Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skrzydła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skrzydła. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2016

Skrzydła4



Gdy dojechali do Fellbach Mary ledwo trzymała się na nogach. Była zaspana i zmęczona. Była lekarka Teresa Sienkiewicz zaproponowała im, że przenocuje ich u siebie kilka pierwszych nocy. Marcelina opowiedziała jej parę półprawd i wyssanych z palca niby marzeń dotyczących przyszłości. Jak to by chciała razem z Samaelem zamieszkać gdzieś w małym przytulnym mieszkanku, zacząć pracę i mieć gromadkę dzieci. Na potrzeby wyższe razem z Aniołem wcielili się w dwójkę bezgranicznie zakochanych w sobie młodych z szalonymi marzeniami. Tessa już dawno zapomniała jaką prawdę otrzymała w szpitalu. Alkohol niechybnie jej w tym pomógł. Marcelina wyczuwała to w wagonie pociągu.
Teraz szła wąskim chodnikiem wzdłuż ulicy której nazwy nie zapamiętała i starała się nie zasnąć na stojąco.
Wiatr dmuchał cicho w rytm ich kroków. Temperatura była wyczuwalnie wyższa niż w Polsce, ale atmosfera wcale nie zdawała się lepsza. Było po prostu mrocznie i ozięble mimo tych paru stopni na plusie.
W końcu dotarli na ulicę, której nazwę można by przetłumaczyć na Różaną. Domy stały tam rzędem, jeden przy drugim. Prawie wszystkie były bliźniakami rozdzielonymi na dwie rodziny. Numery były rozsypane po całej ulicy bez jakiegokolwiek porządku chronologicznego. Mary podobały się małe pełne róż ogródki, przystrojone kwiatami balkony i zaparkowane sznurkiem samochody, wszystkie zadbane i czyste.

Stanęła przed numerem dziewiętnaście. Wzięła głęboki wdech. Była tu może dwa, trzy razy. Drżącą ręką przycisnęła dzwonek. Odczekała chwilę czekając na sygnał podnoszonego domofonu. Nic. Zadzwoniła raz jeszcze. I kolejny, następny. Nic. Westchnęła.
Poszperała w torbie przewieszonej przez ramię. Wyciągnęła telefon i w pośpiechu wybrała numer.
Odebrał po trzech sygnałach. Jak zawsze.
-Halo?- głos, który usłyszała zdecydowanie nie należał do niego. To był… damski głos.
-Ja…- odezwała się.
-Hej, mówiłem ci, żebyś nie ruszała mojego telefonu!- usłyszała stłumiony głos po drugiej stronie słuchawki. 




Na razie niestety tylko tyle miałam napisane, gdy wypocę z siebie coś więcej, od razu wam to zamieszczę! A tym czasem, do zobaczenia kochane, zaczytane mordeczki!

piątek, 26 lutego 2016

Skrzydła3



-Nie mogę w to uwierzyć, Tess!- wykrzyknął Andrzej nagle pojawiając się tuż obok niej.
-Co?- zapytała z wyrzutem, bo przerwał jej rozmyślania. Mój Boże, miała tyle problemów.
-Jeszcze nie wiesz?- spytał przestraszony.-Tess, Szefu cię zwolnił!
-Co?!- wykrzyknęła. Teraz to ona nieźle się przestraszyła.-Ale… Chyba nie… Mówisz poważnie?
W odpowiedzi podał jej kartkę papieru, którą trzymał w ręku. Przeleciała wzrokiem po paru linijkach tekstu.
-Niezwłocznie- powiedziała cicho.-Dlaczego?
Andrzej pokręcił głową. Westchnęła. Nie mało miała kłopotów? Pacjent zbiegł…
-No to się zbieram.
Nim zdążył cokolwiek zrobić wybiegła z sali i pomknęła po swoje rzeczy. W pośpiechu nałożyła kurtkę i wygrzebała kluczyki z torby. To nadeszło tak szybko, niespodziewanie, ale wiedziała już, co zrobi. Nie ma czasu na użalanie się. Pojedzie do męża, do Niemiec. Zostawiła go tam właśnie dlatego, że miała tu tak dobrą i nieźle płatną posadę. A teraz wszystko to wyparowało. Nie miała tu nic do roboty. Znów zobaczy swoją córkę. Więc postanowiła, wyjeżdża. Jak najszybciej. Może uda się jej jeszcze dziś? Wystarczy się przecież tylko spakować. Która to godzina? Hm. Pierwsza trzydzieści. Może lepiej nie jechać teraz? Przecież jest już zmęczona, a to aż osiem godzin bezustannej jazdy. Tak, lepiej się jeszcze prześpi.
Z piskiem opon zahamowała przed małym domkiem jednorodzinnym znajdującym się na dużej zarośniętej chwastem działce. Emocje wreszcie zaczęły przepełniać jej serce. Trzasnęła drzwiami i zamknęła auto. Kipiąc ze złości weszła do domu. Drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem. Rzuciła torbę na podłogę, zaraz za butami i kurtką. Ubrana w biały kitel lekarski usiadła na kanapie. Warknęła cicho sama do siebie. Była tak wściekła, ze z trudem hamowała łzy. W końcu jej uwagę przykuły stojące w idealnym rzędzie butelki wina. Przeniosła je na stolik.
-Walić kieliszki- mruknęła pociągając łyka z gwintu.
Nim się obejrzała opróżniła dwie kolejne butelki i siedziała upita na podłodze, koło kanapy, z do połowy pustą, ostatnia butelką, opierając głowę o stół i wymyślając na swojego szefa. Po chwili usnęła i flaszka wypadła jej w ręki, z głuchym brzdękiem upadła na podłogę, lecz nie rozbiła się. Jej zawartość rozlała się po podłodze plamiąc kitel Teresy. Ale ona już spała.

W zasadzie to, nie miał zbyt wiele do roboty. Gdy zasnęła ułożył się koło niej i zaczął myśleć. Każdy człowiek już dawno by zasnął, ale jego służba nie pozwalała mu na takie rarytasy. Wiec po prostu leżał i napawał się jej bliskością. Przez te parę lat wyrobił sobie o niej bardzo mocne zdanie. Była silną i niezależną dziewczyną, bardzo wrażliwą i uczuciową, ale starannie wszystko ukrywającą. Przeważnie była szczera i unikała kłamstw. Nie lubiła sprawiać niewinnym ludziom dodatkowej przykrości, ale kiedy ktoś zalazł jej za skórę potrafiła nieźle dopiec. Z reguły nie była mściwa, ani okrutna. Potrafiła jednak wydać się bardzo wredną i nieprzystępną osobą. W gruncie rzeczy Samael myślał, że to, czego naprawdę potrzebowała, to odrobina bezinteresownej miłości. Zastanawiał się właśnie, czy potrafiłby jej takową dać, gdy dziewczyna we śnie przewróciła się na drugie bok i wtuliła w jego ramię.
Przez chwilę był trochę zaskoczony. Tak naprawdę nigdy nie miał do czynienia z taką miłością, z takim kontaktem. Uświadomił sobie, ile ludzkich uczuć będzie musiał nadrobić. Ile będzie musiał zrozumieć.
I tak upłynęło mu pół nocy, jakie mieli na odpoczynek. Równo o szóstej w jego głowie odezwała się potrzeba obudzenia dziewczyny. To była taka jego Anielska moc. Jako Stróż znał rozkład jej dnia i wiedział, a raczej wyczuwał, kiedy powinna wstać, kiedy zjeść, jak zdążyć bez szwanku. Kiedy był jedynie głosem jej sumienia nie potrafił dosadnie jej tego przekazać. Teraz mógł spełniać lepiej tę rolę.
Zwlókł się z łóżka nastawiając się w miarę optymistycznie na nadchodzący dzień. Dziewczyna przebudziła się, gdy wstając odsunął ją lekko od siebie.
-Dzień dobry- stwierdziła ze szczerym optymizmem. Uśmiechnął się do niej szeroko.
Chwilę później zniknęła za drzwiami. Do łazienki nie zamierzał z nią iść. Tyle razy już tam był… Tym razem musi pamiętać, by zachować prywatność. Z resztą, już dawno nauczył się wczuwać się w jej duszę i widzieć świat dookoła niej jej własnymi oczami. To była druga z jego anielskich sztuczek. Nadal działała.
Przysiadł na kanapie i zastanawiał się, co będzie dalej? Z drugiej strony, to ciekawe, że te najtrudniejsze zadania spotykają właśnie jego. Jakby Bóg sądził, że tylko on poradzi sobie tak jak trzeba. Może tak właśnie było? Przecież Pan ma plan.

Gdy wyszła z łazienki on siedział na kanapie i widocznie nad czymś rozmyślał. Przez myśl przeszło jej, ze może to o niej myśli z taką miną. Zaraz potem skarciła się w duchu. On uśmiechnął się szczerze.
-Spakowałem rzeczy- oznajmił.- Idźmy już. Może zdążymy jeszcze na jakieś śniadanie na dworcu, nim pociąg odjedzie.
Uśmiechnęła się i sięgnęła po bluzę. Wyszli i zostawili klucz w recepcji. Ulice były opustoszałe, chłodne powietrze dawało się we znaki. Wiatr smagał po twarzy, a słońce nie zamierzało się pokazywać. Dawno już nie było tak nieprzyjemnej pogody. Bywały oczywiście straszliwe burze i inne katastrofy pogodowe, ale tego dnia otoczenie wydawało się pozbawione wszelkiej miłości i nadziei. Paskudny klimat.
Na peron dotarli kilkanaście minut później. Zostało im dobre paręnaście minut. Wstąpili do pobliskiej restauracji. Samael przez chwilę przyglądał się czemuś za kelnerką, a potem wyszeptał coś w dziwnym języku. Kelnerka nie zwróciła na niego uwagi. Ale Marcelina tak. Postanowiła jednak nie poruszać na razie tego tematu. Zamówiła jajecznicę i rozparła się na krześle. Nie były zbyt wygodne, ale lepsze to niż stanie na dworcu, w tym wietrze.
Zjedli śniadanie w milczeniu i wyszli z restauracji tuż przed przyjazdem pociągu. Bez pośpiechu kupili bilety i wsiedli do jednego z wagonów. Mieli piętnaście minut na zajęcie miejsca. Tyle czasu trwał tutaj postój. Znaleźli pusty przedział, nie było o to trudno. Dziewczyna wyjrzała przez okno i zaczęła ponurym wzrokiem lustrować wszystkich pasażerów, znajdujących się aktualnie w zasięgu jej wzroku. Czuła na sobie spojrzenie chłopaka. Troskliwy wzrok jej prywatnego Aniołka.  Chwilę później ludzie zaczęli z powrotem pakować się do pociągu. Wzrok Mary przykuła uwagę ubrana niedbale kobieta z dużą walizką w ręku, biegnąca w pośpiechu do kasy. Kupiła bilet i wbiegła do pociągu na chwilę przed ogłuszającym gwizdem. W ostatniej chwili dziewczyna dostrzegła jej twarz.
-Teresa- wyszeptała cicho nawet nie myśląc o tym, że mówi to na głos.
-Co?- spytał zaraz Samael.
-Twoja lekarka- odparła Mary.- Jest tutaj, w pociągu- odwróciła się do niego. Miał marsową minę. Wzruszył ramionami. Usiadła na siedzeniu obok niego.
-Co może mi zrobić?- spytał. Tym razem to ona wzruszyła ramionami. Zdziwiła ja jego arogancja. Czy Anioły nie powinny być pokorne i grzeczne?
Wtedy drzwi do przedziału otwarły się z hukiem. Doktorka weszła do przedziału.
-O- powiedziała, gdy dostrzegła przyglądającą się jej Marcelinę.- Cześć!- uśmiechnęła się słabo przenosząc wzrok na Samaela.- Też jedziecie do Berlina?- spytała wymijająco. Dziewczyna wymieniła spojrzenia ze swoim Stróżem.
-Można tak powiedzieć, choć nie zamierzamy się tam na dłużej zatrzymać- odparła po chwili Mary.
Kobieta wsunęła walizkę na półkę pod sufitem, upewniła się, ze nie wypadnie i zajęła miejsce naprzeciw Marceliny. Gdy przechodziła koło niej dziewczyna ze zdziwieniem zauważyła, ze od Doktorki czuć alkoholem. Samael też to zauważył, bo zerknął porozumiewawczo na podopieczną.
-Czy coś się stało, Doktor Sienkiewicz?- spytał delikatnie Anioł. Spojrzała na niego i przez chwilę jej oczy wydały się dziewczynie całkiem puste.
-Właściwie, to już nie Doktor- ostatnie słowo wręcz wypluła z pogardą ze swoich ust.- Tak, stało się, zwolnili mnie. Po ośmiu ciężkich latach pracy, gdy dawałam z siebie wszystko i wykonywałam obowiązki bez zarzutu, ot tak mnie wylali- oznajmiła gestykulując żywo, a na zakończenie prychnęła z irytacją. Przygryzła wargę, by zatamować łzy cisnące się jej do oczu.
Marcelinie nagle zrobiło się przykro z tego powodu. Znała dobrze wszystkie nieczyste zagrania Życia i wiedziała, jak ono potrafi dopiec. Taka kobieta, oddana całkowicie swojej pracy, musiała strasznie przeżyć taki cios. Nie dziwiła się więc temu, że sięgnęła po alkohol. O, nie, tu nie było czemu się dziwić.
Wcisnęła się głęboko w oparcie, o dziwo, wygodnego fotela. Podkurczyła nogi pod siebie i skuliła się na siedzeniu. Po chwili pociągiem lekko zarzuciło i przechyliła się w stronę Samaela. Chłopak objął ją ramieniem i odruchowo wtuliła się w jego pierś. Zdaje się, że Anioł rozmawiał o czymś z Teresą, ale Mary już tego nie dosłyszała, zapadła w sen.

Gdy kobieta weszła do przedziału zerknął na nią przeciągle. A potem zerknął na jej Stróża. Kiwnął mu głową. Tamten, jak i ten od kelnerki, nieźle się zdziwił. Zadał kilka standardowych pytań, dlaczego, jakim cudem, co się stało i jak to było? No a potem pogratulował. Samael nie czuł się jakoś szczególnie odznaczony w ten sposób. Mógł po prostu nadal wykonywać swój obowiązek i przy okazji być przy niej tak, jak każdy inny człowiek, namacalnie. Teraz już wiedziała, że  istnieje.
Zaraz potem dziewczyna osunęła się na jego ramię. Odruchowo objął ją, a potem patrzył jak zasypia. Wydawała mu się taka delikatna i krucha. Musiał utrzymać ją z dala od zła.
-Co tam słychać, w starym świecie?- zażartował zwracając się do Stróża Teresy w ojczystym języku Aniołów, po hebrajsku.
-No cóż, chyba po staremu. W Niemczech wciąż największe stężenie demonów- skrzywił się na te słowa.
-Jesteś pewny?- spytał.
-Mnie też nie podoba się, że Teresa chce koniecznie jechać do Fellbach, ale cóż…
-Też jedziecie do Fellbach? Zadziwiające są plany Pana.
-Taaa… Tak, czy siak, tam mieszka największy błąd życiowy i mąż Tessy- oznajmił Anioł.
-Skąd to wiesz, że największa porażka, Murielu?- spytał Samael.
-Och. Wyczuwam takie rzeczy na odległość. Zdradził ją już trzydzieści razy w ciągu tych paru ostatnich miesięcy, dwóch, może trzech…
-Smutne- orzekł krótko Samael. Muriel wzruszył ramionami.
-Będzie trochę rozczarowana, ale cóż, Pan poddaje nas jedynie takim próbom, którym jesteśmy w stanie podołać, nie?
Samael jedynie kiwnął głową.
-Słuchaj- odezwał się po chwili Stróż byłej pani doktor.- Wiesz, że jeżeli ona widzi ciebie, to widzi też wszystkie demony, które mają wobec NIEJ złe zamiary.
-Prawdę mówiąc nie- odpowiedział zgodnie z prawdą chłopak.- Coś jeszcze powinienem wiedzieć?
-Rozumie też wszystko co mówisz, język, ani odległość nie ma znaczenia. To taka transakcja wiązana. Twoje skrzydła, gdy od ciebie, powiedzmy… odpadły, dały wam nowe umiejętności. Polegają one głównie na wzajemnym zrozumieniu, sprawach związanych z bezpieczeństwem i takie tam, nie znam szczegółów.
-Skąd w ogóle tyle wiesz?- zainteresował się Samael. Tamten wzruszył tylko ramionami.
-Był kiedyś jeszcze jeden taki przypadek, dawno przed twoją służbą, oj dawno…- Anioł spojrzał gdzieś dalej, za okno.- Nazywał się Azachiel. Uratował swoją podopieczną od śmierci pod kopytami koni ciągnących jakiś wóz. Jasna rzeczy, szybko z tego wyszedł. Bronił ją potem przez dwanaście lat. W tym czasie zdążył odkryć wszystkie te umiejętność. Podobno gdzieś je zapisał, w jakimś dzienniku. Nie wiadomo nawet, czy te zapiski przetrwały, wiesz, czas. To było jakieś półtora tysiąca lat temu. Tak czy siak, jestem na tyle stary, że zdążyłem z nim o tym porozmawiać, zanim…
-Zanim, co?- zapytał Samael, gdy Muriel nagle przerwał wypowiedź.
-Stanął oko w oko z Behemotem- oznajmił smutno Anioł. Mina Stróża Marceliny zmarkotniała. – Nie miał szans,a kiedy zginął, umarła też ona. Podobno strasznie cierpiała, bo jej dusza była rozszarpywana, jak dusze wszystkich Aniołów, gdy zginą z rąk diabłów, lub potężniejszych demonów. To, boli… Strasznie boli…
Obaj umilkli. To nie był łatwy temat. Nikt nie lubił rozmawiać o kwestiach śmierci, gdy spotka się diabła.
Cisza pozostała więc dyrygentką tej smutnej orkiestry życia. Teresa wpatrywała się w okno nie zwracając w ogóle uwagi na chłopaka rozmawiającego z jej Aniołem. Mary spała oparta o ramię Samaela, a on sam nie wiedział co ma teraz zrobić. Chodziło nie tylko o nowo zdobyte informacje, które stawiały całą tę sytuację w zupełnie nowym świetle, ale też o sam fakt, że być może nie podoła zadaniu. Ta myśl była dla niego zbyt straszna, więc odpędził ją od siebie. Nie może się teraz o to martwić, bo inaczej dziewczyna od tak się zorientuje, ze coś jest nie tak.
Postanowił więc puścić na razie w niepamięć wszystkie rzeczy, które trochę mu wadziły, by zastanowić się nad ich powagą w późniejszym czasie. Teraz należało się skupić przede wszystkim na Mary. Była taka piękna, wyglądała na szlachetną wojowniczkę, ale jednocześnie byłą tak słaba i bezbronna względem jedynego zła, które tak naprawdę się teraz liczyło. A piekło nie śpi…

środa, 24 lutego 2016

Skrzydła2



Wpatrywała się tępo w jego oczy. Były otwarte, co sprawiało, że chłopak wyglądał dość strasznie. Leżał na boku, by ciężar jego ciała nie uciskał na rany. To były rany po skrzydłach. Przecież je widziała. A ona wierzyła w to co widzi.
Rozmasowała miejsce, w które pielęgniarka wbiła jej igłę. Pobrali jej krew zaraz po zeznaniach u Doktorki. Teraz pozwolono jej tu chwilę posiedzieć. Uratował ją, a potem sam spadł. Przez nią. Życie jest niesprawiedliwe. To ona powinna leżeć na jego miejscu. Tyle, że ona z pewnością byłaby martwa. Nie byłoby takich finezyjnych ran. Byłby trup.
Mimo wszystko wolałaby zająć jego miejsce. Nadal była zdania, że życie nie jest dla niej, że świat po śmierci, obiecane Niebo, byłoby dla niej lepsze. Miała swoje problemy i one już dawno zaczęły ją przerastać. Może inni by sobie z nimi poradzili? Może. Ale ona nie potrafiła. I dlatego tam stała.
Spojrzała za parawan oddzielający łóżko od reszty sali. Za półprzezroczystą tkaniną dostrzegła sylwetkę Tessy Doktorki. Odbierała ona wyniki. Jej wyniki. Ciekawe, czego tam szukali. Narkotyków, alkoholu, dopalaczy? Przecież nic tam nie było. Ona o tym wiedziała, ale oni chcieli się upewnić. Jak zwykle. Niedowiarki.
Doktorka gestykulowała żywo, co wyglądało dość śmiesznie zważywszy na to, że szeptała. Po chwili jej rozmówca odszedł powłócząc nogami.
-Jesteś czysta- powiedziała niechętnie, wchodząc za parawan. Obrzuciła chłopaka czujnym lekarskim spojrzeniem. Już wcześniej ustaliła, ze chłopak zapadł w jakąś śpiączkę. Może potrwać kilka dni zanim się z niej wybudzi.
-Wiem- odparła Marcelina z uśmiechem. Wzruszyła ramionami.
-Idź do domu- poradziła Doktorka.- Nie możesz przecież siedzieć tu całą noc.
Marcelina ze smutkiem sięgnęła pamięcią do momentów przez które w ogóle się tam znalazła. O nie, nie mogła tam wrócić.
-Tak, ja… jeszcze chwilę tu posiedzę i sobie pójdę- odparła po chwili. Spuściła oczy, by Tessa nie dostrzegła łez, które zgromadziły się pod powiekami. Pani doktor wzruszyła beznamiętnie ramionami i wyszła. Zawołała coś do pielęgniarki, ale słowa te, choć bliskie nie dotarły do Marceliny.

Gdy krzyknęła zrobił po prostu to, co nakazał mu instynkt. Cofnął się. Nie sądził, że stoi tak blisko przepaści. Zamachał rękoma. Czy to ma być jego kara? Skrzydła już go nie uratują. Czuł, że powoli je traci.
Gdy uderzył o ziemię najpierw nic nie poczuł. A potem skrzydła wyłamały się z jego pleców. Kości wyrwały się ze stawów, rozerwały mięśnie i skórę. Wrzasnął i zaczął się zwijać z bólu. Jego ciało zaczęło słabnąć. Fala drgawek wstrząsnęła nim, a potem stało się to, czego bardzo pragnął. Uciekł od bólu przez odejście w śpiączkę.
Ale teraz nie będzie po prostu wolny. Musi się wytłumaczyć. Musi zrobić wszystko, by nie zesłali go do Piekieł. Musi do niej wrócić inaczej wszystko na nic i dziewczyna znów się załamie. I wtedy już nikt jej nie uratuje. I co najważniejsze, musi wrócić, bo teraz już nic jej nie chroni. Jest bezbronna, wystawiona na pokusy i na działanie Szatana. A on wie, że nawet bez skrzydeł może ją ochronić.
Znalazł się tam chwilę później. Znał dobrze biały pokój. Był znany z częstego tam bywania, bo ciągle naginał zasady. A teraz przegiął. Już raz prawie stracił skrzydła. A teraz stracił je na zawsze. Nie jest już prawdziwym Aniołem Stróżem. Bez skrzydeł nie jest silniejszy od demonów. Ale, czy na pewno? Przez tyle czasu wkuwano mu, wbijano do głowy, że bez białych skrzydełek nie będzie w stanie dobrze chronić podopiecznego przed demonami. Że dobre wyszkolenie nie wystarczy. A teraz zaczął w to wątpić. Wierzył, że tak naprawdę to jego wiara i pragnienie ochronienia Marcyśki da mu przewagę. Że nawet bez skrzydeł jest blisko Boga i ten mu sprzyja.
W białym pokoju znajdowało się jedno krzesło. Dobrze wiedział, że musi na nim usiąść. Gdy tylko to zrobił rozległ się głęboki głos dochodzący do niego zewsząd.
-Dlaczego zwątpiłeś?!
-Panie!- zakrzyknął.- Ty najlepiej wiesz, że nie zwątpiłem.
-Więc, czemu ingerujesz w moje dzieło?!
-Panie! Wybacz mą gwałtowność i nieodpowiedzialność. Wybacz, że zakłóciłem porządek twojej rzeczy. Nie pomyślałem o tym w tamtej chwili… Prawdę mówiąc, w ogóle w tamtej chwili nie myślałem… To… To było instynktowne Panie! Czułem, że mogę ją tym uratować…
-Poświęciłeś dla tej sprawy swoją służbę! Teraz ona i tak nie jest już bezpieczna!
-Mój Boże! Skrzydła nie są moją jedyną bronią przeciw złu, które na nią czeka! Moją największą bronią jest wiara! I Ty to wiesz, znasz prawdę!
-Prawda jest drogą do zbawienia!
-Prawda jest taka, że jeszcze mogę ją strzec, że nadal jestem jej Aniołem Stróżem, nigdy nie przestanę. A nawet bez skrzydeł jestem w stanie przeprowadzić ją bezpiecznie przez życie! Błagam, Panie, pozwól mi wrócić, pozwól mi ją chronić!
Zapadła chwilowa cisza.
-Wiem, że i tak znajdziesz drogę, by do niej dołączyć- odezwał się po chwili Bóg.- Nie będę cię zatrzymywał. Twoja wiara jest twoją bronią, to prawda! Naucz się ją dobrze wykorzystywać, bo gdy się złamiesz, nie będzie kolejnej szansy! Nabroiłeś, ale wiem, że w głębi serca nie miałeś złych zamiarów. Chciałeś ją chronić, więc wróć i czyń swą powinność Anioła Stróża.
-Dziękuję, Panie!
Głos już więcej się nie odezwał. Biały pokój zaczął rozmywać mu się przed oczyma. Po chwili ból do niego wrócił, ale zaraz coś go stłumiło. Miał otwarte oczy. W zasadzie nigdy ich nie zamykał. Czy teraz będzie musiał? Dotychczas nie potrzebował, mrugać, spać, czy jeść, jak będzie teraz?
Znajdował się w sterylnie czystej Sali szpitalnej, a raczej w odgrodzonej parawanem jej części. Przed nim na stołku siedziała dziewczyna. Wszędzie poznałby jej bladą skórę, czarne długie włosy i zielone oczy. Spędził z nią całe jej życie. Chyba właśnie przez to teraz dziwnie się czuł, bo… zadurzył się w niej? W swojej przepięknej podopiecznej… Tak, właśnie taka była prawda. Bóg ją znał, a i tak pozwolił mu wrócić.
-Ty żyjesz- odezwała się dziewczyna. Nie czuł strachu w jej głosie. Jedynie zafascynowanie. Wierzyła we wszystko, co widziała.- Bolą cię plecy?- spytała po chwili.
Przed moment nie zrozumiał o co chodzi, ale potem przypomniał sobie ogromny ból po stracie skrzydeł. Obejrzał się przez ramię. Rany, które powinny tam tkwić już się zagoiły. Pozostały tylko dwie bardzo wyraźne blizny.
-Nie- odparł zgodnie z prawdą.
Przez chwilę lustrowała go swoim hipnotyzującym spojrzeniem.
-Jesteś Aniołem?- spytała bez zawahania w głosie.
-Twoim Stróżem- uzupełnił jej wypowiedź.- Nie chciałem, żebyś to robiła.
Posmutniała. Po policzku spłynęły jej łzy.
Zwlókł się z łóżka z lekkim ociąganiem. Nie za bardzo wiedział, co teraz robić.
-Masz jakieś ubrania?- spytał po chwili.
Wiedział, że ma. Ukradła swojemu ojcu, gdy uciekała. Jej historia nie była taka prosta. Gdzie oni się teraz znajdowali? Hm… Na pewno na zadupiu. Jakieś sto, może nawet dwieście kilometrów od domu. Marcysia uciekła dwa dni temu, zabrała najpotrzebniejsze rzeczy, wiedziała też po co jedzie. Chciała coś zmienić. Chciała zakończyć dawne życie. Tylko dlaczego w taki sposób? Tego on nie potrafił zrozumieć. Teraz jednak nie na to był czas.
Dziewczyna podała mu dresowe spodnie i sprany, błękitny T-Shirt. Potem wyjęła z torby jeszcze parę styranych do reszty adidasów. Żadne z nich nie wyglądało dobrze. Choć biała koszula i dżinsowe spodnie Marcysi prezentowały się o wiele lepiej. Nie licząc może jej butów, które były w podobnym stanie, co jego adidasy.
Przebrał się i zwlókł z łóżka. Dziewczyna wyjrzała przez szparę, za parawan.
-Możemy iść- oznajmiła.
-Gdzie?- spytał on, choć dobrze wiedział.
-Do hotelu, mam rezerwację do końca tygodnia- oznajmiła spokojnie.- Jaki z ciebie Anioł Stróż?- spytała przekornie.
Wyjście ze szpitala nie było dla nich trudnością. Marcelina szła radośnie, z uśmiechem na twarzy, oznajmiając wszem i wokół, że właśnie ktoś dla niej bliski wykaraskał się ze szponów śmierci. Jaj maska była tak mocno przytwierdzona do twarzy, ze nawet on zdawał się nie dostrzegać w tym kłamstwa.
Szli krętymi uliczkami, którymi on jeszcze nie szedł. Jak to możliwe, że ona je znała? Może przestudiowała jakiś plan, gdy on leżał nieprzytomny? Nie ważne. Dotarli do hotelu na chwilę przed w towarzystwie kompletnej ciemności. Recepcjonistka powitała ich skinieniem głowy, a potem wróciła do przeglądania wczorajszej gazety. W ustach mięła niezbyt już świeżą gumę balonówkę. Lakier na jej paznokciach… no cóż, było go tam dużo mniej, niż miało być w zamierzeniu.
Była można rzec tak samo zadbana jak hotel. Tani, obskurny lokal, do którego nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie nawet chciał zajrzeć. Wdrapali się po drewnianych trzeszczących schodach na drugie piętro starając się nie dotykać pokrytej pleśnią, obdrapanej z farby, miejscami nawet z tynku, ściany, na której pewnie zagnieździły się już całe armie grzybów. Podłoga na piętrze wyłożona była sztywnym, upapranym błotem i Pan jeden wie, czym jeszcze, dywanem miejscami powygryzanym przez jakieś gryzonie. Ciekawe, skąd oni wzięli pomysł na takie miejsce? Pomyśleć można, ze to placówka z jakiegoś kiepskiego horroru. Jeden wielki żart.
Ich pokój też nie wyglądał lepiej. Żółta farba pogniła i w wielu miejscach poodchodziła od ścian. Sufit miał kilka ledwo widocznych pęknięć. Podłoga wyłożona kiepskiej jakości panelami i przykrywa powycieranym kocem robiącym za dywan skrzypiała w kilku miejscach. W rogu pokoju stało dwuosobowe łóżko. Na przeciwległym krańcu niewielka, niezbyt wygodna sofa towarzyszyła dwóm fotelom w służbie brudnemu stolikowi. Naprzeciw drzwi znajdowało się okno. Nie było ono czyste. Pod nim stała mała komódka. Naprzeciw niej, tuż obok drzwi, prawie przy łóżku, stała ogromna szafa z ciemnego drewna wyglądająca, jakby za chwilę miała się rozpaść.
Żadne z nich nie pokręciło nosem. Mieli niewiele pieniędzy. Marcysia miała sporo oszczędności, ale to nie wystarczy im na długo. Będą musieli pójść do pracy. On będzie się musiał nauczyć żyć jak człowiek.
Usiedli obok siebie na kanapie. Zapadła ciężka, krępująca cisza. Dziewczyna spuściła głowę i włosy opadły jej na twarz. Założyła je sobie za ucho i zaczęła przyglądać się swoim pomalowanym na czarno paznokciom.
-Jak ty się w ogóle nazywasz?- spytała nagle.- Bo wiesz, ty moje imię znasz…- dodała, gdy zobaczyła jego zaskoczoną minę.
-Ach, no… tak- odparł.- Wiesz, trudno, bym zapomniał, gdy słyszę je codziennie- uśmiechnął się ciepło. Odwzajemniła gest. Była taka śliczna, gdy szczerze się uśmiechała.
-Więc?- zachęciła go.
-Samael- powiedział po chwili. To nie była dla niego jakaś intymna sprawa. Nie. Po prostu od wieków nikt go o to nie zapytał. On znał wszystkich, a jego nikt. Taka rzecz zdarzała się dla niego po raz pierwszy. I była miła. Cieszył się, że będzie mógł wreszcie z kimś porozmawiać, że ktoś wreszcie będzie go znał.
-Ładnie- uznała dziewczyna.
-Marcysia też brzmi pięknie- oznajmił on. Dziewczyna skrzywiła się.

Nie lubiła gdy rodzice tak do niej mówili. Nienawidziła, gdy koledzy ją tak przezywali. A w jego ustach brzmiało to tak pięknie. Tak… melodyjnie, po prostu ślicznie.
-Mary- powiedziała po chwili.- Możesz mi mówić Mary, albo Merci.
Uśmiechnął się. O matko, jak on bosko wyglądał. Ale to w końcu nic dziwnego, przecież był Aniołem. Miał trochę przydługie, ciemny blond włosy, głębokie, niebieskie oczy i umięśnione ciało. Kiedy się uśmiechał na policzkach pojawiały się słodkie dołeczki… Czy można tak myśleć o własnym Aniele? Hm… Chyba nie było żadnego nakazania z tym związanego, ale szczerze mówiąc, Marcelina już dawno zapomniała wszystkie te formułki. Nie sposób było tego przestrzegać w domu pełnym ateistów. A z początku naprawdę bardzo chciała… Tyle, że… nie wyszło jej.
A teraz nadarzała się kolejna szansa.
-Co zamierzasz zrobić, jak już ci się skończą pieniądze?- spytał Samael, przerywając jej słodkie rozmyślania.
-Och- zaskoczył ją trochę tym pytaniem.- Chyba pójdę do jakiejś pracy- oznajmiła.
-Tutaj?- miał rację. To miasto było jedną wielką dziurą. Kolebką wszelkich przestępstw i zalążkiem całego zła. Tutaj po prostu nie mogło im wyjść.
-W sumie racja. Musimy stąd szybko wyjechać- powiedziała. Kwestia my nie pozostawiała żadnych wątpliwości. On nie tylko musiał, ale też chciał wszędzie z nią być. Akurat to widziała bardzo dobrze. Uwielbiał swoją pracę. Nie liczyło się dla niego, czy miał skrzydła, czy nie, czy go widziała, czy nie. To nie grało tutaj roli.
-Gdzie?
-Gdziekolwiek. Gdzieś daleko. Za granicę?
Wzruszył ramionami.
-Nie pomagasz- mruknęła.- Może Niemcy? Stuttgart? Fellbach?
-Fellbach może być- odparł on z zapałem.
-Co cię tak raduje?- zagadnęła.
-Moja wcześniejsza podopieczna tam mieszkała- oznajmił krótko.- Została zamordowana- zakończył zawiedziony.
-Przecież to nie była twoja wina- dziewczyna dostrzegła smutek na jego twarzy. Obojętnie wzruszył ramionami.
-Nie upilnowałem jej i wściekła na rodziców za namową jakiegoś kolesia poszła do klubu nocnego. No i się załatwiłem. Upiła się i gdy wracała do domu napadli na nią jacyś psychole. I koniec całkiem dobrej historii- gdy to mówił mina markotniała mu z każdym słowem. Mary nagle zrobiło się smutno. Objęła Samaela ramieniem i spuściła wzrok.  Kąciki ust Anioła drgnęły, jakby mimo wszystko chciał się do niej uśmiechnąć, nie pokazać słabości.
-Jak miała na imię?- spytała.
-Saliha. Była Turczynką- dziewczynę nagle zaciekawiło, czy jego była podopieczna wierzyła w ogóle w Boga.
-Ile miała lat, gdy… no wiesz…
-16… prawie. Za miesiąc miałaby urodziny.
-A… Wierzyła w Ciebie, w Pana?
Pokręcił smutno głową.
-Ale to nikogo nie obchodziło. Każdy zasługuje na ochronę. A ona była taka… słaba, bezbronna… Jak ty, kiedy tam stałaś- powiedział. Teraz to jej oblicze posmutniało. Nie chciała już więcej o tym wspominać. Okazała się słaba, nie poradziła sobie z własnym życiem. Ale dzięki Samaelowi dostała drugą szansę.
-Więc jak, busem, czy pociągiem?- spytał po chwili Anioł.
-Co?- spytała zdezorientowana. Ta cała rozmowa sprawiła, że zupełnie zapomniała o ich wyjeździe.-A. Pociągiem.
-Dobry wybór. W pobliżu jest dworzec- kiwnęła głową zgadzając się z nim.
Sięgnęła pamięcią wstecz.
-O siódmej pięć do Berlina- oznajmiła pewnie.
-Dziesięć, Mers- powiedział on.- Dziesięć- wzruszyła ramionami, po czym nagle uświadomiła sobie, jak bardzo jest zmęczona.
Przeciągnęła się mocno ziewając.
-Dobra, Smoku, idź spać, zanim mnie połkniesz- zażartował Samael wskazując na łóżko. Zachichotała cicho i rzuciła się na wykrochmaloną pościel. W tym momencie nie miała ochoty narzekać.
-A ty?
-Aniołki nie śpią- odparł on. Uśmiechnęła się i przymknęła oczy. Już po chwili spała.