Myślę, że ona już wie- powiedział w końcu Hektor. Spojrzałam na niego zdziwiona.
-Niby co wiem?- spytałam.
-Dobra, jednak nie wie- oznajmił on.

sobota, 25 lipca 2015

Prorocze sny

 Razem z Orickiem zaniosłam Em do rogu, naszej bazy. Reszta trybutów, z tych którzy przeżyli, uciekła jak najdalej. Na horyzoncie dostrzec można było początki lasu otaczającego nasz tor przeszkód. Można było spokojnie założyć, że ci, którzy go dostrzegli, właśnie tam zwiali. Zakładałam także, ze już założyli drugi sojusz i trzymają się razem.
 Ułożyliśmy Emeralda na jednym z łóżek polowych. Fatia natychmiast założyłam mu opatrunek i podała tabletki przeciwbólowe. Lara przyniosła butelkę z wodą. podziękowałam jej skinieniem głowy i wzięłam ja od niej. Odkręciłam i przystawiłam Em do ust, a on zaczął pić.
-Powinien się przespać- powiedziała Fatia. Aaron od razu jej przytaknął. Kiwnęłam głową niezdecydowana.
 Lara zeszła na dół, gdzie Erwin i Orick rozmawiali o czymś głośno. Uciszyła ich. Fatia Pociągnęła Aarona za rękę w stronę schodów, ale on wyrwał się i usiadł na łóżku leżącym obok posłania Em. Dziewczyna spojrzała na niego dziwnie. Nie zainteresowało mnie to tak bardzo, by się nad tym zastanowić. Hektor złapał ją za rękę i zaprowadził do innych.
 Westchnęłam cicho przypatrując się śpiącemu koledze. Przez myśl zaczęły mi przepływać wspomnienia dotyczące naszych wspólnie spędzonych chwil. Te wieczory przy ognisku, w lesie. Popołudnia nad jeziorem, upływające na łowieniu ryb i urządzaniu wyścigów w pływaniu. Te poranki na treningach, gdy razem śmialiśmy się z nieudolnych początkujących i krytykowaliśmy nauczycieli. Te wszystkie mile spędzone momenty, których nie zapomnę sprawiły, że po policzku spłynęły mi łzy. Aaron przypatrywał mi się bez słowa. Szybko otarłam je i głośno wciągnęłam powietrze.
-W porządku?- spytał dwuznacznie Aar. Sama nie wiedziałam, czy to było bardziej stwierdzenie, czy pytanie?

poniedziałek, 13 lipca 2015

Troche nie fair

 Wieża nie była duża. Miła trzy poziomy o wymiarach około 4x4m. Tak mi sie przynajmniej zdawało, bo znajdujące sie dosłownie wszędzie półki i wieszaki z bronią utrudniały znacznie oszacowanie wielkości obiektu, który zdobyliśmy. 
 Szybko weszliśmy do środka. Aaron znalazł jakiś przełącznik i nacisnął go. Wieża rozbłysła światłem halogenów wiszących pod sufitem.
-Energooszczędne- mruknął Orick.
 Hektor i Em zatrzasnęli za nami drzwi i znaleźliśmy sie w bezpiecznym miejscu. Erwin i lara oglądali po kolei broń. Wspięłam sie po schodach. Na drugim pięterku znajdowało się jedzenie i ekwipunek. Na trzecim mieliśmy idealny punkt obserwacyjny z kilkoma łóżkami polowymi.
-Idealne miejsce- szepnęła Fatia. Uśmiechnęłam się pod nosem, tak idealne. Mogliśmy zostać tu tak długo jak chcieliśmy, a jednocześnie prowadzić akcje typu Zabić wszystko, co się rusza. Tak, to zdecydowanie idealne miejsce.
 Usiadłam na jednym z łóżek, a ból znów zaczął napływać. Zaczęłam ciężej i trudniej oddychać.
-Znalazłem to z jednym z plecaków- powiedział Aar siadając obok mnie.- To tabletki przeciwbólowe- dodał czytając nalepkę na opakowaniu. Podał mi trzy kapsułki. Połknęłam szybko. 
 Chwilę później ból zaczął się cofać ustępował nudzie.
-Co będziemy teraz robić?- spytałam zerkając przez okno. Inni trybuci jeszcze walczyli. Zawiązały sie nowe sojusze. Trzy wielkie sojusze i kilku samotników.- Dołączmy do walki. Mamy broń, mamy wszystko.
 Korciło mnie, żeby wbrew temu, co mogą powiedzieć moi towarzysze, porwać jakąś broń i rzucić sie w wir walki.
-Czemu nie- poparł mnie Em.- Zostawmy Fatię na straży i idźmy sie zabawić- dodał.
 Fatia spojrzała na niego spod zmrużonych oczu, ale nic nie odpowiedziała. Nie protestowała. Erwin poruszył sie niespokojnie i szepnął coś do Lary.
-Idźmy- powiedziała dziewczyna.
-Jestem za- oznajmił Orick, a Hektor kiwnął głową popierając kolegę. Uśmiechnęłam się i skierowałam do Aarona.
-Jak chcesz, to możesz z nią zostać- powiedziałam i ruszyłam do stojaka z bronią.
-Chyba żartujesz- mruknął Aar i poszedł za mną.

czwartek, 25 czerwca 2015

Pogodzona z myślami

-Kłódka- powiedziałam powoli.- Tu jest kłódka.
 Odwróciłam się powoli do moich towarzyszy i pokręciłam głową ze smutkiem.
-Tam jest okno- zauważył Aaron, po chwili milczenia. Spojrzałam we wskazanym kierunku z dziwnym wyrazem twarzy. Jakby zastanawiał się, czy ono coś zmienia. Rzeczywiście. Było tam i miało całkiem słuszny rozmiar. Był jednak jeden problem.
-Ono znajduje się prawie pięć metrów nad ziemią, nie uda ci się- oznajmiłam sucho, choć w głębi żałowałam, że tak jest.
-Nie ja- odparł Aaron.
-Ty- powiedziała z uśmiechem Fatia. Spojrzałam na nią z ukosa.- Jedyna się na tym nie zabijesz.
 Głośno wciągnęłam powietrze.
-Nie sama, nie dam rady- oznajmiłam po kilku długich sekundach wciąż wpatrując się w otwór w wieży. Co tam znajdę?
 Rozejrzałam się po twarzach kumpli. Nikogo z nich nie chciałam wystawiać na śmierć, jaką jest upadek z wysokości i połamanie kręgosłupa. Choć oni raczej skrupułów nie mieli przed wystawieniem mnie.
 Rozejrzałam się dookoła. Ktoś powinien pójść ze mną, dla zaspokojenia pojęcia bezpieczeństwa. Choć wiedziałam dobrze, że z tą, czy inną osobą będzie tak jakbym była sama. Wspinaczka była częścią toru przeszkód, a tor przeszkód to mój żywioł, nikt inny nie jest tak dobry... No, prawie nikt.
-Aaron- odezwałam się po chwili bezsensownego patrzenia na wieżę.- Będziesz mnie asekurował.
 Fatia skrzywiła się. Nie chciałam wiedzieć, co sobie wyobraziła.
 Aaron skrzywił się
 Emerald skrzywił się, ale nic nie powiedział, wiedział, że to konieczne. Zawsze trzeba minimalizować ryzyko. Nawet jeżeli jest ono śmiesznie małe, bo nie sądzę, abym miała spaść.
-Idźmy- zgodził się Aar.

sobota, 13 czerwca 2015

Arena idealna

-Wstawaj Rubinie!
 Natychmiast poderwałam się do pozycji siedzącej. Lekko rozmytym jeszcze wzrokiem przebiegłam po pomieszczeniu i dostrzegłam Emeralda.
-Nie nazywaj mnie tak więcej- powiedziałam tylko i wróciłam do przerwanej czynności, spania.
-Hej, też bym sobie chętnie pospał, ale wypieprzają nas na arenę za dosłownie kilka godzin- oznajmił ciepło Em i wyszedł trzaskając drzwiami.
  Zerwałam się na równe nogi i spojrzałam w czarny ekran telewizora. Miałam tyle do ogarnięcia, a przy tym stres po prostu pożerał mnie od środka. Jak wypadnę? Czy od razu zginę? Czy w ogóle zginę? Może wygram... A może nie. Polubią mnie? Będę mogła liczyć na jakąkolwiek pomoc?
 Czemu ja w ogóle zaprzątałam sobie tym głowę? Przecież idę tam jedynie dla ich rozrywki.

sobota, 9 maja 2015

Dwunastka dla Jedynki!

 Ostatnie dnie, te dwa mega długie dni po pokazie przed sponsorami wyglądały dość podobnie. Pierwszego siedzieliśmy razem z mojej sypialni. Na stoliku leżały w nieładzie opakowania po chipsach i butelki po napojach. Szklanki walały się dosłownie wszędzie, a na dywanie pełno było okruchów. Ja, Emerald, Orick, Hektor, Fatia i Aaron siedzieliśmy w rzędzie na krawędzie mojego łóżka i patrzeliśmy w telewizor jak zahipnotyzowani. Mimo dobrego nastroju i trwającej cały czas zabawy przerwaliśmy by obejrzeć wyniki wczorajszych konkurencji.
-Robimy zakłady?- spytał z łobuzerskim uśmiechem Hektor. 
-Dobra- odezwał się Orick.- Zakład...- zamyślił się.- Zakład, że Rose zdobędzie dwunastkę!
-Nazywam się Ruby- mruknęłam cicho, ale wszyscy mnie zignorowali.
-Według mnie będzie miała 11- odezwał się Aaron. Fatia uśmiechnęła się.
-Dołączam się- oznajmiła.
-Ja stawiam na 10.
-Dzięki, Em, że we mnie wierzysz!- wyszczerzyłam się do niego. 
-A ty, Hek?- spytał Orick używając przezwiska, które ostatnio nadałam Hektorowi.
 Chłopak wzruszył ramionami.
-11?- odpowiedział pytająco.
-O co się zakładacie?- wtrąciłam.
-O ciebie- palnął Orick, a reszta wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
 Spojrzałam w telewizor. Prowadzący skończył gadać. Dopiero teraz zauważyłam, że to nie Caesar. Gdzie się podział Flickerman?
-A teraz przechodzimy do wyczekiwanych wyników wczorajszych starć. Zaczniemy jednak niezbyt tradycyjnie, bo od końca- powiedział młody mężczyzna z zielonymi włosami postawionymi na żel.- Dystrykt 12- Luxuria Otton, 3 punkty, Sten Ailes, 2 punkty. Dystrykt 11- panny Innocence, Ava- 6, Ana- 5. Dystrykt 10-  Fatia Andera- 7, Aaron Dorus- 10 punktów!- Aaron uśmiechnął sie pod nosem.- Dystrykt 9- Tanya Olsen- 5, Sam Konnor- 7. Dystrykt 8- Hektor Anders- 9, Orick Marvel- 9. Dystrykt 7- Luissane Midnight- 4, Cornel Digger- 3 punkty. Dystrykt 6- Katherine Aladus- 4, Felix Made- 5. Dystrykt 5- Connor Moody- 7, Alastor Brave- 6. Dystrykt 4- Lara Alter- 8 punktów! Erwin Mike- 9 punktów! Dystrykt 3- Livon Tetriss- 6, Korrie McCulghy- 5. Dystrykt 2- Panny Ruff!- po 8 punktów! I dystrykt 1- Emerald Votary- 10 punktów! Oraz prześliczna Ruby Rebel- 12 Punktów, czyli najwyższy wynik!
 W pierwszej chwili im nie uwierzyłam, potem odczułam panujące w pokoju zaskoczenie. Jedynie Orick uśmiechał się łobuzersko, pewny siebie.
-Wygrałem!- wykrzyknął i wskoczył mi na plecy. Zgięłam się lekko pod jego ciężarem.
-Hej!- krzyknęłam i zrzuciłam go z siebie.- To, że wygrałeś, nie znaczy, że możesz sobie pozwalać- wysiliłam się na jak najbardziej chłodny ton głosu, ale tak naprawdę miałam ochotę sie roześmiać. Chłopacy byli tacy infantylni. -Em, Aaron, gratulacje- powiedziałam.- Dziesięć punktów, łał.
-Taa..- skomentował moje gratulacje Aaron. Fatia uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że taka będzie reakcja jej dystryktowego partnera. Prawda, która znana jest wszem i wobec, jest taka, że Aar lubi być zawsze pierwszy.
 Miła atmosfera gdzieś wyparowała i do końca dnia mieliśmy się tak omijać. Mieliśmy, ale tak się nie stało, bo wpadła Cashmere i oznajmiła, że osoby z ocenami powyżej dziesięć włącznie są proszone na wywiad z nowym prowadzącym, Gordonem Greenem. Zerwałam sie z miejsca i podbiegłam do szafy. Wyjęłam z niej pierwszą lepszą sukienkę i ubrałam się w nią. Miałam serdecznie gdzieś, że w pokoju nadal siedzi czwórka chłopaków. Obejrzałam w lustrze swoją kreację i stwierdziłam, że ciemnozielona sukienka z rozcięciem po prawej stronie sięgającym pępka, jest dobrym wyborem, choć może posiada trochę za duży dekolt. Mimo tego podjęłam już decyzję i zabrałam się za makijaż. Choć nie był on moją mocną stroną, dziś musiałam się z nim uporać i muszę przyznać, że efekt końcowy pochwaliła nawet moja stylistka. Była też trochę naburmuszona, że nie wzięłam jej do pomocy, ale w końcu jej przeszło.

 Gdy Em i Aar przygotowywali się do wystąpienia, ja czekałam już przy wyjściu. Sama nie wiem, jak zdążyłam uwinąć się przed nimi.
Wszyscy razem weszliśmy do studia i zajęliśmy miejsca naprzeciw prowadzącego. Gordon Green był niewysoki, rysy jego twarzy były ostre i chłodne. Nie uśmiechał się do nas tak jak Caesar. ten wesoły był nawet poza kamerami. Tym większe było nasze zdziwienie, że usunęli go z anteny w trakcie igrzysk.
 Kamerzyści dali nam znak i weszliśmy na wizję. Green okręcił sie na fotelu w stronę jednej z kamer i zaczął program.
-Dzień dobry! Czas na wyczekiwaną rozmowę ze zwycięzcami rozgrywek przed igrzyskowych!- uśmiechnął się szeroko i sztucznie. Boże, jaka tandeta.- Oto nasze złote trio. Przed wami Ruby Rebel, Emerald Votary i Aaron Dorus!
 Rozejrzałam się spokojnie po studiu. Zgromadziła się w nim spora grupa mieszkańców Kapitolu i teraz wszyscy bili brawo. Uśmiechnęłam się pod nosem modląc za razem, by żadna kamera tego nie uchwyciła.
-Ruby, jak się czujesz uzyskawszy tyle punktów?- spytał Gordon. Odwróciłam się do niego łaskawie.
-Jak wszyscy- odparłam.- Nie jestem przecież lepsza. Po prostu zrobiłam lepsze wrażenie. Może się jeszcze zaskoczycie- dodałam.
 Em spojrzał na mnie krzywo, a potem odpowiedział lakonicznie na kolejne pytanie Greena. Zignorowałam jego reakcję. Z całej siły pragnęłam pokazać ludziom, że igrzyska są nie są jedynie rozrywką. Przypadkowi ludzie, którzy znajdą się na arenie też mieli rodzinę, znajomych i pasje. A teraz zostali oderwani od rzeczywistości by zginąć dla uciechy ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia, co to jest poświęcenie, wysiłek i praca dla innych, bardziej potrzebujących. Fakt. Nasz dystrykt jest jednym z bogatszych i nie zmagamy się tam z taką biedą jak w dwunastce, a daleko nam do wygód Kapitolu.
 Aaron spojrzał na mnie wyczekująco.
-Pytałem, czy jesteś zadowolona ze swej popularności?- powtórzył niecierpliwie Gordon. Miałam ochotę się roześmiać. Zadowolona z popularności? To tak, jakby zapytał się świnię, czy cieszy się, że idzie na rzeź.
 W odpowiedzi wzruszyłam jedynie ramionami.
-Nic mi po popularności, jeśli zginę. Wolałabym coś bardziej pomocnego- odparłam z uśmiechem. Em i Aar pokręcili głową załamani. Natomiast reakcja publiczności była zupełnie odmienna. Wszyscy zaczęli klaskać, jakbym właśnie powiedziała, że zamierzam wygrać. Może i tak było, w końcu jeśli potrzebuję pomocy, znaczy, że jednak chcę przeżyć.
 Rozparłam się w fotelu i zaczęłam nudne odliczanie do końca wywiadu. Ten jednak zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Gdy w końcu skończyliśmy czułam się wyczerpana. Powłócząc nogami wróciłam do pokoju, gdzie czekali sojusznicy. Nie zwracając uwagi na ich pytania rzuciłam się na łóżko tuż obok Oricka i przykryłam twarz poduszką. Słyszałam jak przez mgłę, jak Aaron i Emerald opowiadają o wywiadzie. Gdy w końcu ktoś zapytał mnie o zdanie odsunęłam poduszkę i powiedziałam:
-Żenada. Gdzie sie podział Caesar? On był przynajmniej znośny.
 Rozpoczęła się dyskusja o tym, gdzie i dlaczego może być nasz stary dobry prowadzący. Trwała do wieczora, aż do kolacji, którą zjedliśmy wszyscy razem w salonie naszego apartamentu.
 Zapadła spokojna noc, a potem zaczął się kolejny, jeszcze gorszy dzień. Dzień ostatniej z parad. Jak powiedziała Cashmere, podczas parady publiczność oceni poparcie dla poszczególnych osób poprzez wiwaty i oklaski. Słaby sposób, ale przynajmniej dowiem się na jak dużą pomoc mogę liczyć.
-Czyj to był pomysł?- spytałam, gdy mentorka wyjawiła mi tę nowinkę.
-Na pewno nie mój- odparła ona.- Okropny.
 Ale mino wszystko od razu po śniadaniu moja stylistka porwała mnie do swojego małego królestwa i pokazała nowe suknie. Wybrałam granatowo- fioletową z częściowo odsłoniętym brzuchem i przebrałam się w nią. Byłą uszyta ze sztywnego materiału. Potem Johanna zrobiła mi makijaż i uczesała włosy. Przejrzałam się w lustrze podziwiając jej dzieło.
 Następnie Cashmere zabrała mnie i Emeralda do miejsca, w którym odbywała sie pierwsza parada. Znów mieliśmy wsiąść do rydwanów. Nim zajęłam swoje miejsce przyjrzałam się Emeraldowi. Wydawał się spięty. Jego granatowy garnitur opinał się lekko na umięśnionych ramionach. Chłopak patrzał przed siebie. Miał zaciśniętą szczękę i pięści. Mrugał nerwowo co chwilę. Dziwne, zawsze wydawało mi się, ze był spokojny.
 Wspięłam się na rydwan i stanęłam obok niego. Wyjechaliśmy. Duża arena i trybuny pełne ludzi nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak pierwszym razem. Uśmiechnęłam sie jak najbardziej naturalnie i zaczęłam machać do publiczności. Potem wzięłam Em za rękę i unieśliśmy splecione dłonie do góry. Wiwatujący tłum szalał. Zatrzymaliśmy sie i czekaliśmy na resztę rydwanów, które pon chwili dołączyły. Snow znów wygłosił nudne przemówienie, w którym oznajmił ważność dzisiejszej parady. Potem mikrofon przejął Gordon Green i mimowolnie się skrzywiłam. Wciąż ani słowa o zniknięciu Caesara.
-Droga publiczności! Znamy już zasady dzisiejszej konkurencji! Proszę o oklaski, Dystrykt Pierwszy Ruby Rebel!- gdy po błogiej ciszy znów rozległy się wiwaty mimowolnie się skrzywiłam, a uszy zapiekły mnie przeraźliwie. Zaraz jednak zreflektowałam się i ignorując ból zaczęłam się uśmiechać i machać.- Dziękuję, dziękuję, a teraz jej towarzysz z dystryktu, Emerald Votary!- i znów zaczęło się klaskanie i gwizdanie, choć tym razem słabsze, co nie uszło niczyjej uwagi, a już na pewno nie mojej, czy Snowa.
 Padały kolejne nazwiska  oklaski słabły, aż doszliśmy do Dystryktu Ósmego i zawiwatowano dla Oricka, a potem dla Hektora. Równie duże oklaski mieli też Aaron i Fatia. Wszyscy wiedzieli już o naszym sojuszu i chyba bardzo nam sprzyjano. Nie powiem, żebym się nie cieszyła, ale nieustannie dołowało mnie to, ze ci ludzie za nic mają naszą śmierć, więcej, będą się nią emocjonowali.

wtorek, 10 marca 2015

Umowa zawarta, Prezesie!

 Już wspominałam, że kolejność wszystkich czynności przed igrzyskami była bardzo zmieniona, ale po treningu nadal było sprawdzenie.Siedziałam spięta obok Emeralda, prawda, na treningach radziłam sobie najlepiej, bo byłam bardzo dobra we wszystkim, ale liczy się to, ile dostaniemy tu, na sprawdzeniu.
 Jakże wdzięcznie to nazwali. Od zawsze nie lubiłam, gdy ktoś mnie śledzi, krytykuje, sprawdza. A teraz będą widzieć każdy mój ruch i jeszcze go oceniać. To zdecydowanie kolejny powód dla którego nie powinno mnie tu być.
 Wczoraj z chłopakami z Ósemki założyliśmy oficjalny sojusz. Dziś rano, dokładnie przed trzema minutami, dołączyła do niego Lara z Erwinem. Aaron się jeszcze nad tym zastanawia, lecz ja wiem, że na pewno postawi warunek, Fatia. Dziewczyna jest wszędzie tam gdzie on i nie winię jej za to. gdybym jak ona nic nie umiała, trzymałabym sie silniejszych, a najlepiej tych, których znam.
 Trzymaj przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej.
 Zamierzałam sie tego trzymać i właśnie na tej podstawie skleciłam sojusz. On każdemu coś dawał, ale mnie chyba najwięcej. Wszyscy, którzy potrzebować będą szczególnej uwagi z mojej strony, będą blisko, będę wiedziała o wszystkich ich ruchach, ale... Pod latarnią jest zawsze najciemniej, a wszystko działa w dwie strony. 
-Witajcie trybuci!- rozległ się donośny głos pochodzący z któregoś głośnika.-Dziś odbędzie się Prezentacja zwana potocznie Sprawdzeniem! Będziecie proszeni dwójkami na salę, gdzie konkurować będziecie w czterech dyscyplinach. Pary będą sie składały z osób z innych dystryktów. Dajcie z siebie wszystko!- cisza. A gdzie to ich wesołe pozdrowienie, jak ono szło?- Wesołych głodowych igrzysk i niech los zawsze wam sprzyja!- a jednak...
 Czy z tego powodu, ze jestem z Jedynki, będę pierwsza? Nie...
-Cole Ruff i Livon Tetriss!- odezwał się po chwili głos.
 Dziewczyny zniknęły za drzwiami i nastąpiło pół godziny nerwowego oczekiwania. Potem trybutki wróciły. Żadna z nich nie była zadowolona.
-Emerald Votary i Hektor Anders!- chłopcy wyszczerzyli się do mnie nim zniknęli po drugiej stronie ściany. Wydawałoby się że będzie okay, ale gdy wrócili także już sie nie uśmiechali.
-Tanya Olsen i Fatia Andera!
-Cornel Digger i Sten Ailes- dzieciaki ruszyły do walki.
-Luxuria Otton i Luisanne Midnight- kolejne dziewczynki.
-Anarika Ruff i Catherine Aladus!
-Korrie McCulghy i Lara Alter!
-Erwin Mike i Alastor Brave!
-Felix Made i Connor Moody!
-Sam Konnor i Ava Innocence!
 Zaparło mi dech. To oznacza, że gdy ona wyjdzie dowiem się z kim walczę. Aaron, Orick, Ana. Z dziewczyną raczej nie chciałam się mierzyć. lubiłam wyzwania, a ona była słaba.
 Czas płynął nagle niemiłosiernie długo. Sekunda wydawała się minutą, minuta godziną. W końcu drzwi uchyliły się i wyszła Ava z podniesioną wysoko głową. Zwyciężczyni. Miała kilka zadrapań na nogach. Po niech wyszedł Sam. Chłopak snuł się niczym cień. Z nosa spływała mu krew.
-Ana Innocence i...- nawet te sekundy wydały mi się wiecznością.-... Orick Marvel!
 Uśmiechnęłam się do chłopaka.
-Daj jej nauczkę- syknęłam, gdy przechodził obok mnie. Wydawał sie rozluźniony, ale nic nigdy nie wiadomo.
 Zerknęłam szybko na Aarona, który wydawał się nie zainteresowany całym zajściem. Siedział na krześle lekko rozwalony i patrzał w podłogę. Co chwilę splatał palce i je rozplątywał. Nie wyglądało to jednak na tik nerwowy. Wręcz przeciwnie. Chłopak wydawał się nadmiernie pewny siebie, a może to złudzenie? Przecież ja też potrafiłam w najgorszych momentach zachować kamienną twarz.
 Po pół godzinie Orick wyszedł zadowolony. Żadnych obrażeń widocznych na pierwszy rzut oka. Natomiast Ana wyglądała lekko inaczej. Miała już kilka siniaków, rozwaloną wargę i krew nad ustami, która wyciekała jej jeszcze z nosa.
-Jak mówiłam o wycisku nie byłam do końca poważna-zażartowałam wstając.- Było, jak widać, nie zgorzej?
 Orick uśmiechnął się i podążył do swojego lokum, by podzielić sie wynikiem z resztą sojuszu. umówiliśmy się w apartamentach ósemki i wszyscy już byli. Najprawdopodobniej Fatia też. Odwróciłam się do drzwi i wziąwszy się w garść przekroczyłam próg. Aaron podążył za mną.
-Dzień dobry- odezwał się leniwy, znudzony głos z góry. Spojrzałam w jego stronę. Balkon dla sponsorów był przepełniony.-Czekają was cztery konkurencje. Walka na ringu, tor przeszkód, strzelanie do celu, lub rzucanie i kamuflaż, czyli malowanie twarzy drugiej osoby najlepiej jak się potrafi- dłużył każde zdanie i przeciągał literki. Jakby nie miał dla nas za grosz szacunku, bo pewnie nie miał.
-Pokaż na co cię stać- szepnął ironicznie Aaron, gdy wskoczyliśmy na ring.
 Okrążyliśmy się dookoła i chłopak zaatakował. Zrobiłam unik i szybko wysunęłam kontrę. Był szybki. Przez chwilę tak się na siebie mierzyliśmy nie mogąc trafić. Wyglądało to zapewne jak taniec, czy coś. Minęło piętnaście minut i mogłam spokojnie stwierdzić, że będziemy tu siedzieć najdłużej. Unik. Atak. Sparowanie. Kontra. Unik. I tak dalej.
 Po około dwudziestu minutach zaczęłam się zastanawiać, kto pierwszy wymięknie i się zmęczy, ale na razie nikt nie przejawiał takich chęci. Byliśmy twardzi. Trening czyni mistrza. Jesteśmy tego idealnym odzwierciedleniem. Czas na sprawdzenie koncentracji, kto pierwszy popełni błąd? Skupiłam się na ruchach przeciwnika. Studiowałam jego mimikę twarzy i po chwili wiedziałam, co robi, gdy zadaje cios. Nie próbowałam tego wykorzystać. Mogłam sie zagiąć. Za dużo do stracenia. Zaatakował i zamiast zrobić unik poszłam na żywioł i odepchnęłam cios. Aaron na moment stracił równowagę, ale ja byłam szybsza. po kolei przypuszczałam kolejne ataki nie dając mu czasu na przemyślenie czegokolwiek. Chłopak po chwili przestał nadążać z obroną. Chciałabym powiedzieć, że się potknęłam i on też miał szansę na pokazanie, że bardzo dużo potrafi, ale skłamałabym. Wpadłam w ciąg i mój mózg przełączył się na inny bieg. Nie myślałam o koledze, tylko o zwycięstwie.
 Rozległ się ostry gwizdek. Aaron leżał na macie z rozwaloną wargą i krwią na zębach. Położyłam kolano na jego klatce piersiowej i założyłam dźwignię. Chłopak jęknął. Puściłam i wstałam.
-Sorry- mruknęłam i zeszłam z ringu. Czas na tor przeszkód. Bieg pod górkę, dziury, kolce na podłożu, śliska nawierzchnia, kule na linach zwisające z sufitu, wspinaczka po linie, siatce i prawie prostej skale, równoważnia... To wszystko objęłam wzrokiem, gdy spojrzałam na nasze następne zadanie. Każdy ma swój tor. tym razem nie będę musiała zabijać za pierwszeństwo. To dobrze, bo coraz częściej przyłapuję się na tym, że Igrzyska i walka robią ze mnie bezmyślne zwierzę.
 Stanęłam na starcie. Czy mam jakąkolwiek przewagę nad Aaronem? Nie wiem. Chyba już raz widziałam go na torze... Nie pamiętam jego czasu, ale chyba był podobny do mojego... A zresztą! Po co się zastanawiać? I tak muszę dać z siebie wszystko!
 Kolejny gwizd na start. Pędzę przed siebie ile sił. Po pokonaniu górki zwalniam. Przyśpieszam zbiegając z niej, omijając kolce i dziury. Prześlizguję się zgrabnie po śliskim podłożu, niczym po lodowisku. Z mniejszym trudem przychodzi mi unikanie kuli, które są dla mnie jak ciosy. Unikanie ich mam w genach. Teraz lina. Jestem na samej górze i zauważam, że Aaron mnie goni. Poślizgnął się wcześniej na lodowej nawierzchni i został lekko w tyle, ale szybko nadrabia stracony czas. Jest pierwszy na górze, ale z małą trudnością przychodzi mu zeskoczenie z rampy na ziemię, dwa metry w dół. Już znam jego słabość. Ma lęk wysokości. Staję na chwilę i poganiam go ruchem głowy. Przecież gościa tam nie zostawię. W końcu Aaron skacze i wyścig rozpoczyna się na nowo. Po wspinaczce na siatkę jestem pierwsza na górze i szybciej zeskakuję. Potem skała. Z tym trochę gorzej. Obojgu nam ślizgają się ręce, bo nieźle się przed chwilą spociliśmy. Aaron radzi sobie zdecydowanie lepiej, ale idziemy łeb w łeb. W jednej sekundzie, gdy szukam oparcia dla nogi, ręka zsuwa mi się ze skałki i czuję, jak pod wpływem grawitacji ciągnie mnie do ziemi. Przygotowuję sie na mocne zderzenie, ale ktoś mnie łapię. Aaron złapał mnie w pasie jedną ręką. Rumienię się lekko (poważnie,mnie sądziłam, że jeszcze tka potrafię, w sensie rumienić się :)) Szybko zdejmuję  z niego swój ciężar, znajdując oparcie i dokańczając wspinaczkę. Na górze czeka na nas równoważnia nad przepaścią pochylona lekko w dół. Kończy sie mniej więcej na wysokości pół metra nad ziemią. Teraz jesteśmy około trzy metry wyżej.
 Aaron zatrzymał sie gwałtownie i zacisnął zęby. Lęk wysokości. Szepczę mu na ucho kilka słów, które zmieniają losy tej konkurencji. Chłopak chwyta mnie za rękę i pozwala się prowadzić. Zamyka oczy i puszcza mnie pierwszą. Co chwila zerkam do tyły, by samemu nie spaść, co byłoby równoważne z zaczęciem wszystkiego od nowa. Doprowadzam go do kładki i zeskakujemy. W tym samym czasie lądujemy na ziemi.
 Sponsorzy mają różne zdania na ten temat.
 Przystępujemy do kolejnego zadania. Patrzę na stojak z bronią. Pozwalam Aaronowi wybrać broń, bo mnie pasuje każda. On bierze noże. Ostrza błyszczą złowieszczo w sztucznym świetle  Ja patrzę na stojak raz jeszcze i dostrzegam coś niespotykanego. Broń palna! Naturalnym jest, ze właśnie to mój wybór!
 Uśmiechnęłam się do niego. Nie miał szans.
-Dziesięć strzałów, czy rzutów- rozległ się głos i zaczęliśmy. W zasadzie nie ma co opowiadać. Wygrałam i tyle. Sześć 9, trzy 8 i dycha. On pięć 9 i cztery 8 i dycha.
-Ostatnia konkurencja? Umiesz malować?- obydwoje się roześmialiśmy. Na sam koniec konkurencja straciła charakter zawodów na rzecz dobrej zabawy. Usiedliśmy naprzeciw siebie i wzięliśmy pędzelki. Nie wyszły nam z tego jakieś dzieła sztuki, jak u Peety, więc sądzę, ze chyba obydwoje oblaliśmy. Skończyliśmy.
 Sponsorzy się przypatrzeli i pozwolili nam to zmyć. Pozwoliłam sobie na chwilę zabawy i chlusnęłam Aarona wodą. On odwdzięczył sie tym samym. Cali mokrzy, wśród pomruków sponsorów i chichotów tych co weselszych, oraz w akompaniamencie własnego śmiechu, wyszliśmy z sali. Skierowaliśmy się na ósme piętro. Po drodze kilka razy mało nie przewróciliśmy się dławiąc ze śmiechu. Gdy otworzyliśmy drzwi do apartamentów Ósemki rozległy się ciche westchnienia i śmiechy. Johanna pobladła, gdy zauważyła moją zniszczoną bluzkę, przemoczoną do suchej nitki. Cashmare nie wiedziała co powiedzieć, ale tak jak Gibs już po chwili śmiała się razem z wszystkimi.
-Więc jak?- spytał w końcu Em, gdy wszyscy już ucichli.
-Wchodzimy w to- Fatia uśmiechnęła sie do mnie.
-Umowa zawarta, Prezesie- zasalutowałam do Cashy i wyprężyłam się na baczność. Wszyscy znów wybuchnęli śmiechem.

czwartek, 5 lutego 2015

Nieuzgodniony sojusz

 Treningi. Treningi, treningi, treningi. To coś, co wypełniało zawsze całe moje życie, a teraz miało być tego jeszcze więcej. Jedynie dwa dni na trening, a potem ocena, ostateczna jakaś parada, którą Snow i twórcy Igrzysk za przeproszeniem z czterech liter chyba wzięli. Jedna już była, na co następna? Nie dość, że musiałam się skupić na jak najdokładniejszym wykorzystaniu czasu na sali, to jeszcze Johanna kazała mi myśleć, na kolorem stroju, bo nie chce znów spotkać sie z moimi humorami! Jakby nie wystarczyło jej to, co jej tłumaczyłam po paradzie. Taki wykład każdy by zapamiętał. Swoją drogą dawno nikomu takie zadymy nie zrobiłam. Emerald zaczął sie trzymać troche dalej, na odległość, Cashy uważała mnie za swojego idealnego ucznia, a ja tylko nie chciałam być taka, jak inni, pusta, bezmyślna, miałam swoje zdanie. Nie myślałam, że to się może dla mnie źle skończyć, że cokolwiek może sie źle skończyć.
 Pierwszego dnia wstałam wcześnie rano i od razu po śniadaniu zeszłam na salę. Nie zadałam sobie trudu zapoznawania się z kimkolwiek, od razu zaczęłam ćwiczenia. Powoli obczajałam wszystkie przyrządy do ćwiczeń. Od  torów przeszkód, przez zwykłe przyrządy znajdujące sie na każdej siłowni, aż po pokój do ćwiczenia uników, bądź szybkich strzałów, czy rzutów do celu. Takiej akurat nie było u nas w szkole. Po pierwszej serii wszystkich ćwiczeń byłam już nieźle zziajana, a pierwsi trybuci zaczęli dopiero napływać do salki. Nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę, że przyszłam tu koło piątej, szóstej i nawet Cashy jeszcze wtedy spała. 
 W zasadzie nie wiem kiedy, ale w którymś momencie wzięłam sobie moją obecność tutaj bardzo do serca. Zaczynałam się nawet przyłapywać na myśleniu o wygranej, o tym, jak to by było wróć do domu w takiej chwale, a potem na myśl przychodziły mi miny rodziców Emeralda. Wiedziałam, że oni winili mnie za jego pobyt tutaj i miałam niemalże stuprocentową pewność, że będą winić za jego ewentualną śmierć. Mój rozum często kłócił się wręcz z sercem, które pragnęło jedynie wyzwań, sławy i ryzyka. W większości sytuacji cieszyłam się, że mój rozum tak dobrze się kłóci.
 Obejrzałam się w stronę drzwi i poczęłam przyglądać wchodzącym do sali trybutom. Stałam spokojnie przy ringu do trenowania walk wręcz. Pojedyncze osoby omijały mnie bez słowa kierując sie do zwyczajnych stanowisk, gdzie mogły pracować same ze sobą. Mnie teraz strasznie zależało, by poćwiczyć z kimś. Z kimś, kto nawet nie wie, że może przegrać.
-Na co czekasz, Aniołku?- spytał koś.  Odwróciłam sie i ujrzałam uśmiechniętą i pełną fałszywej pewności siebie twarz Connora Moody'ego. 
-Chcesz zobaczyć?- spytałam i zgrabnie przeskoczyłam pomiędzy linkami odgradzającymi ring od reszty sali, wślizgując się na matę. Chłopak podążył za mną. Nawet przy wchodzeniu kiepsko sobie poradził. 
 Walczyłam, by nie zaśmiać się, gdy zaplątał się w linę. W przeciwieństwie do mnie stojący gdzieś dalej Emerald zaśmiał się i odezwał do gościa ćwizącego obok.
-Młody nie wie na co się porywa- uśmiech zagościł na ich twarzach.
 Nie byłam w szczególnym humorze więc darowałam sobie poprawianie nawet podstawowych błędów chłopaka. Gdy ten zaatakował zrobiłam zgrabny unik. Zmęczyć przeciwnika... Chyba odbiegnę od tej metody. Większość chłopaków zebranych na sali oderwało się od swoich zajęć i zaczęło z politowaniem przyglądać naszej walce. Tak, dziś zdecydowanie zakończę sprawę efektownie.
 Ręka Connora znów wystrzeliła do mojej twarzy. Zatrzymałam ją w połowie ruchu i wykręciłam mu za plecami sprawiając, że młody odwrócił się ode mnie tyłem. Wjechał mi z łokcie w brzuch, więc puściłam go, by potem kopnąć go z pół obrotu w klatkę piersiową. Starałam się bardzo zrobić to stosunkowo słabo, ale i tak wprawnym uchem usłyszałam trzask pękającego żebra. Chłopak syknął z bólu. Zgiął się lekko, a ja ręką uderzyłam go w plecy, przybiłam do parteru i założyłam dźwignię. 
-Muszę przyznać, że tak szybko jeszcze nie kończyła- usłyszałam słowa Emeralda. Stojący obok niego trybut z ósemki uśmiechnął się.
 Zeszłam z ringu zostawiając biednego Connora samego z jego dumą. podeszłam do chłopaków.
-Jak tam śpiochy?- spytałam żartobliwie.
-Nie źle go rozwaliłaś- powiedział Em zmieniając temat.
-Właśnie- przytaknął mu kolega.
-Bywało lepiej- podsumowałam.- Które ćwiczenie robicie?
-Pierwsze- powiedział Em.
-Drugie- dodał Orick.
-Trzecie- wtrącił Hektor.
-Słabiutko- skwitowałam z uśmiechem.- Ja skończyłam już wszystkie. - Spojrzałam w stronę Cnnora, któremu kolega pomagał zejść z ringu. Wyszli z sali.
-Złamałaś mu żebro- powiedział Hektor widzą, gdzie patrzę.
-Samo pękło- ucięłam. -Kto chętny na solo?- odwróciłam się w stronę wnętrza sali i powiedziałam to głośno. Zza ramienia dobiegł mnie zduszony śmiech chłopców.- Może któryś z was?- spytałam z szyderczym uśmiechem. Emerald szybko się wycofał pod ścianę poważniejąc tym samym. Hektor podążył jego śladem, ale Oricka zdążyłam złapać za rękaw koszulki.- Ty!- oznajmiłam i zawlokłam go na ring. 
 Zza ogrodzenia jakim były liny przyglądaliśmy się końcowi walki Lary Alter i Erwina Mike z Czwórki. Była ona bardzo wyrównana i zakończyła się w zasadzie poprzez szczęście, zwycięstwem dziewczyny. Brązowowłosa w chwili nieuwagi chłopaka jednym sprawnym ruchem powaliła go na ziemię i założyła skuteczna dźwignię. Zaklaskałam i razem z Orickiem zajęliśmy ich miejsce.
 Ta walka była zdecydowanie bardziej wyrównana niż moja poprzednia. Ciosy i uniki, wszystko w prawie że idealnej synchronizacji. Co jakiś czas jedynie udawało mi się dosięgnąć do pięścią. Po pięciu minutach wyszła na jaw jedyna, można powiedzieć, słabość Oricka, zmęczenie. To właśnie dzięki jego skutkom udało mi się rozłożyć kolegę na łopatki i wygrać.
 Oboje bez żadnych większych obrażeń zeszliśmy z ringu w, jak to później Hektor określił, chwale braw. Następnie, po nas, na ring weszli Emerald i Hektor. Zwycięzca kpił sobie później z biednego pokonanego Oricka, a ja i Emerald śmialiśmy sie z nich. Cała reszta dnia minęła nam na wesołych przekomarzaniach. Zdążyliśmy zrobić po pięć serii ćwiczeń, do czasu, gdy przyszła po ns Cashy z Gibsem, mentorem chłopaków, przystojnym dwudziestolatkiem o niebieskich oczach, jak dużo osób stamtąd,  skąd pochodził.
 Poszliśmy na obiadokolację do naszego apartamentu. Cashy zaprosiła chłopaków z ósemki. Popołudnie upłynęło nam na wesołych pogaduchach. Tego brakowało mi od dawna. Od początku wiadome było, że zawarliśmy już sojusz, taki nieumówiony, nieuzgodniony sojusz.

sobota, 24 stycznia 2015

Ze mną nie będziecie się nudzić!

 Gdy się obudziłam przerażające wydarzenia poprzedniego dnia natarły na mnie ze zdwojoną siłą. Śmierć, nadciąga śmierć. Nie potrafiłam uwolnić się od tych myśli. Towarzyszyły mi do końca jazdy pociągiem. Na śniadaniu, podczas rozmowy z Cashmare, w czasie wspomnień śmiesznych chwil, gdy rozmawialiśmy z Emeraldem na osobności.
-A pamiętasz, jak Cashemare zapytana o liczbę ludności w Panem odpowiedziała, że bez adwokata nie zeznaje?- spytałam. Oboje wybuchliśmy gromkim śmiechem.-Albo jak pytała się, czy Dennis oprócz zadanie nie zapomniał mózgu?
 To było miłe popołudnie. Śmialiśmy się, wygłupialiśmy, wspominaliśmy... Tylko, że gdzieś tam, w mojej podświadomości coś cały czas szeptało: Jedziesz na śmierć! Ta jedna rzecz psuła wszystko. Uśmiech na twarzy stawał się zewnętrzną maską. Miłe słowa i żarty były wtedy tylko wymuszonymi odpowiedziami, a śmiech miał maskować strach. Więc, czy to aby na pewno miłe popołudnie?
 Siedzieliśmy na sofie i oglądaliśmy wiadomości z Kapitolu, gdy prezenter oznajmił, że pociąg z trybutami z Jedynki właśnie dojechał. Tak zatraciliśmy się w ekranie, że nie zauważyliśmy nagłej ciemności oznaczającej przejeżdżanie przez mur Kapitolu. Wesołe okrzyki i potężna dawka światła dotarły do nas nagle. Ogrom twarzy rozjaśnionych uśmiechem wpatrywało się w okna pociągu wypatrując trybutów, nas. Podeszłam do okna i zaczęłam machać. Chyba tak powinnam. Przypodobać się im. Przypodobać sie sponsorom, mogą uratować mi życie. Szeroki uśmiech i wzięłam się do roboty. Po chwili rozbolała mnie ręka. Emerald stał obok i przyglądał się im z dziwną miną. Zamyślił się. Szturchnęłam go.
-Uśmiech i machaj im- syknęłam. Posłusznie zamachał kilka razy, nim zniknęliśmy im sprzed oczu.
 Cashmare przyglądała mi się ze swojego miejsca na sofie. Jej duże oczy rejestrowały wszystkie moje poczynania.
-Wyglądasz, jakbyś była tu nuż nie jeden raz- powiedziała.
-Czyli jestem dobrą aktorką- mruknęłam.
-Pewność siebie jest dobra- odparła ona.
 Nie widziałam, czemu to powiedziała. Wyszliśmy z pociągu. W Kapitolu wszystko było inne. Bardziej... sama nie wiem. Tego po prostu nie sposób opisać. To miejsce w porównaniu z naszym Dystryktem było po prostu piękne. Tak inne. Bogate, ale ozdobione minimalistycznie, nie tak jak ludzie, od których wprost biło dodatkami i świecidełkami. 
 Strażnicy zaprowadzili nas do jakiegoś budynku. Był naprawdę duży. W środku przypominał SPA czy coś. Od razu przyczepili się do mnie jacyś goście. Powiedzieli, że mnie przygotują na spotkanie ze stylistą. Kobieta, która miała przygotować dla mnie strój nazywała się Johannna Oddity. Gdy ją zobaczyłam uświadomiłam sobie, dlaczego tak się nazywa. Tymczasem wcześniej Orion i Walpurgia wykąpali mnie, pozbawili owłosienia, powycinali skórki przy paznokciach, a te skrócili.Potem z pół godziny czesali mi włosy. Następnie wyregulowali mi brwi i nasmarowali twarz jakimś środkiem na krosteczki, których tak naprawdę dużo nie miałam. Gdy już wreszcie skończyli ktoś zaprowadził mnie do innego pokoju. Tam czekała na mnie kobieta. Po jej wyglądzie nie dało się zauważyć, czy jest młoda czy stara. Miała na sobie ze trzy tony makijażu, jej włosy były różowe. Walczyłam z tym, żeby się nie roześmiać. Zamiast tego po prostu zaczęłam przyglądać się pokojowi.
 Był niestety bardzo zwykły. Cztery ściany, podłoga, sufit i trochę krawieckich gratów, jakichś manekinów, tkanin, czy nici. Jeden z plastikowych modeli był ubrany w przepiękną suknię. Była ona stworzona z drogich tkanin w odcieniach brązu.
  
-Piękna prawda?- spytała Johanna.- Ale to nie dla Ciebie. Mam lepszą- dodała z uśmiechem.
 Odwróciła się i wygrzebała z worka plątaninę materiałów w kolorach różu i fioletu. Gdy go rozprostowała ujrzałam czarującą sukienkę.
-Ubierz- nakazała, a potem pomogła mi nie pogubić się w kolejnych fałdach  materiałów. 
 Stanęłam przed lustrem i westchnęłam z zachwytu. 
-Mimo to, tamta chyba lepsza- stwierdziłam krytycznie. Nie byłabym sobą, gdybym tego nie powiedział. Johanna wzruszyła ramionami. 
-Lepsza, nie lepsza- mruknęła.- Mogę ci jeszcze jedną pokazać. 
 Potaknęłam głową z zapałem.
 Trzecia sukienka była naprawdę najlepsza.
 Obie zgodnie stwierdziłyśmy, że to właśnie tą sukienkę włożę na paradę trybutów. Następnie Johanna zajęła się moimi włosami. Oddzieliła część włosów i zrobiła z nich warkocza, z którego później zrobiła koka na czubku głowy. Reszta włosów swobodnie okalała mi twarz. Po ubraniu sukni Johanna wczepiła mi jeszcze we włosy złote welony. Pociągnęła pomarańczowe i złote kreski nad oczami i byłam gotowa.
 Johanna zabrała mnie do rydwanu. Stał tam już Emerald. miał na sobie złoty garnitur, a we włosach brokat. Pasowaliśmy do siebie, choć było tam za dużo złota.
 Już po chwili rozległ się dziwny dźwięk i rydwany ruszyły. Ogrom miejsca w jakim się znalazłam przytłoczył mnie. Tłumy ludzi machających i krzyczących do mnie zaczęły onieśmielać. Wedy Emerald złapał mnie za rękę i podniósł ją do góry. Wiwaty wzmogły się, a większość osób patrzała na nas. Zaczęłam z uśmiechem posyłać im uśmiechy. Poczułam się uwielbiana. przyjęłam maskę pewności siebie. Jestem w końcu zawodowcem. We krwi mam wygrywanie. Caesar zaczął mówić. Nawet nie słuchałam. Rozglądałam sie dookoła i uśmiechałam. Dostrzegłam Snowa. Do niego też się słodko uśmiechnęłam. Miałam swoją taktykę.
 Wróciliśmy pod trybuny, gdy Snow skończył przemówienie.  Dowiedzieliśmy sie, że cały układ Igrzysk będzie trochę inny. Wywiady już za chwilę. Nie mamy nawet czasu na przebranie. Chwilę później zawołano Emeralda. Wyszedł na scenę i mówił, jego też nie słuchałam. Stresowałam się tym. Zero przygotowania, chcą nas sprawdzić. Idź na żywioł!
 Zawołali mnie.
 Opanowałam trzęsące się ręce i drgające lewe oko. Wyszłam z uśmiechem. Nim jeszcze usiadłam pomachałam wesoło do publiczności. Mimo szerokiego uśmiechu, stres zżerał mnie od środka.
-Witaj, Ruby! Choć to raczej nie jest twoje prawdziwe imię?- spytał od razu Caessar. Wiedział o panującej u nas tradycji. Chciał mnie wytrącić z równowagi. 
-Istotnie- odparłam.- Nazywam się Rosenica Yvonne Sylvanori Maria Rebel- powiedziałm z uśmiechem.
-Długie to imię- powiedział tylko, a liczyłam na większą kreatywność.- Powiedz mi, dlaczego Rubin?
-Och. Kiedy byłam mała, miałam może pięć miesięcy, znalazłam w ogrodzie mały rubin. I tak zostało.
-Fascynujące- uśmiechnął sie Caesar.- Powiedz Rosenico, denerwujesz sie?
-Chyba wszyscy się denerwują, zwłaszcza, że jestem tu z osobą, która jest dla mnie jak brat. Ale jeśli mam zginać, to bedzie to bardzo widowiskowe- stwierdziłam.
-Haha!- roześmiał się prowadzący.- To sie nazywa poczucie humoru!- uśmiechnęłam się szeroko do publiki. - Rosenico, czy chciałabyś coś dodać?
-Tia... Nie pozwolę wam się nudzić!- wykrzyknełam i rozległy sie brawa.
-Widać, że nasza kochana trybutka jest równie odważna, co piękna. Liczę, że będziecie śledzić jej poczynania! A tym czasem, pożegnajmy ją wielkimi brawami!
 Rozległy się wiwaty i wyszłam. Jezu, co ja tam nagadałam. Nie wybaczę sobie tego do końca życia. Przecież miałam nie być ich marionetką! Za późno. Cashy podbiegła do mnie i uścisnęła.
-Pokazałaś im mała!- wykrzykneła mentorka.- Ty w ogóle wiesz, co to stres?
-Yhm, zżerał mnie on przed chwilą- mruknełam, ale ona tego nie usłyszała. 
 Poszliśmy zakwaterować sie w naszym mieszkanku na okres dożynek. Zajmowaliśmy pierwszy piętro. Weszłam do swojego pokoju i od razu włączyłam telewizor. Zaczęłam przyglądać się trybutom udzielającym wywiadów. W dwójce bliźniaczki, dość pewne siebie. Potem trójka, dwie przyjaciółki. Czwórka, nareszcie ktoś interesujacy, przyjaciele, zawodowcy. Piątka iszóstka największe oszołomy. Siódemka- jeszcze dzieci. Ósemka, goście, którzy mogą jeszcze coś wskórać, przeszkodzić swojej śmierci. Dziewiątka, oni równie dobrze mogliby zabić się już teraz, są tak zdezorientowani i onieśmieleni, że nie maja szans. Dziesiątka, wojownik i zwykła nastolatka, on jeden ma trochę szans. Jedenastka, siostrzyczki. Dwunastka, najmłodsi trybuci na arenie.
 Zrobiło mi się ich trochę żal, bo oni wszyscy mieli zginać. Było z pięć osób na dwadzieścia cztery, które mogłyby przetrwać. 
 Potem dołączyła do mnie Cashy i opowiedziała trochę o największych wrogach na tych Igrzyskach. Znaczyć dla mnie powinni jedynie Erwin Mike i Lara Alter, Aaron Dorus , Hektor Anders i Orick Marvel. Nikt więcej, podobno, mi nie podskoczy. Śmiem w to wątpić, ale Cashy ma swoje przemyślenia.

niedziela, 11 stycznia 2015

Pociąg na śmierć wiozący.

 Głupia! Głupia, głupia, głupia! Po co się zgłaszałam!? Jeszcze rok i skończyło by się dla mnie to piekło, ale nie! Musiało mi się nagle zrobić żal jakiegoś dzieciaka! Przecież ja nawet nie wiem, kto to był! Cóż, decyzja zapadła i muszę to sobie jakoś wytłumaczyć. Już nic nie zmienię. Pojadę na igrzyska i wygram lub padnę. Nie poddam się. Będę walczyć. Muszę walczyć! Tak mnie nauczono. Ale przecież, to nie ja. Ja jestem spokojną niekonfliktową osobą, zawsze uśmiechniętą i pomocną. czy to możliwe, że przez tę durną arenę tak bardzo się zmienię. Już zaczęłam... A może to moje prawdziwe ja?
 Siedzę na krześle w prawie pustym pokoju. Ściany wydają mi się wysokie, a sufit odległy. Drzwi są zamknięta, a zza nich dobiegają mnie głosy. Czerwone wzory na purpurowych ścianach zlewają się ze sobą, gdy myślę o nadciągającej śmierci. Wiercę się niespokojnie. Słyszę kroki i po chwili do zaciemnionego pokoju wraz ze świeżym powietrzem i odrobiną światła wchodzi młoda kobieta. Anetta Sneak jest zdenerwowana i zasmucona zarazem. Jej twarz nie próbuje ukryć emocji, gdy opada ciężko na niewygodne krzesło przede mną.
-Dlaczego?- pyta szeptem. Ledwo słyszę jej słowa. Są przepełnione żalem i troską.-Wiem, że to powinien być dla ciebie obowiązek, a dla mnie zaszczyt, ale...dlaczego się zgłosiłaś? Nie wiesz, że codziennie, do zakończenia dożynek będę tu, w tym bezpiecznym miejscu umierać ze smutku i nie spełnionej troski o twoje bezpieczeństwo, jednocześnie wściekła, że nie mogę nic zrobić- spuściła wzrok, a głos załamał jej się.- Ruby, bez ciebie moje życie nie będzie nic warte, zawsze byłaś dla mnie jak nie tylko przyjaciółka, ale i córka. Nie wyobrażam sobie świata bez ciebie, jak każda matka świata bez swojego dziecka, z którym spędziła najlepsze chwile.
 Zrobiło mi się smutno i ciężko na sercu. Nie pomyślałam o tym, co ludzie będą czuć, gdy ja zginę. Nie pomyślałam o konsekwencjach. Jak zwykle nie pomyślałam o innych. O Anettcie, Emeraldzie, Cashemare... Byłam idiotką, a teraz nie mogę tego odkręcić.
 Po chwili Anettcie skończył się czas i Strażnicy kazali jej wyjść. Do pokoju zawitała mała istota. W zasadzie to została ona wniesiona przez Cashemare, która przyszła razem z nią. Martha Connor spojrzała na mnie swoimi pięknymi oczami, w których czaił się strach. teraz chował się on jednak za wyrazami podzięki. Wiedziała, że uratowałam jej życie. Siedziałyśmy przez chwilę wszystkie w ciszy, a potem Cashemare bez słowa podeszła i przytuliła mnie. Byłyśmy dobrymi koleżankami od tak dawna. Czy to możliwe, że mój jeden głupi wybór wszystko zmieni? Powtórzyłam sobie jeszcze raz, że muszę zaakceptować to, co się stanie i uśmiechnęłam się do nich. Chwilę później Strażnik pokoju kazał im wyjść. Emerald siedział w drugim pokoju. Uświadomiłam sobie, że już nikt do mnie nie przyjdzie.
 Wiadomość to była dość smutna, ale nie miałam czasu się nad nią długo rozwodzić. Po chwili przyszła do mnie Rosalinda Tandet, posłanniczka Kapitolu. 
-Zbieraj się, Ruby. Poznasz za chwilę swoją mentorkę-powiedziała. Moją mentorką będzie Cashmere. Nie była to tajemnica, bo kobieta mentorowała w naszym dystrykcie od niepamiętnych czasów, a dla mnie od zawsze. Nie mniej jednak bardzo się cieszyłam, że w końcu oderwę się od nękających mnie ciągle refleksji i zrobię coś być może ciekawego. 
 Bez większego entuzjazmu lecz z ciekawością w sercu ruszyłam ze spuszczoną głową za Rosalindą. Doszłyśmy do długiego, szarego ekspresu Kapitolińskiego i jego drzwi się przed nami rozsunęły. W środku pociąg wyglądał jeszcze piękniej. Weszłyśmy do pierwszego pomieszczenia. Była to chyba jadalnia/salon. Znajdował się tam jeden wielki stół wyłożony różnymi potrawami i deserami. Niektóre z nich widziałam pierwszy raz w życiu. Na jednej ze ścian wisiał duży telewizor, a przed nim stał mały stoliczek i cztery fotele. Dalej stały jeszcze dwa stoliki. Przy nich cztery kanapy obite skórą. Na suficie namalowano bardzo oryginalny i wzorzysty fresk, a ściany miały bordowy kolor.
 Przy jednym ze stolików siedział Emerald pogrążony w rozmowie z młodo wyglądającą blondynką o ciemnych oczach i miłym uśmiechu. Nie tak wyobrażałam sobie moją mentorkę. Panna Tanner zawsze postrzegana była przeze mnie jako snobistyczna małostkowa osoba o twardym i złożonym charakterze. Cóż, nieprawdą by było, gdybym powiedziała, że w ogóle się nie mylę. Blondyna podniosła oczy i dostrzegła mnie. Od razu zwróciła uwagę na sukienkę, której jeszcze nie zdjęłam.
-Cześć Ruby!- powiedziała.- Słyszałam, że zgłosiłaś się w obronie tej małej... Marthy?
 Potaknęłam skinieniem głowy.
-Możesz mi mówić Cashy- uśmiechnęła się widząc, że czuję się dość niepewnie.-Em już się przyzwyczaił do tego pociągu i jego dość zbyt luksusowego i wytwornego wystroju. Mam nadzieję, że tobie też pójdzie tak szybko. Mogę wiedzieć jak nazywasz się naprawdę? Bo cały czas mam wrażenie, że to nie jest twoje pełne imię- zauważyła z pełną ciekawości miną. Uśmiechnęłam się i, choć nie chętnie zdradzam zwykle moje prawdziwe imię, wyjawiłam je jej. Poczułam chyba, że możemy się zakolegować, czy coś...
-Nazywam się Rosenica Yvonne Sylvanori Maria Rebel- wyrecytowałam. Ona zagwizdała, a Em zdziwił się. jemu nigdy o tym nie mówiłam. Nie wydawał się jednak urażony.-A ty, Em? Pochwal się swoim imieniem- zaproponowałam, a on uśmiechnął się z przekąsem.
-Edward Rhys Isaac Votary- nasi rodzice lubowali się w dziwnych i długich imionach.
-Rodzice wołają na was ksywkami?-spytała Cashy. Em pokręcił głową.
-To nasze dystryktowe imiona- dodałam. Zrodziła się u nas w dystrykcie tradycja do nadawania dwóch rodzajów imion. To prawdziwe i to dystryktowe. Dziwne, że ona o tym nie wiedziała.
-Hm... Za dużo czasu spędziłam poza dystryktem- uśmiechnęła się i spojrzała na zegarek.- No! Czas na kolację! 
 W tym czasie pociąg ruszył. 
 Po kolacji poszłam od razu do pokoju. Nie miałam ochoty na rozmowę i musiałam się przebrać. Sukienka zaczynała mnie już uwierać. Weszłam do sypialni. Było tam duże łóżko wyścielone beżową pościelą. Poduszki miały kształt serc i rubinów, a kołdra była we wzorze z tymi właśnie przedmiotami. Zamiast jednej ściany było wirtualne okno wyświetlające różne obrazy, a przy drugiej stała ogromna mahoniowa szafa. Wybrałam z niej swobodny dres składający się z neonowo-różowych spodni i białej bluzki.
 Rzuciłam się na łóżko i z dziką rozkoszą zatopiłam w poduszkach. Była dopiero osiemnasta, a mi udało się chociaż przez kilka godzin nie myśleć o nadciągającej śmierci.
 Teraz siedziałam jeszcze na łóżku i przerażające myśli wróciły. Siedziałam w pociągu wiozącym mnie na śmierć. Pociąg na śmierć. Mrocznie to brzmi, prawda? Mrocznie i prawdziwie.

sobota, 13 grudnia 2014

Trzecie Ćwierćwiecze Poskromienia

 Pogrążona w rozmowie z Cashemare wracałam do domu po treningu. Było to wyjątkowo wyczerpujące zajęcie. Anetta nie oszczędzała mnie dzisiaj. Już jutro miały być kolejne dożynki. Nie była to dla mnie jakaś szokująca, czy napawająca strachem informacja. W jedynce zazwyczaj nie ma głosowania, a jest raczej licytacja. Licytacja umiejętności i szans tych, którzy sie zgłaszają, a często jest to więcej niż po jednej osobie. 
 Zbliżające się jednak Trzecie Ćwierćwiecze Poskromienia napawało mnie dziwnym uczuciem, lękiem, strachem? Przed niespodzianką, jaką Snow przygotuje na tę okazję. To na pewno będzie coś niezwykłego, ale raczej niekorzystnego dla życia ludzkości dystryktów. Najbardziej bałam sie jednak tego, że to mnie wylosują. Nie miałam zbyt dużo przyjaciół, czy jakąkolwiek rodzinę, nie miałam kogo opuszczać, dla kogo wygrywać, ale mimo to wolałabym siedzieć spokojnie w domu i patrzeć na te Igrzyska, jak na kolejne widowisko. Bo przecież tym było ono dla większości osób. Widowiskiem, które ogląda sie w telewizji. Straszliwą prawdę odkrywali jedynie ci nieliczni, którzy tracili ważną osobę przez taką zabawę, takie show.
 Cashemare nawijała z prędkością dobrego silnika elektrycznego, o tym, jak to dzisiaj pokonała Volta na macie, podczas treningu. Przyjaciółka, a raczej dobra koleżanka, zawsze mówiła dużo i o wielu rzeczach, czasem nawet jednocześnie. Przyzwyczaiłam sie już do jej paplaniny i choć często nawet nie słuchałam, potrafiłam jej sensownie odpowiedzieć, bo informacje napływające do mnie z jej ust były kodowane. Nie ważne, czy w spamie, czy gdziekolwiek. Miałam dar, jak to powtarzała Anetta. potrafiłam przypomnieć sobie każde słowo, które kiedyś usłyszałam. Nie ważne, czy dziesięć minut temu, czy dziesięć lat. Ja zawsze pamiętałam, nawet, gdy inni zapominali.
 Weszłam do domu czując lekkie zmęczenie po walkach i ćwiczeniach z dzisiejszego treningu. Otarłam pot z czoła. Słońce prażyło niemiłosiernie. Można było na nim stanąć i spocić się jak po pokonaniu pięćdziesięciu Spartan. W dystrykcie pierwszym ceniliśmy sobie chart ducha i odwagę tych greckich wojowników. Jak i oni naszym głównym zajęciem w życiu było szkolenie do walki. Z tym, że my musieliśmy walczyć, a oni chcieli. Tak byli wychowani, by ginąć za ojczyznę i za wodza, za sprawę, nawet jeśli nie była słuszna. Cztery tysiące lat później ludzie zaczęli myśleć. pojawiło sie sumienie. Już nie chcemy umierać za zło, za chciwość, arogancję i widzimisię ludzi, którzy nie mają krzty szacunku dla naszego życia. Taraz przyszedł czas na bunt.
 Anetta krzątała się już po kuchni wesoło nucąc jakąś melodię zasłyszaną z radia. Westchnęłam i włączyłam odbiornik radiowy zagłuszając jej fałsz. Zrobiła obrażoną minę i dokończyła zmywać talerze po wczorajszej imprezie z okazji jutrzejszego siedemdziesięciopięciolecia Poskromienia. Nie rozumiem, jak można świętować tak smutne wydarzenie. Imprezy trwają tu zwykle od trzech dni przed wydarzeniem, a ja już jestem zniesmaczona.
-Weź Cather na spacer- powiedziała przekrzykując radio.
 Spojrzałam na leżącego w kącie labradora. Suczka podniosła głowę i zamachała wesoło ogonem. Sięgnęłam po smycz. Miałyśmy piętnaście minut na spacerek przed rozpoczęciem pory obiadowej, której Anetta przestrzegała jak moich treningów. Nie mogłam się spóźnić. Wyszłam z domu i rozejrzałam się dookoła myśląc, w którą stronę udać się dzisiaj. Wczoraj byłam przy pałacu sprawiedliwości, a wcześniej przy sali treningowej. Dziś pójdę w stronę lasu. W jedynce był tylko jeden las. Znajdował się na południu dystryktu i w połowie przecinało go ogrodzenie, które w tamtym miejscu zawsze było pod napięciem. Z tego też powodu nie było tam zwykle ani jednego strażnika. Wiele osób chodziło tam na grzyby, czy po jagody. Młodsi uczyli się tam strzelać z łuku polując na ptaki i zające. Nie było tam raczej większych zwierząt. 
 Gdy podeszłam do pierwszych drzew usłyszałam krzyk. Krzyk człowieka porażonego prądem. Niewiele myśląc, zamiast pobiec do strażnika popędziłam w stronę źródła dźwięku. Tak podpowiadało mi sumienie. 
 Przy jednym z drzew znajdujących się naprawdę blisko ogrodzenia leżała około czternastoletnia dziewczyna z nogą zaklinowaną między drutami. Jej ciało raz po raz przeszywały fale napięcia elektrycznego. Rozejrzałam się dookoła. Nie było ani żywej duszy. Przyklękłam przy półżywej już dziewczynie i szarpnęłam jej nogą. Raz i drugi... Jeszcze chwila i ja uwolnię.
-Aaaaaaa!- wrzasnęłam, gdy nieuważnie przejechałam ręką po jednym z drutów i wyładowanie elektryczne wstrząsnęło moim ciałem. Odrzuciło mnie w tył, ale nie chciałam się poddać. Przyczołgałam się do dziewczynki i jeszcze raz szarpnęłam jej ciałem. Udało się, była wolna. Wolna, ale prawie już nieżywa.
-Jak się nazywasz?- spytałam, a ona charknęła coś niewyraźnie.- Jak?
-Martha- wyjęczała trochę głośniej.
-Więc słuchaj, jesteś stąd?- przytaknęła.- Nie obchodzi mnie co tu robiłaś, ale byłyśmy razem na spacerze, potknęłaś się o korzeń i i wpadłaś na ogrodzenie, próbowałaś się wyplątać, ale to pogorszyło sprawę. Byłam wtedy trochę dalej, usłyszałam twój krzyk i przybiegłam ci z pomocą. Nieuważnie też dotknęłam ogrodzenia, ale ostatecznie ci pomogłam- pokiwała lekko głową.- Teraz zaniosę cię do szpitala.
 Gdy podniosłam ją, krzywiła się i jęczała z bólu. Ostrożnie niosłam ją w stronę szpitala. Cather truchtała za mną zafascynowana tym co się wydarzyło. gdy wyszłyśmy na drogę wiele osób odstawiał swoje zajęcia na bok i przyglądało się nam otwarcie. Po chwili podszedł do nas jakiś Strażnik Pokoju. Opowiedziałam mu naszą historyjkę i zabrał ode mnie dziewczynę. Dopiero wtedy poczułam, że mnie też prąd dotknął. Wyczerpana osunęłam się na ziemię. Poczułam ostry ból w ramieniu, które zetknęło się z ogrodzeniem. Wcześniej adrenalina łagodziła ból, teraz natarł on na mnie z całą mocą. Zwinęłam się na ziemi trzymając lewe ramię. Poczułam jak ktoś mnie podnosi. Przypomniałam sobie, jak kiedyś na treningu uczyliśmy się znosić ból poparzeń, czy rozcięć. Zacisnęłam zęby i rozejrzałam się dookoła skupiając jak najbardziej na ludziach, którzy teraz otaczali nas ze wszystkich stron. Spojrzałam na twarz osoby, która mnie niosła. Gotowa byłam ujrzeć hełm strażnika, ale zamiast tego rozpoznałam zatroskaną twarz Emeralda. Uśmiechnęłam się i straciłam przytomność.
 Gdy otworzyłam oczy światło zdawało się być bielsze niż dotychczas. Musiałam kilka razy zamrugać, żeby się przyzwyczaić. Leżałam na łóżku szpitalnym. Obok znajdowały się dwa krzesła. Na jednym siedział on, a na drugim Anetta. Obydwoje wpatrywali się we mnie z nieukrywanym podziwem, czy ja coś zrobiłam? Ach... Tak. Przecież uratowałam tę czternastolatkę. poruszyłam sie niespokojnie i poczułam bandaż na lewym ramieniu. Anetta wstała, a ja rozejrzałam się dookoła. Na tej sali leżała jeszcze Martha. Nie było przy niej żadnej osoby. Dziewczynka rozglądała się z niepokojem. Gdy mnie zobaczyła uśmiechnęła się lekko.
-Dzisiaj dożynki- powiedziała Anetta.
-Przespałaś cały dzień- dodał Emerald.
 Anetta uśmiechnęła się.
-Będziesz musiała pójść na plac sprawiedliwości, jak wszyscy, ale uzgodniłam już z Cashemare, że jeśli cię wylosują, zgłosi się na ochotnika- powiedziała.
-Co!?- wrzasnęłam. Nie mieściło mi się to w głowie. Chciała, aby moja przyjaciółka ginęła za mnie? O, nie!- Nigdy! Jeśli mnie wylosują, pójdę- położyłam nacisk na ostatnie słowo. Nikt nie będzie tracił najcenniejszego daru, jakim jest życie, za mnie.
 Zerknęłam na lewo, na ścianie wisiał duży zegar. 11.51. Odczytałam. Czas się przebrać. Wstałam i z pomocą Emeralda poszłam do domu. Anetta wlokła się za nami.
 W domu moja opiekunka wytargała piękną sukienkę, którą sama miała na swoich ostatnich dożynkach. Była ona czarna i długa, bogata w koronkę.
 Emerald zachwycił się, gdy zakręciłam się w miejscu po przebraniu.
 Razem popędziliśmy na plac. Rosalinda właśnie zaczynała przemówienie, gdy przecisnęłam sie na swoje miejsce wśród siedemnastoletnich dziewcząt. Rozglądam się dookoła w poszukiwaniu Cashemare. Stoi dwa rzędy dalej. Właśnie dobiega końca film z Kapitolu.
-Jak wiecie- rozpoczyna kolejną przemowę Rosalinda.- Mamy dziś Trzecie Ćwierćwiecze Poskromienia. Z tej okazji Kapitol przygotował dla was pewną niespodziankę.- kobieta podchodzi do misy z nazwiskami chłopców i szeleszcząc swoim strojem bierze ją i przesypuje karteczki do drugiej misy.- Dzisiaj będziemy losować dwójkę trybutów obojętnej płci!- mówi mieszając nazwiska.- Może wylosuję dwie panie, a może dwóch panów- kończy.
 Na placu zalega kompletna cisza. tego się nie spodziewali. Tymczasem Rosalinda losuje pierwsze nazwisko.
-Martha Connor- rozglądam się z ulgą, lecz zaraz potem rozdziawiam buzię z przerażeniem. Wylosowana dziewczyna to ta, którą uratowałam. Strażnik niesie ją na scenę, bo sama nie może jeszcze chodzić. W moim sercu rodzi się jakiś dziwny impuls. Jakby współczucie... Nie mogę pozwolić na śmierć tej dziewczyny, ona nawet sama na tarczy podczas odliczania nie ustoi.
-Stop!- krzyczę, a wszystkie oczy zwracają się ku mnie.- Zgłaszam się za nią! Na ochotniczkę...- widzę pełne smutku oczy Emeralda i zamurowanie na twarzy Cashemare. Prawie słyszę jak szepcze-Ale...
 Rosalinda uśmiecha się do mnie promiennie. Jakiś strażnik pomaga mi wejść na scenę. Stojąc tam sama nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Przecież nawet nie znałam tej dziewczyny...tego dziecka.
-Jak masz na imię moja droga?- pyta Rosalinda.
-Ruby- jąkam się.- Ruby Rebel.
-Mamy naszą pierwszą trybutkę- rozlegają się wiwaty i głośne klaskanie, gdy Rosalinda wznosi moją rękę do góry uśmiechając się przy tym.- A teraz, czas na drugiego trybuta- wkłada rękę do misy, lecz nim zdąża wylosować rozlega się głos.
-Zgłaszam się- kolejny ochotnik? Sprawdzam kto to. Zamieram przerażona. Z tłumu wychodzi Emerald. Wchodzi na scenę, Rosalinda pyta go o imię.
-Nazywam się Emerald Votary.
-A więc, mamy już naszych trybutów!
 Widzę jak Anetta patrzy na mnie kręcąc głową. Co ja zrobiłam?

sobota, 29 listopada 2014

Zapraszam fanów Igrzysk śmierci! Prolog

Wiem, że jedno już zaczęłam, ale przyszedł mi do głowy zupełnie inny pomysł. Nie będę usuwać wcześniejszego. Niech będzie taką niedokończoną historią. Kto chce, niech dopisze swoje zakończenie. Zapraszam do wysyłania swoich pomysłów na mojego maila. Wszystkie zamieszczę na stronce. Tymczasem zapraszam do czytania i komentowania.


 Z wielkim zainteresowaniem patrzę w telewizor. Katniss dzielnie walczy same ze sobą. Wypuści, czy nie wypuści tę strzałę? Niech strzela. Strzeliła. Cato z wrzaskiem łapie się za rękę, a Peeta popycha go w dół. Wielkie zmutowane stwory rozszarpują zawodowca. Potwory nasyciwszy się uciekają. Trybuci z dwunastki schodzą z rogu obfitości.
-Strzelaj Katniss- mówi Peeta, ale ognista dziewczyna ma inne plany, nie opuści swojego ukochanego. Wyjmuje jagody i podaje chłopakowi.- Razem?
-Razem?- odpowiada. 
 Biorą owoce do buzi. Mija kilka sekund. Obydwoje padają na ziemię bez życia. Kapitol nie pozwolił sobie na odejście od zasad. Jeden zwycięzca, lub żaden. Wyobrażam sobie, jak cała dwunastka przerażona zanosi się płaczem. Jak musi się czuć matka Katniss lub jej siostra. Nasi trybuci już dawno nie żyją. Nie znałam ich, nie płakałam nad nimi. Ich rodzice już nei oglądają igrzysk, nikt nie wie, co teraz robią. 
 W jedynce rzadko płacze się po stracie trybutów. Tu są sami zawodowcy. Ja też nim jestem. Nie znałam Marvela, nie znałam Glimmer, za rok może to ja będę tam na arenie. Może za rok też nikt nie będzie płakał, gdy moje serce stanie, pozbawione życia przez innego trybuta. Kogo to obchodzi? To zbyt daleka przyszłość. Jesteśmy pupilkami Kapitolu. Naszym zadaniem jest jedynie walczyć i wygrać lub dostarczyć rozrywki. Nikogo nie obchodzi, jak się z tym czujemy.
 Caesar dodał swoje trzy grosze o tej nieprzewidzianej stracie i wyłączyłam telewizor. Mam szesnaście lat. Moje życie powinno kręcić się wokół szkoły, chłopaków i przyjaciółek, a nie wokół treningów, zabijania i przetrwania. Powinnam teraz odrabiać lekcje, lub plotkować z przyjaciółkami, a tymczasem spieszę się na trening, na którym nauczę się kolejnego sposobu na zabicie przeciwnika.
 Moi rodzice nie żyją. Matka zginęła w igrzyskach, a ojciec dwa lata po niej, po swoich wygranych dożynach. Podobno moja rodzicielka, była jeszcze nastolatką, gdy przyszłam na świat i rok po moim narodzeniu została wybrana, a nie wylosowana do Igrzysk. Ojciec zrozpaczony po jej śmierci długo nie mógł się pozbierać, aż w końcu zgłosił się do swoich ostatnich (miał 18 lat) Igrzysk i chcąc pomścić ukochaną, zabił każdego. Ale to tylko plotki. Zapewne tak w ogóle nie było.
 Wychowuje mnie... siostra? Nie, nie mam rodzeństwa biologicznego. To moja przyjaciółka. Jest już pełnoletnia, więc wzięła mnie pod swoje skrzydła. Czy to fajne? Nie, na pewno nie. Nie czujesz się dobrze, gdy osoba, z którą się wygłupiasz chwilę potem wydaje ci polecenia, których musisz posłuchać. Anetta jest trenerką w Akademii Walk. Nazywamy to Zawodówką, bo szkolą tam zawodowców. Zawodowych zabójców. Chodzę tam codziennie i wszyscy mnie chwalą. Mówią: Jesteś prawdziwą Zwyciężczynią, zgłoś się!. A gdy potem się nie zgłaszam patrzą na mnie krzywo i znów zachęcają. Myślę sobie wtedy, że są chorzy. Zachęcają niewinne osoby do zabijania, do pozbawiania życia innych osób, które tak naprawdę nic nie zrobiły, nie zawiniły.
 Chciałabym żyć w dwunastce. Tam traktuje się trybutów tak jak się powinno traktować niewinnych straceńców, którzy zmuszeni są do postawienia się pod stryczkiem będącym rozrywką dla arystokratycznych snobów. Chciałabym tam żyć, bo wtedy poznałabym Katniss, wtedy może uwierzyłabym, że właśnie przez tą rozrywkę możemy coś zmienić, tak jak ona próbowała. Snow jest nieugięty. Tłumi bunt w zarodku. Nawet ja zauważyłam, że Katniss była urodzoną buntowniczką, rebeliantką. Za odrobinę odmienności i chęci wolności i zmiany zabili ją. Może więc dobrze, że żyję w jedynce. Nie wierzą w moją zdolność do wzniecenia kolejnego buntu. Może wiedzą o mnie więcej niż ja sama, a może nasze zawodowstwo zalepiło im oczy. Może nie chcą myśleć, że dystrykt im najbliższy może się okazać najbardziej zabójczym? Ale przecież tak nas wychowali, tak nas wychowują. Na bezduszne bestie sięgające po swoje. Nie dopuszczają do siebie, że jesteśmy trochę mądrzejsi niż im się wydaje, nie widzą, że my wiemy, że nie giniemy dla słusznej sprawy, lecz dla ich uciechy, że jesteśmy ich niewolnikami. Oni już tego nie dostrzegają. Mają o nas wyrobione sztywne zdanie i nie dopuszczają innych opcji. to może ich zgubić. 
 Nie będę im służyć! Może to nie Katniss, lecz ja jestem Kosogłosem, a może jeszcze trochę na niego poczekamy? Nie będę żyć samymi pytaniami, bo gdzie one są, są i odpowiedzi!

środa, 19 listopada 2014

Niczym Zawodowiec



 Zatarłam ręce i zabrałam się do pracy. Ku ogólnemu zdziwieniu z mojej i zawodowców strony pokonałam go bez większego wysiłku. Powtórzyłam ćwiczenie kilka razy i przeszłam na tor zręcznościowy, składający się z wąskich kładek, nierównych, stromych i sypkich powierzchni, oraz z siatki wywracającej się do góry nogami po każdym mniej ogarniętym ruchu. Całość należało przejść na czas. Z tym również poradziłam sobie wzorowo. Nie miałam problemów w późniejszych pojedynkach z Vincim, czy Cosmo, ani na symulatorze uników. Prawdziwą trudnością nie było dla mnie strzelanie z łuku, lecz rzucanie nożami i maczetami. Wręcz mistrzowska okazałam się później w strzelaniu z małej broni palnej. Pod koniec treningu zaznajomiłam się z zawodowcami i razem z Lottie poszłyśmy rozwijać instynkt przetrwania. nie radziłyśmy sobie najlepiej, ale świetnie się bawiłyśmy. Przez cały ten czas nie zastanawiałam się, co robi reszta mojego dystryktu. Starałam się dążyć do wygranej, jak nakazała mi Enobaria, po to, by babcia nie została sama.
 Po treningu wróciłam zmęczona do domu. Nikt oprócz Enobarii i Talicii nie odezwał się do mnie słowem. Zjadłam kolację i wzięłam jedną z książek z półki koło łóżka. Zaczęłam czytać, ale literki zlewały się ze sobą. Usnęłam.
 Kolejne dwa dni treningu były bardzo podobne. Na sali trzymałam się z zawodowcami i po pewnym czasie poczułam się jedną z nich. Razem trenowaliśmy. Vinci uczył mnie rzucania nożami, ale nadal byłam w tym słaba. Ja pokazywałam mu jak szybciej pokonywać nierówne powierzchnie, czy wspinać się. Kilka razy podczas walk udało mi się go pokonać i to była chyba jedyna dziedzina, k której byliśmy w miarę równi. W innych, np. torach przeszkód i na symulatorze uników, byłam od niego o niebo lepsza, choć oboje trzymaliśmy wysoki poziom, tak samo, jak oboje byliśmy słabi w strzelaniu z łuku. Przynajmniej trafialiśmy. Vinci był zdecydowanie lepszy w rzucaniu i skakaniu na wysokościach po wąskich rzeczach. On zawsze lądował, gdzie chciał, ja często dwa centymetry obok. Lottie była ogólnie słabsza ode mnie. Potrafiła bardzo dokładnie rzucać, ale nie potrafiła zbyt dobrze unikać. Była szybka, ale miała lęk wysokości, który próbowała zwalczyć już wiele razy. Cosmo trochę lepiej radził sobie przy walce mieczami i także dobrze rzucał. Udało mi się zauważyć, że Franceska jest dobra w strzelaniu z łuku i w survivalu, a Louis dobrze rzuca nożami i maczetami. Sean był bardzo zręczny i szybki, ale miał słaby refleks. Wpadła mi w oko jeszcze jedna trybutka z dziesiątki, która potrafiła poruszać sie po drzewach szybko i bezdźwięcznie, niczym kiedyś Rue.
 Ostatniego dnia, gdy mieliśmy zostać poddani ocenie od jeden tym razem do trzynastu, zastanawiałam się co pokazać sponsorom. Gdy siedziałam na ławce czekając na rozpoczęcie. Rozległ się komunikat, w którym zawiadomiono o rywalizacji podczas oceniania. Trzy konkurencje będą miały wpływ na to, czy dostaniemy więcej, czy mniej punktów. Czekałam, aż mnie wywołają.
-Franceska Odair i Louis Melark.
-Cosmo Lustin i Lottie Abernathof.
-Ava Melark i Vinci Sommer.
 No cóż. Weszłam do sali. Pierwszą konkurencją były tory przeszkód. Oba pokonałam pierwsza, ale z siatki na zręcznościowym prawie spadłam oglądając się za siebie.
-Wygrywa Trzynastka.
 Kolejna konkurencja to walka wręcz. Bitwa pomiędzy nami toczyła się przez około piętnaście minut i trwałaby dalej, gdyby nie to, że skupienie Vinciego rozproszyła mucha latająca mu koło nosa.
-Wygrywa Trzynastka.
 Ostatnią konkurencją było strzelanie, lub rzucanie do celu. Chciałam dać chłopakowi szansę, więc poczekałam, aż zabierze broń dla siebie. Myślałam, że sprzątnie mi sprzed nosa pistolet, ale on zabrał maczetę. Wzięłam swoją broń i stanęłam naprzeciw tarczy o kształcie człowieka. Wiedziałam, gdzie chcę trafić i wymierzyłam. Oddałam strzał, a kula trafiła między oczy. Vinci rzucił w to samo miejsce na swojej tarczy. Następnym razem strzeliłam w krtań, a maczeta zawodowca powtórzyła mój ruch. Ostatni strzał oddałam w serce. trafiłam i uśmiechnęłam się do przeciwnika. Vinci skopiował mój ruch i również się do mnie uśmiechnął.
-Remis w tej konkurencji- oznajmił sędzia.- Trzy jeden dla Trzynastki.
 Wyszliśmy z sali zadowoleni, nie z wyników, lecz z dobrej zabawy.
 Po obiedzie nastąpiło podanie wyników. Siedzieliśmy i słuchaliśmy.
-Vinci Sommer 8- miałby więcej gdyby nie przegrał.
-Lottie Abernathof 10.
-Cosmo Lustin 7- przegrał z dziewczyną? Tego się nie spodziewałam.
 Czekałam na trzynastkę.
-Franceska Odair 7.
-Louis Melark 4.
-Sean Mason 5.
-Ava Melark 12!
 Zszokowało mnie to, co usłyszałam, natomiast Enobaria chyba była pewna tak wysokiego i jedynego takiego wyniku. Podeszła do mnie i pogratulowała.
-Mówiłam- odezwała się z uśmiechem.- Wygrasz.