Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mafia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mafia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lutego 2015

Annie Nigela- Pierwsza akcja

 Jestem w MI6.
 Mój Boże! Jestem agentką!
 A co mi pomogło? To, że wcześniej byłam kryminalistką. Ha! To tak nie realistyczne, że aż jestem gotowa w to uwierzyć!

-Annie! Pośpieszże się!- zawołała Amanda pukając energicznie w drzwi od łazienki, w której aktualnie się znajdowałam.
 Szybko przemyłam twarz, wtarłam krem w skórę dłoni i nóg, naciągnęłam szare, dresowe spodnie oraz luźną wściekle pomarańczową bluzkę, splotłam włosy w warkocza i założyłam czapkę z napisem KaeN na daszku. Umyłam zęby, zrobiłam lekki makijaż i wyszłam. Amanda wyminęła mnie z miną nie zwiastującą niczego dobrego. Zostało nam piętnaście minut do rozpoczęcia pracy, a ona nie była jeszcze przygotowana. Spóźnimy się. Znowu.
 Od tygodnia, dzień w dzień, albo się spóźniałyśmy, albo ledwo wyrabiałyśmy w czasie.
-Teraz to ty sie pośpiesz!- krzyknęłam ubierając buty.
 Na szczęście Am była szybka. Chwilę później biegłyśmy do samochodu.
 7.54
 7.55
 7.56
 7.57
-Dwie minuty... Jedna..- odliczałam.
 Podjechałyśmy na parking. Ósma wybiła, gdy otworzyłam drzwi od swojego gabinetu.
 Na krześle za biurkiem siedział Will. Patrzył na zegarek w skupieniu. Potem podniósł wzrok na mnie i uśmiechnął się szeroko. Idealnie- przekazał mi na migi. Nie mogłam powstrzymać sie od uśmiechu.
 Chwilę później do gabinetu weszła Am z wysoką brunetką, jej przełożoną, Amy Swertenco.
-Jest sprawa dla was- wskazała palcem mnie i Willa.- Nic bardzo poważnego, ale poproszono nas by to sprawdzić. Banda młodocianych dilerów.
 Uśmiechnęłam się szeroko. Wreszcie coś ciekawego, a nie tylko siedzenie w biurze i migowe rozmowy, lub pisanie dokumentów. Spojrzałam na Willa, a potem odwróciłam sie do Amy.
-To kiedy zaczynamy?
-Dzisiaj- powiedziała ona. Zatkało mnie lekko.- Tu masz akta. Lekcje zaczynają sie o dziewiątej. Lepiej zdąż to przeczytać- powiedziała i wyszła.
 Amanda otworzyła jej drzwi, a potem za nią zamknęła.
-Zawiozę was- oznajmiła.
-O nie!- zaprotestowałam od razu.- Nie zgadzam się. Ja prowadzę.
 Amanda westchnęła i wyszła zostawiając mi kluczyki od fury, która przez ostatnie lata stała w garażu w podziemiach MI6.
 Zajęłam się czytaniem.

Ginerwa Mighnight
16 lat
sierota, mieszka w rodzinnym domu dziecka Dudleyów
krótkie niebieskie włosy, fioletowe włosy
należy do gangu Geesy od około dwóch lat
jeździ czerwonym volvo V40 w kombi
jej chłopak:
Thomas Dudley 
17 lat
syn Marii i Damona, prowadzących rodzinny dom dziecka
długie brązowe włosy, czarne oczy
założyciel gangu Geesy dwa lata temu
jeździ srebrnym woldzwagenem bora
Denise Abernathy
15 lat
sierota z rodzinnego domu Dudleyów
krótkie różowo-fioletowe włosy, niebieskie oczy
w gangu od roku
jeszcze nie prowadzi, jeździ ze swoim chłopakiem:
Tobias Jonathan Silvermoon
18 lat
ojciec w więzieniu, mieszka z bratem
średniej długości włosy w kolorze ciemny blond, zielone oczy
w gangu od początku, jeden z ważniejszych dilerów
jeździ czerwonym mercedesem CLS kupionym najprawdopodobniej za pieniądze pozyskane z kradzieży

Wszyscy uczęszczają do prywatnej szkoły dla trudnej młodzieży.

Gang prawdopodobnie ma siedzibę w niezamieszkanym mieszkaniu, które Tobias odziedziczył po zmarłej tragicznie matce. Jedyni znani członkowie wymienieni wyżej. Thomas jest szefem, Tobias zastępcą, dziewczyny to dobre dilerki, nie udzielają sie w administracji, jeśli można to tak nazwać. Zarejestrowano,że Ginerwa jest dość rozwiązła. Resztę musicie odkryć sami.

Waszym zadaniem jest zdobyć dowody w postaci na przykład zdjęć, lub nagrań. W następnej kolejności możecie zaprowadzić ich do naszej siedziby, lub na policję, w celu wpakowania przestępców do paki.

-Język literacki, nie ma co- mruknęłam po przeczytaniu na głos całego tekstu.
 Will uśmiechnął się i rzucił mi kluczyki. Czas jechać.
 Zeszliśmy do garażu. Znalazłam auto. Wsiedliśmy do wyglądającego jak nowy Astona Martina DBS w kolorze czarnym. Wiedziałam, że nasz kolega z technologicznego go ulepszał, więc dla własnego bezpieczeństwa zostawiłam w spokoju wszystkie guziki. Na tylnym siedzeniu leżała kartka z zapisaną naszą historią, którą mieliśmy przedstawić dyrektorce, nauczycielom i wszystkim, kto zapyta o naszą przeszłość. Amy dodała też, że nas tam oczekują i wiedzą, że przyjedziemy.
 Przed wysokim i dość nowym w porównaniu z okolicą, budynkiem szkoły znajdował się duży parking. Na razie było na nim mało samochodów.Wypatrzyłam już czerwonego mercedesa Tobiasa zaparkowanego na samym początku parkingu. Za nim  były trzy miejsca wolne. Dwa dla Ginerwy i Thomasa, jedno w sam raz dla mnie.
 Wjechałam na parking o 8.45 i zaparkowałam na wypatrzonym miejscu. Tobias i przyklejona do niego Denise od razu się zainteresowali. Wysiedli ze swojego mercedesa, gdy my opuściliśmy mojego Astona.
-Nowi?- spytała Denise wpatrując się w Willa. Tobias stał za nią obejmując ją w pasie. Przyglądał się uważnie mojemu samochodowi.
-Tak, nowi- skinęłam głową.-Jestem Natalie Kinghtley, a to Will Heronalde- powiedziałam. Will objął mnie jedną ręką.
 Nasza historia była dość tragiczna. Dwie sieroty z zupełnie innych rodzin, cudem wymknęliśmy się śmierci podczas katastrofy lotniczej. Przygarnęli nas jacyś bogacze. Jesteśmy parą. Nikt w domu nie zwraca na nas uwagi, więc po prostu rozrabiamy. Wysłali nas tu po tym,jak odebrali nas z aresztu.
-Miło poznać, ja jestem Denise Abernathy- powiedziała wyciągając do mnie rękę. Uścisnęłam ją.
-A ja Tobias Silvermoon- chłopak przywitał się z Willem podobnym gestem.
 Chwilę później, gdy Denise opowiadała nam o durnych zasadach tej szkoły, na parking zajechały dwa wozy. Volvo i Woldzwagen. Ginerwa i Thomas. Denise przedstawiła nas sobie. Cały czas jej głos tryskał radością, jak ona sama.
-Mów mi Ginny- powiedziała Ginerwa. Thomas się nie odzywał. Gdy weszliśmy razem do szkoły uczniowie usuwali nam się z drogi na korytarzach,- Jesteśmy tu tak zwaną elitą- oznajmiła Ginny z uśmiechem.
 Dowiedziałam się w sekretariacie, że wszyscy jesteśmy w jednej klasie, więc razem z ekipą poszliśmy pod klasę. Denise i Ginny cały czas paplały. Ja wtrącałam od czasu do czasu swoje trzy grosze, Tobias szeptał na boku z Thomasem.
-Wiesz, przyzwyczaiłam sie, ze Thom mało mówi, ale Will w ogóle się nie odzywa- stwierdziła po chwili Ginerwa patrząc na Willa spod rzęs.
-Bo nie może- odparłam rozglądając sie po korytarzu. Gdy spojrzałam na nią dodałam- Jest niemy. Nie mówi- wytłumaczyłam.
 Chwilę zajęło nim dziewczyny doszły do siebie. Chyba straciły tobą zainteresowanie- przekazałam Willowi na migi. Całe szczęście- odparł on. Uśmiechnęłam się.
 Dzwonek zadzwonił równo o dziewiątej. Wszyscy ustawili sie w dwa równe rzędy. Wszyscy oprócz mnie, Willa, Denise, Ginerwy, Tobiasa i Thoma. My nadal siedzieliśmy na parapecie naprzeciwko drzwi do klasy. Chwilę później pod gabinet podeszła młoda nauczycielka o miłej twarzy.
-Nie daj się zwieść pozorom- szepnął do mnie Thom i ustawił się na końcu kolejki. Wszyscy zrobiliśmy to samo. Nauczycielka wpuściła nas do klasy. Zatrzymała mnie i Willa przy swoim biurku. Spojrzałam na szesnaście ławek ustawionych w czterech rzędach. Ekipa zajęła dwie ostatnie. Tę w rzędzie pod ścianą i dwa rzędy dalej, tak, że pomiędzy została jedna wolna ławka. Ginny dała mi znak, że zajęli ją dla nas.
 Zerknęłam na nauczycielkę. Ta uciszyła klasę, a potem skierowała uwagę na nas.
-Witajcie w Prywatnej Szkole dla Trudnej Młodzieży- oznajmiła. Jakże subtelna nazwa.- mam nadzieję, żę zapoznaliście się z regułami i nie trzeba was będzie karać. Zajmijcie miejsca- oznajmiła.
-Dzięki za miłe powitanie- szepnęłam pod nosem kierując się na koniec klasy do ławki, którą zajęła nam Ginny.
-Klasa, powitajcie Natalię i Willa- oznajmiła nauczycielka i wróciła do przeglądania dziennika. Sprawdziła obecność i zaczęła lekcję.

środa, 7 stycznia 2015

Annie Nigela- "Rekrucie, wspanialszej dziewczyny tu jeszcze nie było!"

 Tak nagle jak zaczęłam mieć wątpliwości tak szybko zaczęłam podejrzewać podstępu. Nie możliwe jest, żeby taka dziewczyna jak ja byłaby im potrzebna do czegoś innego niż brudnej roboty. Przecież nie wzięliby mnie żeby pomóc zmierzyć się z przeszłością, czy o niej zapomnieć. Moje serce znów zaczęło powoli zamarzać. Powoli zaczynała myśleć, że ktoś może ją pokochać, ale to, na co wpadła przed chwilą wykluczało pierwsze przemyślenie bardzo kategorycznie.
 Nie myliła się zbytnio. Jej nowi "rodzice" po chwili przyszli do jej pokoju. Chcieli jej coś wytłumaczyć. Wiedziała, co, a przynajmniej tak sądziła.
-Annie, zapewne wiesz już, że nie jesteśmy tymi, za których się podajemy- jej głos był zaskakująco spokojny i miły jak na rozmowę o ich grzechach.- Jesteś inteligentną dziewczynką doświadczoną przez los...
-Nie dziewczynką- przerwałam jej.
-Co?- lekko się zdezorientowała.
-Nie dziewczynką, lecz dziewczyną- poprawiłam. Uśmiechnęła się.
-Tak. Jesteś prawie kobietą, a życie nauczyło cię o wiele więcej niż nie jedną starszą osobę. Miałaś styczność z terrorystami. Myślę, że podejrzewasz też nas. Niestety muszę cię zawieść. Nie należymy do żadnego gangu-powietrze upłynęło ze mnie, gdy tylko wypowiedziała te słowa.- Jesteśmy agentami. Nie wybraliśmy cię bez powodu. Masz zadatki na dobrego szpiega i szczerze mówiąc zamierzmy to wykożystać.
 Szczerze mówiąc, to ja w pierwszej chwili nie wiedziałam zupełnie, co o tym myśleć. Po chwili jednak na mojej twarzy zagościł uśmiech. Taki szczery.
-Super!- oświadczyłam.
 Następnego ranka zbudziłam się o świcie. Byłam naprawdę podekscytowana. To był mój wielki dzień. Amanda, bo tak nazywała się moja przybrana matka, która zachowywała się jak moja przyjaciółka, miała mnie dziś zabrać do siedziby MI6. Nie mogę zaprzeczyć . Byłam wniebowzięta, choć targały mną także inne uczucia. Bałam się odrzucenia przez innych agentów, braku zrozumienia, czy kpin z mojej przeszłości. Ludzie potrafili być naprawdę dziwni i ja nieraz już się o tym przekonałam. Mimo to z uśmiechem na ustach, po prawie dwugodzinnym staniu w korku, wkroczyłam do tajnej agencji. Tuż za mną szła Am i tylko witała się z wszystkimi i ręką nakazywała mi gdzie iść. Z zachwytem rozglądałam się po wielkim budynku. Miał wiele poziomów nie tylko ciągnących się w górę od wejścia, ale też znajdujących sie pod ziemią, czyli na minusie. Podłoga była biała, chyba marmurowa, a ściany na każdym piętrze miały inny kolor.
 Weszłyśmy do windy. Amanda była ubrana bardziej jak urzędniczka, niż agentka, choć jej idealnie ułożony i w żadnym stopniu wygięty garniturek miał dwojaki urok. Włosy związała na czubku głowy w nienaganną jej zdaniem kitkę, z której i tak wymsknęło się kilka samodzielnych kosmyków. Byty miała na wysokiej koturnie, czarne, jak cały jej strój i włosy. Ja miałam na sobie zielony top, granatowe dresowe spodnie i bluzę polarową pełniącą rolę kurtki i chroniącą przed kapryśnym klimatem londyńskich uliczek. Na nogach miałam adidasy do biegania, a na głowie czapkę z daszkiem zasłaniającą lekko moje oczy.
 Winda zawiozła nas na siedemnaste piętro licząc od poziomu zero. Korytarz, którym szłyśmy miał niski strop, a sufit ozdobiony był bardzo oryginalnym freskiem. Ściany miały kolor beżu, a popiersia pilnujące każdych drzwi dodawały antycznego uroku temu miejscu. Przedstawiały one zapewne agentów, lub osoby zasłużone dla agencji.
-To mój gabinet- powiedziała Am wskazując na mosiężne, potężne drzwi z kołatkami. Sprawiały one wrażenie wrót do jakiejś mitycznej krainy. Obok stały dwa popiersia. Amandy i jakiejś kobiety. Przyjrzałam sie bliżej temu drugiemu. Pani, która została na nim przedstawiona miała krzywy nos, duże oczy i niskie czoło. Jej włosy, choć marmurowe, sprawiały wrażenie napuszonych. Były krótkie i pofalowane.-To Astoria Midnight, moja poprzedniczka. Jest już starszą kobietą i pracuje na wydziale technologii.
 Ku mojemu zdziwieniu ominęłyśmy gabinet Amandy i ruszyłyśmy dalej. Drzwi przed którymi sie zatrzymałyśmy przypominały wrota do nieba. Były białe, zakończone szpicem, rzeźbione. Popiersia pilnujące ich przedstawiały bardzo podobnych przystojnych mężczyzn, z tym, że jeden miał bardzo chłopięce rysy.
-To gabinet Oriona Blacka i jego syna Williama. Orion zajmuje się rekrutacją, a Will jest trenerem. Przejdziesz teraz test fizyczny- oznajmiła nim weszłyśmy.
 Za drzwiami znajdowało się coś, co wyglądało na próbę połączenia biura, laboratorium i siłowni. Wszędzie znaleźć można było kabelki i przewody. W kącie stała aparatura służąca do nie wiadomo czego i waga, oraz miara pielęgniarska. Wygląda na to że zamierzają mnie także dokładnie zważyć i zmierzyć.
 Za biurkiem stanowiącym jedyny ośrodek porządku w tym miejscu siedział mężczyzna w średnim wieku z okularami na nosie, pochłonięty czytaniem jakichś dokumentów. Na tyłach pomieszczenia, przy aparaturze krzątał się nastolatek. Na prawdę, nastolatek. Był jednym z dwóch osób przedstawionych na popiersiach. Odwrócił się do mnie przodem i uśmiechnął. Miał nie wiele więcej lat niż ja. Zwykły szesnastolatek w agencji. Poczułam, że też mam szansę.
 Najpierw trafiłam pod aparaturę. Gdy tylko Amanda wyszła Will podłączył do mojej klatki piersiowej elektrody i kazał biec. Później wykonałam jeszcze kilka ćwiczeń pozwalających zbadać moją tężyznę fizyczną i zwrotność, czy celność. Potem chłopak odprawił mnie do swojego ojca z karteczka z wynikami.
-Świetne- powiedział Orion, gdy tylko na nią spojrzał.- Twoje wyniki są fascynujące. Zobaczymy, czy jesteś równie sprytna.
 Podał mi test z pytaniami logicznymi, w których najprostsza odpowiedź przeważnie była trafna. Gdy go odebrał znów się uśmiechnął. Spojrzał na kilka pierwszych pytań, a resztę jedynie otaksował wzrokiem i położył kartkę na boku. 
-Będzie z ciebie idealna agentka, rekrucie- oznajmił spoglądając na swojego syna. Ten przekazał mu coś ruchami rąk. Do mnie się nie odzywał ale, nie zdążyłam się domyślić, że jest głuchoniemy, albo przynajmniej niemy, jak sądzę. Na moje szczęście , lub nie, znałam język migowy, bo miałam głuchoniemą babcię, gdy jeszcze żyłam normalnie. Uśmiechnęłam się, gdy zrozumiałam, co chłopak powiedział. Odpowiedziałam mu i zadowolona wyszłam z gabinetu.
-Co ci powiedział?- spytała Am, gdy zobaczyła moją minę.-Nie wiedziałam, że Orion potrafi żartować- dodała zanim zdążyłam odpowiedzieć.
-Nie potrafi- odparłam- Ale dobrze komplementuje. Chodzi o Willa.
-O Willa? przecież on jest niemy, nie mógł ci nic powiedzieć- zauważyła cierpko.
-Znam migowy-zgasiłam ją z uśmiechem.- Powiedział, że wspanialszej dziewczyny tu jeszcze nie widział.
 "Rekrucie, wspanialszej dziewczyny tu jeszcze nie było! Tylko moich wyników nie udało ci się pobić."- powiedział wtedy z uśmiechem, a ja teraz w głowie odtworzyłam te słowa.

czwartek, 20 listopada 2014

Annie Nigela- kompletna zmiana otoczenia, na którą nie bardzo zasługuję.

Siedzieliśmy razem w jego domu. Była szósta trzydzieści, gdy drzwi otworzyły się ze zgrzytem i do środka weszła matka chłopaka. On podbiegł do niej lekko utykając na prawą nogę i przytulił się. Podążyłam za nim. Przywitałam się z wysoką kobietą i wyszłam z domu. 
Wiał silny porywisty wiatr. Moja cienka bluzka i bluza nie wystarczały. Adrenalina opadła i zaczęłam odczuwać chłód. Mimo wszystko ruszyłam ulicą przed siebie. Nie miałam co zrobić. Nie miałam na bilet. Uświadomiłam sobie, że o niczym nie pomyślałam. Szłam z rękami w kieszeni i wzrokiem wbitym w chodnik. Gdy spojrzałam przed siebie dostrzegłam staruszkę liczącą pieniądze. Dostrzegłam swoją szansę. Nie chciałam tego robić, ale  musiałam zdobyć jakieś pieniądze. Przechodząc obok niej wyrwałam jej kopertę z rąk. Starsza pani krzyknęła na mnie i wyjęła telefon, gdy uciekałam dosłyszałam, jak szczegółowo mnie opisuje. Musiałam się gdzieś ukryć.
Poszłam do parku. Okazało się to moją najgorszą decyzją. Przekroczyłam bramę i doszłam do pierwszego rozwidlenia i zobaczyłam parę osób z Gangu opiekunki. Weszłam w tę drugą ścieżkę i zaczęłam biec. Błąd! Zaczęli mnie gonić. Nie zauważyłam dwóch osób przed sobą, bo obracałam się by sprawdzić jak daleko są przeciwnicy.
Wpadłam prosto w ręce policji. Policjantka złapała mnie za ramiona i przyjrzała mi się. Gdy już zobaczyła we mnie kogo chciała wyjęła kajdanki i razem z kolegą zaprowadzili mnie do samochodu. Ja jednak nie potrafię kraść. Oddałam im pieniądze nim dojechaliśmy na komisariat.
Posadzili mnie na krześle przed komisarzem, ale ja już obrałam swoją taktykę. Powiem im wszystko. Dokładnie wszystko.
-Czemu to zrobiłaś?- spytał starszy facet w okrągłych okularach i marynarce w kratkę, stylu to on nie miał.
-Musiałam, jak miałam wyjechać bez hajsu?- spytałam retorycznie.
-Uciekłaś?- pokiwałam głową w odpowiedzi na to pytanie.- Dlaczego?
-A chciałby pan pracować dla przywódczyni gangu?
I dalej wszystko potoczyło się samo. Wypytywał mnie o opiekunkę i o członków, o ofiary. Powiedziałam mu prawdę, a on obiecał mi dom. Super. Najpierw trafię do domu dziecka.
Zabrała mnie tam Anetta Cherry. Domek był ładny i sympatycznie urządzony. Było tam około dziesięcioro dzieci. Dwóch chłopaków w moim wieku, jedna rok młodsza dziewczyna i sami malcy. Wiedziałam, że na ten wymarzony dom trochę poczekam.
Dwa miesiące przebiegły mi przed oczyma nim zdążyłam trochę z nich wyłapać. Były dzień w dzień takie same. Byłam autorytetem tego domu, a moje historie robiły furorę wśród dziesięciolatków. Starsi słuchali mnie z zaciekawieniem. Anetta była wiecznie miła i chyba odrobinę przesłodzona. Zdarzyło się dwa razy, że przyszli potencjalni rodzice, ale nikogo nie zabrali.
Trzeci raz był już inny.
Anetta zaprosiła do domu dwójkę młodych ludzi, którzy ubrani byli w zimowe futra i mieli ze sobą dużo bagaży. Zachowywali się bardzo stosownie, sprawiali wrażenie dostojnych, wręcz arystokratycznych i nie zgadniecie kim się zainteresowali. Mną. Ładną, mądrą, przebiegłą nastolatką po przejściach. Jechali do swojego domu w Wielkiej Brytanii i po zapoznaniu się ze mną stwierdzili, że chętnie mnie "przygarną".
Wsiadłam z nimi do samochodu zabierając jedynie małą walizeczkę z ciuchami. Arletta stwierdziła, że zaraz po przylocie kupią mi nowe stroje.
W Berlinie wsiedliśmy do samolotu. pierwszy raz takim leciałam. Był nieduży, prywatny, zamiast rzędów siedzeń było kilka kanap, trzy łóżka i stoły. Znajdował się też na nim bar z drinkami. Usiadłam wygodnie na jednej z kanap, a Arletta i Michael zajęli miejsca naprzeciw mnie. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach przez około dwie godziny lotu. Czułam się świetnie opowiadając o mojej śp. matce.
Samolot wylądował na Heathrow. Stamtąd limuzyną pojechaliśmy do domu. Była to piękna, duża willa. jej ściany były białe i miejscami oplecione bluszczem. Na drugim i trzecim piętrze znajdowały się balkony. Dach był koloru granitu, a na ogrodzie znajdował się basen. Zieleń wypełniała powierzchnię między czterema ścianami muru. Zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno zasługuje na taką zmianę.

środa, 12 listopada 2014

Annie Nigela- Inna droga przede mną

 Biegła przed siebie. Uciekała nie wiedząc nawet przed czym. Prawą ręką kurczowo trzymała jego dłoń. Gnała przed siebie. Ledwo łapała powietrze między kolejnymi krokami. On cały czas doganiał ją, a i tak nie nadążał. Gubił rytm szybkich susów dziewczyny i potykał się o własne nogi. Ciemna ulica ciągnęła się przed i za nimi. Jej ledwo oświetlony kraniec znikał za linią horyzontu między potężnymi gmachami wieżowców tworzących miejską betonową dżunglę. Przemykając pod kolejnymi latarniami nastolatka czuła się obserwowana mimo, że na ulicy nie było żywej duszy, ani ludzkiej, ani zwierzęcej, nawet rośliny pochowały się w najgłębsze zakamarki korzeni pozostałych po drzewach, które ścięto kilka dni temu. 

Pierwsza minuta może być ostatnią
Dlatego ceń jak ostatnią, dlatego wiedz, że ostatnią
Ostatnia minuta może być pierwszą 
I szczerze ch** w to bo rozumieją to gdy już jest za późno... /Sulin

 Chłodna atmosfera zżerała ją od środka. Zawsze pragnęła miłości, a nigdy nie dostała jej zbyt wiele. Wychowana na ulicy przez bandę gangsterów pod wodzą panienki z opieki społecznej. Jej uroda ściągała na nią same kłopoty i kolejne grzechy, a jedyna muzyka jaka rozbrzmiewała czasem w jej uszach to smutny, aczkolwiek prawdziwy rap, który swoimi specyficznymi wersami i bitem podtrzymywał ją na duchu i przy życiu. Do niedawna nie wiedziała, że mogłaby zrobić coś ze sobą, zmienić swoje tragiczne położenie, nakierować się na lepszą przyszłość.
 Powiew wiatru rozwiał jej włosy i oczy rozbłysły w świetle latarni. Zerknęła na chłopaka, którego uratowała przed męczeńską śmiercią, która w ogóle nie pojawiłaby się w jego życiu, gdyby nie ona. Jego twarz wyrażała najwyższe skupienie nad oddechem. Miał słabą kondycję. Spojrzała w bok w poszukiwaniu nazwy ulicy którą teraz biegli. Dostrzegła niebieską tabliczkę na wysokiej sylwetce górującego nad innymi budynku. Domańska 126. Mogli już zwolnić, bo znajdowali się prawie na drugim krańcu miasta.
 Stanęła nagle nie uprzedzając. On nie wiedząc o niczym odbiegł kilka kroków dalej, po czym zatrzymał się nagle, bo ona nadal trzymała jego dłoń. Dyszał ciężko łapiąc łapczywie oddech.
-Spokojnie, bo nam powietrza nie starczy- powiedziała uśmiechając się do niego przyjaźnie. On odwzajemnił się słabym uśmiechem, albo raczej jego imitacją.
-Dzięki- wydukał wpatrując się w ziemię.-Za ratunek.
-Spoczko- chciała być miła, udać tą radosną, pokazać mu, że nic się nie stało, teraz po prostu będziemy żyć dalej.
-Ałłł!- pisnął, gdy klepnęła go przyjacielsko w ramię. Najwyraźniej miał tam jakąś sporszą ranę.
 Dalsza konwersacja nie miała większego sensu więc jej zaniechała.
 Razem ustalili, że pójdą do jego domu i tam przenocują, a potem on zadzwoni po swoją matkę. Nadal byli nastolatkami. On typowym chłopakiem, którego życie opierało się na grach komputerowych i poleceniach rodziców wykonywanych niechętnie, ale bez szemrania. Ona była doświadczona przez los mimo młodego wieku i wiedziała, że co najmniej dziesięć decyzji podjęłaby inaczej, żeby nie siedzieć teraz w tym szajsie.
 Gdy zasypiała ustaliła jeszcze jedno. Nazajutrz pójdzie na policję i wniesie oskarżenie na gang opiekunki. Wtuliła się w miękką kołdrę, którą on jej wyjął z szafy w pokoju jego matki będącej aktualnie na zebraniu w innym mieście. Sen nadszedł szybko i był miłą odskocznią od rzeczywistości, z którą walczyła jeszcze wczoraj, jeszcze godzinę temu. Odpłynęła w objęcia Morfeusza.

Jeszcze będzie czas,
zobaczysz odwróci się karta,
każdy dobry człowiek w życiu w końcu musi mieć farta,
jeszcze będzie dobrze, uwierz ja to wiem!/ Bezczel

Przepraszam, że takie krótkie, ale nie miałam weny :(

poniedziałek, 3 listopada 2014

Annie Nigela

 Annie Nigela to zwykła 16-latka. Ma długie czarne włosy, brązowe oczy i kilka pryszczy na twarzy. Na co dzień przejmuje się takimi rzeczami, jak wygląd, makijaż, czy ostatnia randka, sprzed dwóch miesięcy. Rzadziej obchodzi ją nauka. Ma średnie stopnie w szkole, tróje, czwóry, zdarza jej się gadać na lekcji. Jej matka jest biznesmenką, a ojciec pokerzystom, któremu szczęście sprzyja rzadziej niż pech. Rodzice często wyjeżdżają, a nastolatka nocuje u babci, która ma obsesję na punkcie jedzenia i jest lekką dziwaczką, jak twierdzi jej sąsiadka. 
 Nic więc dziwnego, że gdy rodzice Annie giną w wypadku samochodowym, zrozpaczona i niepogodzona ze stratą dziewczyna zostaje dodatkowo zmuszona do zamieszkania u swojej Buni. Nie zrozumcie tego źle. Dobrze, że chociaż ma gdzie mieszkać, ale od jakiegoś czasu paniom nie układa się zbyt dobrze. Większość osób uważa skrycie, lub nie, że staruszka dziwaczeje. Annie z dnia na dzień upewnia się w tych poglądach.
 Tak wyglądało życie dziewczyny zanim w jej życiu pojawiła się Anabeth. Tylko może najpierw wyjaśnię, jak to się stało.
 Babcia dziewczyny miała ponad 70 lat i chore serce. Pewnego pięknego dnia, gdy leżała na tarasie, w cieniu topoli, zeszła na zawał. Annie została zaatakowana kolejną stratą. Jej opiekunką została właśnie Anabeth Cortez. 35-letnia kobieta lubująca się w pisaniu opowiadań do gazet dla nastolatków. 
 Po dwóch tygodniach pobytu Annie mimo woli stwierdza, że wolała mieszkanie z babcią.

***
 Słońce praży, wiatr przestał wiać, deszcz ani myśli wychylić się zza chmurek, smutna, długonoga i długowłosa dziewczyna zmierza ulicą. Głowę ma spuszczoną, włosy tańczą na jej twarzy, smutne oczy wpatrzone są w chodnik.  Patrzę w jej stronę i nagle nie widzę świata poza nią. Spogląda na mnie i uśmiecha się nieśmiało, przyjaźnie. Muszę podejść, zagadać, zapytać, dlaczego tak się smuci?
-Zrobiłam coś złego- odpowiada.
-Komu?
-Tobie- szepcze wptrując mi się przepraszająco w oczy. Stoję zdezorientowany.
-Ale ty mi nic...- nagle nie wiadomo skąd wyskakuje pięciu wielkich jak byki facetów. Zakładają mi worek na głowę i gdzieś prowadzą. Próbuję się wyrwać, ale jedyna odpowiedź, jaką otrzymuję, to cios w głowę. Nim tracę przytomność do moich uszu dobiega urwany szloch dziewczyny.

***
 Siedzę w pokoju i płaczę. Anabeth każe mi nie schodzić na dół pod żadnym pozorem. Dobiegają mnie stłumione krzyki, jęki, płacz... Torturują go.
 Dlaczego ja to zrobiłam? Czemu się nie postawiłam? Nie potrafię powiedzieć nie kryminalistce. To musi się skończyć. Tyle w życiu nasłuchałam się o asertywności i odmawianiu. Jestem słaba. Z moich oczu spływają kolejne łzy. Jakiś głos w sercu mówi mi, że powinnam uratować chłopaka od niechybnej śmierci. Tylko jak? Mogłabym powiedzieć, że tylko to pytanie stoi mi na drodze, ale byłoby to kłamstwo, stoi za tym o wiele więcej moich lęków.
 Chwile ciągną się niemiłosiernie wypełnione wrzaskami przystojnego chłopaka, którego dałam pojmać. Jedna, druga i trzecia sekunda... Postanawiam nieodwołalnie wyciągnąć go z bagna, do którego go wrzuciłam.