poniedziałek, 17 listopada 2014

Rozdział I



Dziewczyna siedzi w fotelu przysłuchując się głosom dobiegającym zza ściany. Są zdenerwowane i podniesione. Głosy matki i ojca. Pukał tam ze dwa razy. Kazali jej czekać. Czekała raz, czekała i drugi.
Ma tego dość. Puka znów.
-Poczekaj!- odpowiada jej zirytowany głos matki. O nie, trzeci raz nie będzie czekać! Wchodzi.
Matka siedzi na krześle ze skrzyżowanymi ramionami i hardo patrzy na ojca. Ojciec stoi nad nią i wrzeszczy.
-Mam tego dość!- woła Eileen.- Nigdy nie można z wami pogadać, nie interesujecie się mną, Nic ze mną nie robicie, nie dbacie o mnie! Inni mają prawdziwych rodziców, a ja nie mam nic! Wciąż tylko się kłócicie i kłócicie. Pomyśleliście czasem o mnie? O tym, że mi ciężko? Że nie mam z kim pomówić w cztery oczy? Nie! Bo po co! To tylko wasza jedyna córka Eileen, po co poświęcać jej trochę uwagi! Po Co?!
Zdenerwowana szesnastolatka wybiega z pokoju, a potem z domu. Zaskoczeni rodzice stoją w bezruchu i patrzą, jak Eileen wybiega na ulicę i biegnie w stronę miasteczka.
W głowie dziewczyny kłębią się przeróżne myśli. Skończ z sobą! Nie ma dla ciebie miejsca w tym chorym świecie! Nie! Wróć i pogadaj! Wysłuchają cię! guzik wysłuchają! Mają cię gdzieś! Zobacz, rzeka, skacz! Nie stój masz jeszcze dla kogo żyć! Pamiętaj o Ethanie! Ethan cię nie chce! Mówi, że jesteś szalona i niezdyscyplinowana! Więc masz jeszcze Damena! Damen… Damenowi nie ma nic do zarzucenia.
Biegnie dalej. Dobiega do rynku. Szybko odnajduje właściwe stanowisko, a przy nim panią Peace, mamę jej kolegi ze szkoły, Damena.
-Witaj drogie dziecko- pani Peace uśmiecha się naturalnie, w odróżnieniu od jej rodziny.- Mogę czymś ci służyć?
-Pokłóciłam się z rodzicami- wzdycha Eileen. Trochę jej wstyd przed tą uczciwą kobietą przyznawać się do takich rzeczy, ale dobrze wie, że to jak spowiedź. Pani Peace nigdy jej nie skrytykowała, czasem potępiała jej zachowania, ale zawsze wskazywała dobrą drogę do naprawienia zła. Była dla Eileen matką, której ta tak bardzo potrzebowała.
-Czasem potrzeba takiej goryczy, by mogła wyjść na jaw słodycz. Pamiętaj, po burzy zawsze wschodzi słońce.
-Słońce nigdy nie zachodzi- dodała dziewczyna przypominając sobie ostatnie słowa pani Peace z poprzedniego spotkania.
-Wszystko będzie dobrze, kochana, chcesz gruszkę?- kobieta wyciąga w jej stronę rękę z soczystym owocem. Eileen chwyta go chętnie, bo choć w domu miała wiele gruszek te zawsze smakowały inaczej, lepiej.
-Jest Damen?- pyta przegryzając owoc.
Pani Peace skłania głowę w kierunku drogi do stajni, gdzie Damen pracuje jako stajenny i instruktor jazdy. Eileen dziękuje jego matce i rusza spokojnie przed siebie, w kierunku zwierząt, które były jej innymi przyjaciółmi.
Dziewczyna zawsze kochała konie, a dzięki Damenowi była doskonałą dżokejką. Startowała w zawodach i pokazywała jak oswajać konie.
Teraz myśli, że miło byłoby wsiąść na grzbiet jakiegoś czworonoga i pogalopować w stronę horyzontu, jak najdalej od zmartwień.
W stadninie wita się z właścicielką Annie Odair i z Kasparem Varnem, drugim stajennym. Wchodzi do budynku stajennego i podchodzi do boksu Avy, jej bułanej klaczy. Gładzi ją po pysku i rozgląda się wokół. Damena dostrzega w boksie Amelizy, prywatnej klaczy stojącej obok Dennemary, klaczy, którą podarowała Damenowi na urodziny, za pomoc jaką darzyła ją jego rodzina. Chłopak kochał konia nad życie i Eileen często słyszała, jak powtarzał do matki, że kocha go tak, jak kocha jego wcześniejszą właścicielkę. Po kilku dniach dziewczyna zrozumiała, że mówił o niej, bo to przecież kiedyś była jej klacz.
Eileen wkłada gumowe rękawice, chwyta grabie i podchodzi do miejsca pracy chłopaka. Zaczyna zgarniać gnój do taczki.
-Cześć- wita się najradośniej jak tylko w danej chwili potrafi.
-Hej- on uśmiecha się szczerze i promiennie.- Przyszłaś pomóc? Pewnie moja mama cię namówiła.
-Nie skąd. Przyszłam, bo pomyślałam, że może pojeździmy- uśmiech jej trochę blaknie, ale nadal udaje wesołą.
-Jasne- on cieszy się jeszcze bardziej.- Jak tylko skończę.- dodaje.
-Jak skończymy- poprawia go Eileen i razem kończą robotę.

Później biorą swoje konie na padok i zaczynają je szczotkować. To ważna czynność, bo koń nie może nosić siodła ze sklejkami pod czaprakiem. Mógłby się obetrzeć. Eileen wie, że to nieprzyjemne uczucie, już wiele razy obtarła swoją psychikę.
Wyjmuje z siodlarni czarne siodło wszechstronne, czarne ogłowie z wędzidłem łamanym smakowym, czerwony czaprak, kremową podkładkę i czerwone nauszniki. Damen podaje jej jeszcze czarne ochraniacze z czerwonymi i kremowymi paskami.
Dziewczyna siodła i kiełzna klacz, co zwierzęciu średnio się podoba, więc zaczyna prychać i parskać z niezadowoleniem.
Damen oporządza karą klacz z równym poświeceniem i stylem, nakładając na nią Czarne siodło i ogłowie, biały czaprak oraz nauszniki i czarno czerwoną podkładkę i ochraniacze.
Obydwoje zwinnie wskakują na swoje rumaki i od razu zapominają o tamtym świecie, który został 1, 80 m w dół. Jadą nad wodospad.
 

Prolog



Lisa, młoda służąca podaje jej ręcznik. Eileen wychodzi z wanny po ciepłej kąpieli. Woła do służki po szlafrok. Za chwilę dostaje go. Woła po kapcie ta jej przynosi. Całe szczęście, że nie stoi tu ze mną i nie czeka, aż pozwolę jej mnie umyć- wzdycha Eileen. Ma już dość wszystkiego. Ma dość usługiwania jej, ma  dość uśmiechania się do wszystkich i tego, że wszyscy się do niej uśmiechają, wszyscy oprócz Ethana.
-Tato!- woła zniecierpliwiona.
-Tatka nie ma dla ciebie czasu- szepcze jej matka i zamiast spytać o co chodzi zaraz odchodzi. Tu wszystko jest tak sztucznie piękne, że ojciec nie ma czasu dla córki.

Damen wrzuca worek ze śmieciami do pudła i wraca do kuchni.
-Kochany, obierzesz ziemniaki?- pyta mama.
-Damen, wyprałbyś mi skarpetki?- prosi brat.
-Damuś, może podasz mi piłkę- sugeruje siostra.
Damen jest w swoim świecie. Spokojny i posłuszny został wychowany, jak reszta jego rodzeństwa, by pomagać innym i zawsze służyć dobrą radą.
Gdyby ktoś zapytał go czy nie ma dość, raczej pokręciłby głową. To typ pracusia. Nigdy nie myślał o rebelii. Mieszka w spokojnym mieście, jest spokojny, inni są spokojni, wszystkim dobrze się żyje. Jest tylko jedna dziewczyna, dla której zrobiłby wszystko, ale to gruszki na wierzbie, czcze marzenia. Ona jest córką prezydenta.

Ethan skupia się na ciosie, na tym by go uniknąć. Jest synem gwardzisty. Jego życie to nieustanne treningi, nie ma na nic czasu. Podoba się dziewczynom, ale one mu jakoś nie przypadają do gustu, jeszcze nie spotkał tej jedynej. Nawet, a raczej zwłaszcza, córka prezydenta, nie jest według niego odpowiednia. Zbyt szalona, jak to ujął w rozmowie z ojcem. On jest typem zasadowego człowieka z regułami, których nie wolno łamać.

sobota, 15 listopada 2014

007 powraca wraz z 008- James Bond i Janette Cortez w akcji

 Skrada się. Jeden, dwa krótkie kroki. W głowie huczą jej zwrotki KaeNa. Stara się nie robić żadnego hałasu, nie pozostawiać ran na przeklętej ciszy, która ją otacza. Słyszy głosy, ale nie jest pewna, czy przypadkiem nie są one przywidzeniem. Jej myśli zaczynają się rozpraszać, a to może mieć negatywne skutki na misji. 
 Miała misję. Ważną, najważniejszą. Ważniejszą nawet od jej życia. Nie lubiła takich, ale to jej zawód. Żaden agent 00 nie może sobie pozwolić na zniewagę zadania. Muszą narażać życie dla królowej w brytyjskim wywiadzie MI6. 
 Osoby stojące za ścianą w pokoju do którego się zakradała przemieściły się w stronę drzwi, więc cofnęła się w cień. Wyszły trzy osoby i żadna jej nie zauważyła, i w żadnej nie rozpoznała jego. Siedział tam więc. Został tam. 
 Coś jest nie tak. Przecież on wie, że tam jest bomba. 
 Wparowała do środka zapominając na chwilę o ostrożności. Zobaczyła to, czego się spodziewała i czego zobaczyć nie chciała.
 Młody, przystojny mężczyzna leżał na ziemi. Blada skóra twarzy i umięśnionych ramion umazana była w jego karmazynowej krwi. Był nadal przytomny, związany i pobity, nie potrafił podnieść się o własnych siłach. Stała nad nim i milczała, a czas płynął. Kolejne sekundy pozostałe do wybuchu uciekały jej sprzed nosa. W końcu podźwignęła partnera i ostrożnie wyniosła z budynku. Jak najprędzej podbiegła z nim do samochodu i wcisnęła gaz do dechy. 
 Budynek wyleciał w powietrze za ich plecami. Fala gorąca zmieszana z dymem ścigała rurę wydechową jej Astona Martina ulepszonego przez kolegę z działu technologii. Odjechali, a w tylnej szybie majaczył jeszcze płonący budynek na horyzoncie.

Trzeba żyć naprawdę, 
Żeby oszukać czas.
Trzeba żyć najpiękniej, 
Żyje się tylko raz.
Trzeba żyć w zachwycie:
Marzyć, kochać i śnić.
Trzeba czas oszukać, 
Żeby naprawdę żyć./Maria Anna Jopek Ale jestem 

-Misja wykonana Z- oznajmiłam.
-Co to znaczy 008? Czy jesteś pewna, że cel nie żyje?- dociekała Z.
 Zamyśliłam się, a moja zwykła pomysłowość w zabawnych, refleksyjnych odzywkach nagle jakoś wyparowała. 
-Milczysz?- Z uśmiechnęła się z przekąsem.
-Bomba wybuchła, Z. Nie mogłam jednocześnie ratować S i sprawdzać, czy cel znajduje się tam, gdzie powinien. Co zawsze mi wpajałaś Z? Życie partnera, gdy można je ocalić jest ważniejsze niż śmierć celu, o którą można się postarać jeszcze raz. Życia byś mu nie przywróciła, Z, a miałabyś je na sumieniu, ja to wiem- spojrzałam na starszą agentkę, która próbowała ukryć zmieszanie.
 Z podniesioną głową, w której kłębiły się przeróżne myśli, wyszłam z gabinetu przełożonej. Jej sekretarka podniosła wzrok znad stosu papierów i uśmiechnęła się do mnie. Zabrałam płaszcz i czapkę i wyszłam na korytarz. Po drodze do swojego gabinetu natknęłam się na L z technologicznego, który pokazał mi nowe pistolety, składaną strzelbę i nowy wynalazek, aktówkę, która źle otwarta wybucha gazem łzawiącym w twarz. Później natknęłam się na 007 i Moneypenny, a na końcu rozmawiałam z moją sekretarką, która, o dziwo, zamiast za biurkiem siedziała przy barze z 003.
 Gdy weszłam do gabinetu natłok myśli jakby zatrzymał się przed drzwiami. Wolna od natrętnych refleksji wręcz rzuciłam się na fotel i okręciłam dookoła wyciągając przed siebie nogi uwięzione w ciasnych rajstopach i uśmiechając się sama do siebie. Potem wzięłam do ręki kartki leżące na biurku, a koniuszki szpilek oparłam o drewniany blat. Drugą ręką sięgnęłam po kubek kawy, który zostawiła tu dla mnie Annabeth, moja sekretarka.
 Nagle siedziba MI6 zatrzęsła się. Ciemna ciecz wylała się na ziemię nim zdążyłam upić jej łyk. Przerażona patrzałam jak w miejscu kropel substancji powstała dziura w podłodze. Szybko zebrałam się w sobie i zerwałam się z miejsca. Wybiegłam na korytarz, na którym pełno już było agentów, sekretarek i innych pracowników. Z złapała mnie, gdy schodziłem po schodach.
-Co się stało?- spytałyśmy tym samym opanowanym głosem w dokładnie tym samym momencie.
-Nie mam pojęcia. Najprawdopodobniej gdzieś w podziemiach wybuchła mała bomba, lub granat- odparła Z.
-Ktoś urządził zamach- wydedukowałam, a szefowa pokiwała głową w zamyśleniu.- Ta osoba zamieniła moją kawę na substancję żrącą- dokończyłam, a ona spojrzała na mnie szczerze zaskoczona. Cmoknęłam.- Coraz gorzej ukrywasz emocje Z- spojrzała na mnie gniewnie.
-Ty nie odpuścisz sobie żartu nawet, gdy w grę wchodzi twoje życie 008?- uśmiechnęłam się, gdy wypowiadała te słowa.
-Znasz mnie Z- stwierdziłam tylko.
 Wyszłyśmy na zewnątrz, gdzie dołączył do nas S podtrzymywany przez 007 i 003, bo nadal nie mógł sam chodzić. Jego nogi po ich ostatniej wspólnej akcji nie doszły jeszcze do siebie.
-James- odezwała się Z.- To był zamach na pannę Cortez. Czy masz jakieś propozycje? Z tego co wiem znasz wszystkich znajomych 008.
 007 uśmiechnął się do mnie i pokręcił głową.
-Janette nie miewa wrogów- panna Moneypenny szturchnęła go odrywając się od rozmowy z Ann. Ten nie zwrócił na nią uwagi patrząc na mnie, podczas, gdy ja odwróciłam się do Z. On zaraz też to uczynił, Eve obruszyła się i kontynuowała rozmowę z moją sekretarką, wcześniej odwróciwszy się od Bonda.
-Więc kto mógłby to zrobić?- pytanie retoryczne padło z ust Z. Takich nie lubiłam najbardziej.- Jan, ty i James zajmiecie się tym- oznajmiła nieodwołalnie.

Życie, życie
Opisywane tysiącami liter, liter,
Zalane falami, bitem, bitem
Momentami jadowite,-wite
Skalane problemami/KaeN

Kto dał wam to prawo,
Kto dał ci upoważnienie by sądzić, 
To całe zło karą, 
Kto tłamsi, kto na tej arenie błądzi/KaeN

 Milan Sunnyday odpoczywał na tarasie w ogrodzie. Wylegiwał się na leżaku w pełnym słońcu dwunastej godziny. Obok niego na stoliczku stały dwie puste butelki, jedna do połowy pełna i kieliszek wypełniony czerwonym półwytrawnym winem. Jego dziewczyna, młodziutka blondynka o czarnych oczach stała za tarasowymi, szklanymi drzwiami i przypatrywała się 30-latkowi. Zakręciła pasmo farbowanych włosów na palcu i zagryzła wargę. Milan dopił któryś już z kolei kieliszek wina doprawionego trucizną, która zaczyna działać po spożyciu większej dawki. Ta ilość powinna chyba wystarczyć.
 Milan był zagranicznym agentem i jego dziewczyna o tym wiedziała. Głupota. Kompletny brak ostrożności. Blondynka pracowała dla kogoś, kto teraz czekał w Astonie Martinie przed murem, którym otoczony był dom. 
-Stevieeee...- wycharczał Milan odwracając głowę w jej stronę. Jeszcze chwila i jego życie się skończy. Tak łatwo dał się skazać i osądzić.
 Dziewczyna ubrała czarny płaszcz i okulary przeciwsłoneczne, na głowę nasunęła kapelusz z dużym rondem i wyszła z willi rozglądając się uważnie dookoła.
 Wsiadła do Astona i spojrzała na kierowcę całując go w usta. Czarnowłosy mężczyzna bez jednego oka przycisnął pedał gazu i ruszyli. Wjechali na autostradę. Pędzili prawie 200km/h, jak pędzi się przez życie. Szybko, nie zważając na szczegóły, zadowoleni z małych zwycięstw, nieprzygotowani do dużych porażek.

Pamiętaj, żeby dążąc do celu nie zapatrzyć się jedynie na szczyt, bo można przeoczyć ważne wskazówki lub wpaść w pułapkę, którą zauważysz jedynie z dołu.

 Wzięłam do ręki gazetę. Przeczytałam nagłówek i zrobiło mi się słabo. Milan Sunnyday był amerykańskim agentem, który rozpracowywał małą szajkę przestępczą, która przeniosła się tu z Nowego Jorku. Znaleziono go nieżywego wczoraj wieczorem w jego rezydencji, a raczej na ogrodzie, gdzie leżał na leżaku z kieliszkiem w dłoni. Były tam resztki wina, w którym wykryto dziwną, nieznaną truciznę, jak powiedziała Z. Od razu stwierdziłam, że to może mieć jakiś związek z naszą sprawą. Trucizna w dużych ilościach, rozcieńczona z wodą, lub alkoholem zabijała w miarę szybko, zatykając drogi oddechowe. Stężona okazywała się żrącą nawet metal substancją.
 Jakiś związek był. D udowodniła to naukowo robiąc różne eksperymenty z oddzieloną od resztki wina z butelki, trucizną. Ale była jeszcze jedna sprawa. To mogła być zbieżność substancji, zabójca mógł być zupełnie inną postacią.
 007 tak, czy siak postanowił to sprawdzić, a ja, oczywiście, nie mogłam nie pójść z nim.
 Pierwszą i najbardziej podejrzaną była jego dziewczyna. L namierzył ją w Berlinie. Niezwłocznie Z kazała zarezerwować nam miejsca w pierwszym samolocie do stolicy Niemiec.
 Wsiadłam do samochodu z zamiarem odjechania do mieszkania, by się spakować. Eve podeszła do drzwi od strony pasażera i zajrzała przez okno. Nie miała zbyt miłej miny.
-Janette- odezwała się cicho.- Czy mogłabyś zostawić Jamesa w spokoju? Było miło, gdy się nie wtrącałaś...
Uśmiechnęłam się kpiąco.
-Byliście razem... wydawało ci się, że było miło... On ze wszystkimi gra...To była gra, Eve, gra...
-Wiec z tobą też gra- stwierdziła myśląc zapewne o tamtym czasie i tamtych słowach, czułych, żartobliwych.
-Może, ale ja lubię takie gry i umiem w nie grać- posłałam jej kolejny uśmiech i odjechałam, gdy tylko odsunęła się od okna zdziwiona.
 W mieszkaniu unosił się pozostawiony przeze mnie rano słaby już zapach truskawkowych perfum. Szybko zgarnęłam parę obcisłych topów, kilka par dresowych spodni, parę dżinsowych rurek i jedną suknię wieczorową, której zamierzałam unikać. Razem z bielizną zmieściłam swoje rzeczy w średniej walizce, do której włożyłam jeszcze notesy, piórnik z ołówkami i ukryłam w specjalnej skrytce potrzebne sprzęty, takie jak zapas amunicji, czy drugi, a raczej trzeci pistolet.
 W podskokach, dotąd u mnie nie spotykanych, wybiegłam z kamienicy. Wsiadłam do Astona i rzuciłam walizkę na tył. Zapaliłam silnik i podskoczyłam bardziej z zaskoczenia niż ze strachu. Sąsiednia kamienica wybuchła. Szczątki murów, pojedyncze kamienie i skały rozprysły się w powietrzu, wysiadłam nim jedna z nich trafiła w szybę mojego samochodu i odbiła się od niego. Pobiegłam do pozostałości budynku, który teraz płonął. jedna ze ścian została nienaruszona. Na ostatnim piętrze, na kawałku podłogi, który nie wyleciał w powietrze, kulił się chłopiec. Podłoga powoli kruszyła się i spadała ponad 5 metrów w dół. Dostrzegłam wypukłości na ścianie i podjęłam jedną z tych decyzji, które automatycznie oznaczają ryzyko. Zaczęłam się wspinać. Noga co rusz ześlizgiwała mi się z ceglanych murów ściany. Był taki moment, że trzymałam się tylko jedną ręką, na szczęście znalazłam oparcie dla nóg. Chwilę później byłam na górze. Chłopiec wyczuwając moje intencje przysunął się do krawędzi zostało mu już niewiele miejsca. Weszłam jeszcze parę centymetrów wyżej i wzięłam malca na jedną rękę. Dostrzegłam metalową rynnę i po chwili namysłu z trudem przeskoczyłam na nią i zjechałam w dół. 
-Gdzie twoja mama?- spytałam uśmiechając się do niego. Chłopiec wskazał odjeżdżającego Bentley'a. - Zostawiła cię?- spytałam, ale on pokręcił głową przecząco.- Porwano ją?- zaryzykowałam kolejne pytanie, a on przytaknął.- Zabiorę cię do Z, to bardzo miłą pani, chciałbyś ją poznać?- nie miałam pojęcia jak rozmawiać z dziećmi, ale oglądałam tyle filmów, że stwierdziłam, że może warto tak spróbować. O Z pomyślałam od razu, gdy mały zdradził uprowadzenie matki. Tak, czy siak musiałam jej o tym powiedzieć, a dodatkowo sądziłam, że ona mogłaby poradzić, co zrobić z malcem. Chłopiec z radością przyjął ten pomysł.

 Wieko bagażnika uchyliło się i Rosę oślepiło światło. Miała skrępowane ręce i zaprzestała walki z porywaczami już po pierwszym ciosie w brzuch. Nie wiedziała, czy przeżyje i czy wróci do syna, nie wiedziała, czy on żyje. Gdy wrzucili ją do samochodu nie słyszała nic oprócz potężnego huku. Mężczyzna o kruczoczarnych włosach wyciągnął ją z bagażnika i popchnął w stronę wysokiej, młodej blondynki. Ta założyła rękawiczki i spojrzała na mężczyznę krytycznie zza okularów przeciw słonecznych.
-Szef nie będzie zadowolony, jeśli ją pobijesz- zacmokała z naganą, jak to miała w zwyczaju.
 Rosa rozejrzała się puki mogła. Znajdowała się na terenie dużej posiadłości otoczonej wysokim murem. Przy bramie stało kilku wartowników. Naprzeciwko niej, przed wejściem do wielkiej willi, także kręciło się kilku. Obok Bentley'a zaparkowany był Aston Martin. Za tym prowizorycznym parkingiem i za domem rozciągał się ogród. Między drzewami kobieta dostrzegła rzekę, która przepływała przez posiadłość. Był przy niej mały mostek, a do niego przycumowany był luksusowy jacht. 
 Wysoka blondynka wzięła ją za rękę i poprowadziła w tamtą stronę aleją wzdłuż, której rosły wysokie i smukłe brzozy. 
 Gdy dotarli do jachtu spytała:
-Czyż nie piękny jachcik? Hawelą można w wiele miejsc dopłynąć.
 Więc tak nazywa się ta rzeka. Ale jak dostali się tak szybko z Londynu do Niemiec?
 Nim zdążyła odpowiedzieć sobie na to pytanie na ląd zszedł mężczyzna około 30-stki.
-Dobrze wywiązałaś się z zadania Stevie- powiedział do blondynki patrząc na Rosę.- Rosalindo Eileen Sommerspy, czy nie przypominasz sobie mnie?- spytał.
 Przyjrzała się mu uważnie był bardzo podobny do Milana Sunnyday'a, ale z tego co wiedziała z dzisiejszej gazety, jej dawna ofiara z czasów liceum, nie żyła. To prawda, że teraz spokojna i opanowana Rosa w czasach młodości była  znaną na całą dzielnicę chuliganką i niejedna osoba miała przykre wspomnienia z nią związane. Ale, żeby chować urazę przez około 10 lat i dopiero teraz wywlekać całą sprawę na zewnątrz?
-Milan?-zaryzykowała to imię.
-Twój ulubiony kolega, pamiętasz?- wyciągnął nóż. Podszedł do niej i przejechał jej ostrzem po szyi, po czym nie zostawiając tam żadnego śladu rozciął liny, które krępowały jej nadgarstki.-Widzisz Rose, tamte zdarzenia miały na mnie ogromny wpływ. Czy wiesz, że nie należy pokazywać mężczyznom, że są słabi, bo staną się niedowartościowani, pozbawieni jedynej naprawdę ważnej dla nich cechy, siły. Nie przebywałaś tak drogiej drogi, żeby tu po prostu umrzeć, to by było zbyt proste i nie w moim stylu...


-Z, czy Stevie na pewno jest teraz w Berlinie?- spytałam wchodząc bez jakiejkolwiek zapowiedzi do jej gabinetu trzymając na ręku chłopca, którego uratowałam z budynku, który wysadziła najprawdopodobniej właśnie o dziewczyna Milana Sunnyday'a.
-Oczywiście- powiedziała, a dla pewności sprawdziła na ekranie pokazującym jej lokalizację.-Płyną Hawelą.
-Więc jak to możliwe, że jakieś piętnaście minut temu była w Londynie i porwała jego matkę- ruchem głowy wskazałam na chłopczyka. Z dopiero teraz zwróciła na niego uwagę.
-Kto to?- spytała.
-Gdy odjeżdżałam spod domu sąsiednia kamienica wybuchła mi za plecami. Mały siedział na ostatnim piętrze przy nienaruszonej ścianie, na podłodze, która zaczynała się powoli kruszyć. Co miałam zrobić? Zresztą. Inaczej nie mielibyśmy tych informacji.
 Z pokręciła głową i zwróciła się do chłopczyka.
-Jak się nazywasz?
 Popatrzył na mnie pytająco.
-To jest Z, możesz z nią porozmawiać o mamie- uśmiechnęłam się i postawiłam go na podłodze. 
 Z posadziła go na krześle, a sama usiadła na krawędzi biurka. Wyszłam z gabinetu i natknęłam się na Eve. Ta spuściła wzrok, gdy tylko mnie ujrzała i powróciła do swojej pracy. pewnie rozmawiała z Jamesem.
 Na korytarzu panował ten sam ruch co zwykle. Pojedyncze osoby przemykały po cichu pod gabinetami agentów. Weszłam do swojego gabinetu przechodząc przez przedsionek, gdzie znajdowało się stanowisko Annabeth, przy którym stał 003.
-Jan, znajdowałem się przy lokalizatorze Stevie, gdy ty byłaś w swoim mieszkaniu. Masz rację. Dziewczyna jakby teleportowała się do Londynu, a potem z powrotem- oznajmił, a Ann spojrzała na niego swoimi pełnymi uczuć oczami.
 Kiwnęłam głową i weszłam do gabinetu, za dziesięć minut powinniśmy jechać na lotnisko. Miałam jeszcze chwilę na refleksje. Kto podłożył bombę w podziemiach siedziby i, czy to ta sama osoba, która zamieniła moją kawę na truciznę? Czy to mogła być Stevie? Tak, mogła. Milan załatwił jej kartę wstępu do naszej siedziby, bo tak jej ufał, że czasem załatwiała za niego sprawy, nawet w agencji. Mogła to być także jakaś osoba od nas, jakiś przeciek. Czy jakiś agent zniknął ostatnio bez jakiegokolwiek pożegnania, czy ktoś ostatnio w ogóle zniknął? Nie, wszyscy agenci, albo byli z Londynie, albo na misji, żadnego nie było w Berlinie. 
 Rozległo się pukanie do drzwi. Spojrzałam na zegarek i zerwałam się jak oparzona. Była już minuta po ustalonym terminie odjazdu. Walizkę zostawiłam w samochodzie, więc wzięłam tylko aktówkę i wybiegłam z gabinetu. Gdy otworzyłam drzwi wpadłam na 007.
-Janette, spokojnie- odparł ten z charakterystycznym uśmieszkiem.
 Razem zbiegliśmy na dół, do mojego auta. James wsiadł za kierownicę, co nie spotkało się z moim zadowoleniem.
 Heathrow pełne było ludzi. Szybko przeszliśmy przez kontrolę trzymając w rękach nasze licencje i usiedliśmy wygodnie na fotelach samolotu do Berlina. 
-003 powiedział, że widział, jak Stevie nagle, zupełnie jakby się teleportowała, przenosi się do Londynu, a potem z powrotem do Berlina- szepnęłam do Bonda, rozglądając się uważnie po pasażerach  pierwszej klasy.
 Ten zamyślił się na chwilę.
-Kiedyś miałem do czynienia z prototypem takiego urządzenia- odparł po sekundzie.
-Z teleporterem?
-Nie, ze zmieniaczem czasu- odszepnął.
-Naoglądałeś się Harrego Pottera?- zdziwiłam się. Prychnął.
-Mówię serio. Pewien szalony naukowiec skonstruował takie urządzenie. Miało ono pozwolić cofnąć się w czasie, ale zamiast to zrobić zatrzymało po prostu czas. Wszystko stanęło.
-Jeny, chciałabym mieć czasem takie misje, jak ty- westchnęłam.


-Jak to możliwe, że w sekundę znaleźliśmy się pod granicą  Niemiec, gdy wcześniej byliśmy w Londynie?- Rosa próbowała sklecić jakieś konkretne, poprawne gramatycznie zdanie.
-To proste, nie tak, jak konstrukcja tego urządzenia- wskazał na zegarek na ręce Stevie.- Zatrzymała czas i wszystko oprócz niej i Kalego stanęło, łącznie z tobą. Gdy dojechaliście do granicy Steve włączyła czas i się obudziłaś, nie dostrzegając różnicy. Proste?
-Nie- westchnęła Rosa.
 Płynęli właśnie po Haweli na północ Berlina. Słońce przygrzewało, a ona miała jeszcze wiele pytań.
-W gazecie pisali, że nie żyjesz- zaczęła.
-Och... No tak. Stevie podała mi truciznę, a zaraz potem zażyłem też antidotum. Zapadłem w śpiączkę podobną do śmierci. Potem Stevie zatrzymała czas i podmieniła moje ciało w kostnicy.
 Rosa skrzywiła się. Mogła się tego spodziewać. Wszystko byle do celu. Sama kiedyś ufała tej zasadzie.
 Dopłynęli do portu przy północnej granicy Berlina należącego do prywatnej osoby mającej tam posesję. Była to willa podobna do tej z której wypłynęli, także otoczona wysokim murem i ogrodem.
-Podoba ci się mój drugi dom?- spytał Milan. I wszystko jasne.

Gdy wylądowali w północnym Berlinie od razu zadzwonił do nich L, by oznajmić parę nowych wiadomości.
- Kobieta nazywa się Rosalinda Eileen Sommerspy. Znajduje się razem ze Stevie na posiadłości przy północnej granicy Berlina przy Haweli.
-Dzięki L- pożegnał się Bond i ruszyliśmy do naszego Hotelu.
 Po odebraniu klucza z recepcji znaleźliśmy pokój na trzecim piętrze. Był przestronny i bogato umeblowany i miał tylko jedno łóżko.
-Czy będę spał na podłodze?- zażartował James. Roześmialiśmy się oboje.
-Wiadomo, gdzie możemy spotkać Stevie?-zapytałam.
-Taka kobieta jak ona za nic nie przegapi balu u szanownej mieszkanki Berlina, który odbędzie się dziś wieczorem- Bond uśmiechnął się zawadiacko.
-Jakiej szanowanej mieszkanki?- spytałam, a on wzruszył ramionami.
-Chyba nie powiesz, że nie masz w co się ubrać?
-Nie tym razem 007- odwróciłam się do walizki i wyciągnęłam moją suknię.

 Bond gwizdnął tylko i z racji tego, że pora była już późnopopołudniowa poszedł przebrać się w swój gajerek. Ja szybko nałożyłam na siebie sukienkę i umalowałam oczy. 
-Będziesz królową wieczoru- odezwał się 007 i wyszliśmy.

-Szefie proszę...- błagała Stevie, a Rosa przyglądała się temu ze swojego miejsca przy stole.- To ważne przyjęcie, muszę tam być! Proszę.
-Hmm... Zgoda, ale masz być ostrożna i zabierz ze sobą Rosę. 
 Zaraz, to ona nie była tu by cierpieć za dawne grzechy? Nie rozumiała całej tej sytuacji. 
-Niech się zabawi ten ostatni raz. Później tam do was dołączę- zawyrokował Milan, a Rosa nie nie była zadowolona z jego słów, ale postanowiła cieszyć się ostatnimi chwilami, bo czemu by nie?
 Stevie wygrzebała z szafy dwie piękne suknie i pudło kosmetyków.
 Były to piękne, długie, lekkie sukienki bardzo do siebie podobne. Blondynka wybrała niebieską, więc Rosa zmuszona była wcisnąć się w różową. Stevie zrobiła jej makijaż, a potem umalowała siebie.
 Wyszły przed dom, gdzie czekała na nie limuzyna. Za kierownicą siedział Kali, czarnowłosy chłopak, który przywiózł ją tu. Stevie uśmiechała się do niego przez całą drogę. Rosa patrzała przez okno na krajobrazy miejskie, które przeplatały się z naturalnymi.
 W końcu dotarli pod wspaniałą białą willę. Kobiety wysiadły, a Kali odjechał. Weszły do środka. Stevie przedstawiła się portierowi, a potem powiedziała, że Rosa jej towarzyszy. Przeszły do dużej sali, w której znajdował się już tłum ludzi. Orkiestra grała, jedni tańczyli, inni siedzieli i gawędzili, a jeszcze inni podpierali ściany.
 Blondynka rozejrzała się i dojrzała kogoś, kogo nie tyle nie chciała, o ile nie powinna zobaczyć. 008 w towarzystwie 007. Nogi się pod nią ugięły.


 James stał przede mną z kieliszkiem w ręku. Oboje rozglądaliśmy się ukradkiem. Oboje w tym samym momencie dostrzegliśmy ją, a ona już wiedziała, że tu jesteśmy.
-Zatańczymy- spytał Bond. Przeszliśmy na parkiet i zaczęliśmy sambę wraz z innymi, którzy już byli na parkiecie.
-Nigdy nie zauważyłabym, ze umiesz tańczyć- zaczęłam.- Myślisz, że będzie chciała spróbować zabić mnie drugi raz?
-Najprawdopodobniej i może nawet tutaj- szepnął okręcając mnie wokół siebie.
-Ta druga, to Rosalinda, prawda?- spytałam, a on skinął głową.- Nie wygląda, jakby tu była za karę.
-Może gra... Trzeba to będzie sprawdzić.
-Jak? Przecież nas rozpoznała.
 Uśmiechnął się zawadiacko. 
-Zajmiesz czymś Stevie, w końcu to na ciebie poluje.
-No wiesz!- żachnęłam się.- Dobra, zrobię to, przecież mnie znasz.
-Nawet bardziej niż myślisz- powiedział i odszedł, bo piosenka się skończyła.
 Odszukałam wzrokiem Stevie. Stała nadal w tym samym miejscu. Rosy przy niej nie było. Tańczyła z jakimś mężczyzną. Bond na pewno to wykorzysta. Blondynka zaczęła iść w moją stronę więc skierowałam się do jedynego chyba pustego miejsca, korytarza bocznego. Tam spotkałam Stevie. Miała bardzo śmieszną minę, jeśli mam być szczera. Mieszanka zdziwienia, wściekłości i strachu. Miała szefa i się go bała.
-Ładnie to tak podmieniać picie uczciwym obywatelom?- spytałam.
-Nie miałaś ochoty na kawę?- odparowała.
-Jesteś morderczynią Stevie, dlaczego to zrobiłaś?- przywołałam do naszej rozmowy Milana.
-Nikogo nie zabiłam- warknęła patrząc na salę przez szparkę w drzwiach. Odsunęła się od nich i syknęła.- Patrz.
 Zerknęłam jednym okiem. Do środka wszedł nikt inny jak Milan Sunnyday. To wytrąciło mnie z równowagi i zapomniałam na chwilę o ostrożności. Stevie wykorzystała to i zaatakowała mnie. Spróbowałam się uchylić, ale jej pięść dosięgnęła mojego policzka. Zareagowałam na to atakiem i nawiązała się walka, która dla innego agenta 00 wydawałaby się śmieszna. W końcu, gdy Stevie wylądowała na ziemi udało mi się wyszarpnąć pistolet z tłumikiem z kozaka. Wiem, że schowek ten wydaje się śmieszny, ale jest bardzo poręczny. 
-Poddaj się Stevie- oznajmiłam celując w nią.
-Nigdy- warknęła rzucając się w moją stroną, a ja oddałam strzał. 
 Blondynka podła na marmurową podłogę z czerwoną plamą na sukience. Schowałam pistolet i wybiegłam za korytarza. W kilka sekund odnalazłam Bonda i Rosę.
-Uciekamy- zakomunikowałam i wyjęłam komórkę.
 Wybrałam numer do Annabeth rozglądając się w poszukiwaniu Milana. Ten jeszcze nas nie zauważył i szukał dwóch dziewczyn. Wybiegliśmy niezauważeni z sali i wsiedliśmy do auta nim moja sekretarka odebrała telefon.
-Witaj Ann, daj 003- poleciłam, bo dobrze wiedziałam, czemu tak długo czekałam na połączenie.
-Tak, Jan?-spytał agent.
-Mamy Rosę, Stevie nie żyje, wracamy do Londynu- zakomunikowałam obserwując tylne lusterko.
-Dobrze- odparł on.- Wysyłamy po was prywatny odrzutowiec MI6. Do zobaczenia- rozłączyliśmy się.
-Wracasz do syna Roso- oznajmiłam skręcając na autostradę prowadzącą między innymi na lotnisko.

środa, 12 listopada 2014

Annie Nigela- Inna droga przede mną

 Biegła przed siebie. Uciekała nie wiedząc nawet przed czym. Prawą ręką kurczowo trzymała jego dłoń. Gnała przed siebie. Ledwo łapała powietrze między kolejnymi krokami. On cały czas doganiał ją, a i tak nie nadążał. Gubił rytm szybkich susów dziewczyny i potykał się o własne nogi. Ciemna ulica ciągnęła się przed i za nimi. Jej ledwo oświetlony kraniec znikał za linią horyzontu między potężnymi gmachami wieżowców tworzących miejską betonową dżunglę. Przemykając pod kolejnymi latarniami nastolatka czuła się obserwowana mimo, że na ulicy nie było żywej duszy, ani ludzkiej, ani zwierzęcej, nawet rośliny pochowały się w najgłębsze zakamarki korzeni pozostałych po drzewach, które ścięto kilka dni temu. 

Pierwsza minuta może być ostatnią
Dlatego ceń jak ostatnią, dlatego wiedz, że ostatnią
Ostatnia minuta może być pierwszą 
I szczerze ch** w to bo rozumieją to gdy już jest za późno... /Sulin

 Chłodna atmosfera zżerała ją od środka. Zawsze pragnęła miłości, a nigdy nie dostała jej zbyt wiele. Wychowana na ulicy przez bandę gangsterów pod wodzą panienki z opieki społecznej. Jej uroda ściągała na nią same kłopoty i kolejne grzechy, a jedyna muzyka jaka rozbrzmiewała czasem w jej uszach to smutny, aczkolwiek prawdziwy rap, który swoimi specyficznymi wersami i bitem podtrzymywał ją na duchu i przy życiu. Do niedawna nie wiedziała, że mogłaby zrobić coś ze sobą, zmienić swoje tragiczne położenie, nakierować się na lepszą przyszłość.
 Powiew wiatru rozwiał jej włosy i oczy rozbłysły w świetle latarni. Zerknęła na chłopaka, którego uratowała przed męczeńską śmiercią, która w ogóle nie pojawiłaby się w jego życiu, gdyby nie ona. Jego twarz wyrażała najwyższe skupienie nad oddechem. Miał słabą kondycję. Spojrzała w bok w poszukiwaniu nazwy ulicy którą teraz biegli. Dostrzegła niebieską tabliczkę na wysokiej sylwetce górującego nad innymi budynku. Domańska 126. Mogli już zwolnić, bo znajdowali się prawie na drugim krańcu miasta.
 Stanęła nagle nie uprzedzając. On nie wiedząc o niczym odbiegł kilka kroków dalej, po czym zatrzymał się nagle, bo ona nadal trzymała jego dłoń. Dyszał ciężko łapiąc łapczywie oddech.
-Spokojnie, bo nam powietrza nie starczy- powiedziała uśmiechając się do niego przyjaźnie. On odwzajemnił się słabym uśmiechem, albo raczej jego imitacją.
-Dzięki- wydukał wpatrując się w ziemię.-Za ratunek.
-Spoczko- chciała być miła, udać tą radosną, pokazać mu, że nic się nie stało, teraz po prostu będziemy żyć dalej.
-Ałłł!- pisnął, gdy klepnęła go przyjacielsko w ramię. Najwyraźniej miał tam jakąś sporszą ranę.
 Dalsza konwersacja nie miała większego sensu więc jej zaniechała.
 Razem ustalili, że pójdą do jego domu i tam przenocują, a potem on zadzwoni po swoją matkę. Nadal byli nastolatkami. On typowym chłopakiem, którego życie opierało się na grach komputerowych i poleceniach rodziców wykonywanych niechętnie, ale bez szemrania. Ona była doświadczona przez los mimo młodego wieku i wiedziała, że co najmniej dziesięć decyzji podjęłaby inaczej, żeby nie siedzieć teraz w tym szajsie.
 Gdy zasypiała ustaliła jeszcze jedno. Nazajutrz pójdzie na policję i wniesie oskarżenie na gang opiekunki. Wtuliła się w miękką kołdrę, którą on jej wyjął z szafy w pokoju jego matki będącej aktualnie na zebraniu w innym mieście. Sen nadszedł szybko i był miłą odskocznią od rzeczywistości, z którą walczyła jeszcze wczoraj, jeszcze godzinę temu. Odpłynęła w objęcia Morfeusza.

Jeszcze będzie czas,
zobaczysz odwróci się karta,
każdy dobry człowiek w życiu w końcu musi mieć farta,
jeszcze będzie dobrze, uwierz ja to wiem!/ Bezczel

Przepraszam, że takie krótkie, ale nie miałam weny :(

niedziela, 9 listopada 2014

Kryminał z wampirem

Wybraliście fantastyczne opowiadanie kryminalne. Niech będzie.

 Zmęczona usiadła w fotelu. Praca wykańczała ją psychicznie. Całe to bieganie, życie w pośpiechu, nie chciała tego dłużej znosić. Można pomyśleć, praca asystentki nie jest trudna. Z  taką szefową, jaką jest Hanna, jest to najgorsze zadanie pod słońcem. Przynieś to, podaj to, przełóż to tam, nie nie, jednak tam, zawołaj Anie, pobiegnij po Piotra, ghrrr... Joanna czuła się wykończona. Wykonywanie poleceń innych nie było jej mocną stroną, ani lubianym zajęciem. Od kilku miesięcy zamierzała złożyć rezygnację, ale jakoś nie znalazła sobie jeszcze innej pracy.
 Sięgnęła po gazetę i od razu zajrzała na ostatnią stronę poświęconą ogłoszeniom. Szukam opiekunki...nie, Zatrudnię sekretarkę...nie, Poszukiwana kandydatka na członkinię służb specjalnych...CO!? Po pierwsze, od kiedy Służby Specjalne ogłaszają sie w gazetach, a po drugie, czy to nie to, czego szukała? Tak.
 Postanowiła. Jutro rzuca pracę. 
 Podekscytowana wyjęła jogurt z lodówki i usiadła przy stoliku w kuchni. Spojrzała za okno. Świat spowił już mrok wieczoru. pojawiły się pierwsze gwiazdy i księżyc. Ulicą nadal przejeżdżały samochody. Pojedyncze osoby wracające dopiero z pracy. Pochodniku przemykały skulone sylwetki ludzi uciekających do domu przed zbliżającą się godziną przestępczości. Nazwa ta została nadana godzinie zmroku przez ludność miasta, w którym więcej było złodziei i przestępców niż policjantów i agentów specjalnych. 
 Wzięła kolejną łyżeczkę truskawkowego jogurtu i znów przeniosła wzrok na świat za oknem. Zaczęło się jakiś wysoki, nieogolony typek wyrwał starszej kobiecie torebkę. Kobieta krzyknęła za nim, ale on już był daleko.
 To życie zdecydowanie nudziło już ją. Była kobietą pragnącą wrażeń. Emocje cały czas próbowały z niej uciec, pokazać się światu, ale przy obecnym stylu życia było to prawi nie możliwe. Joanna musiała być cały czas poważna i odpowiedzialna, a czasem miała ochotę po prostu się roześmiać, pokrzyczeć, uśmiechnąć do każdego, kogo minie na ulicy.
 Gdy tylko położyła się do łóżka zmęczenie i ciężar całego dnia dały o sobie znać i dziewczyna usnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki. Sen nadszedł od razu i był spokojny i miły w odróżnieniu do rzeczywistości. 
 Ostry dźwięk budzika wyrwał ją z magicznej sfery uczuć i marzeń. Chciała mieć daleko w tyle swoje obowiązki, ale postanowiła, że odejdzie z klasą. Bez spóźnień.
 Równo o 8.00 Joanna stanęła przed drzwiami gabinetu swojej szefowej. Zapukała, a gdy odezwał się głos zapraszający ją do środka, weszła. Hanna powitała ją cichym mruknięciem.
-Składam wypowiedzenie- oznajmiła Joasia. Hanna na chwilę przestała przekładać rzeczy na biurku, a potem prychnęła kręcąc głową. Joanna położyła papiery na biurku i wyszła bez słowa. Nie będzie się z nią użerała.
 Wsiadła do swojego samochodu. Teraz z zgodnie  z planem pojedzie do agencji. Włączyła silnik i podążyła za marzeniami i za zmianą życia.
 Pod podanym adresem znajdował się wysoki, opuszczony wieżowiec. Kobieta wzruszyła ramionami. Wyszła z samochodu i rozejrzała się dookoła. Wiatr szumiał w koronie dębu rosnącego prawie na ulicy. Nie było widać ani jednej żywej duszy.
 Podeszła do drzwi i zapukała. Otworzył jej mężczyzna ubrany w wytworny garnitur.
-W czym mogę pomóc?- spytał jak gdyby nigdy nic.
-Ja w sprawie pracy- odparła ona. Wtedy on rozejrzał się uważnie i zaprosił ją do środka.
 Opuszczony budynek w środku zmieniał się w nowoczesny biurowiec. Każdy pokój był urządzony pod  inną funkcję. Mężczyzna prowadził ją po schodach, na dziewiąte piętro. Znajdował się tam jeden wielki pokój. Za biurkiem siedziała kobieta wyglądająca na niezbyt młodą. Miała około 40-50 lat. Krótkie blond włosy zakręcały jej się w loczki za uszami, z których zwisały złote, długie kolczyki w kształcie łez. Usta miała pomalowane szminką w kolorze fuksji, a oczy okalały fioletowe, jasne cienie nad kreskami zakręconymi za zewnętrznym kącikiem oczu. Uśmiechała się promiennie.
-Witaj- powiedziała, a jej głos, mimo oficjalnego tonu, zabrzmiał bardzo miło i przyjaźnie.- Jestem Teresa Gnidzieńska. Rozumiem, że nie spodziewałaś się takiego wyglądu naszej siedziby, ale musisz zrozumieć, że dbamy o niewykrywalność i kamuflaż. Przedstaw się może?
-Jestem Joanna Aremczyk, mam 25 lat i jestem z pochodzenia pół-Niemką.
-Kim byłaś z zawodu, wcześniej?
-Asystentką reporterki Hanny Koźlewskiej.
-Wyczerpująca robota- skwitowała Teresa. Przytaknęła jej.- Dlaczego chcesz być agentką?
-To spełnienie moich marzeń... Myślę, że nadawałabym się do tej roboty. Jestem pewna siebie i wytrwała w dążeniu do celu, cierpliwa...
-Moto, zabierz dziewczynę na testy- odezwała się Teresa po chwili namysłu, a słowa skierowała do stojącego przy schodach mężczyzny, który Joasię tu przyprowadził.
 Facet skinął na nią głową i podążył na ostatnie piętro, a ona ruszyła za nim. Na dziesiątce znajdowały się dwa pomieszczenia. Jedno wypełnione było ławkami i regałami na książki przepełnionymi papierami, zeszytami i właśnie księgami. Drugie przypominało siłownię i laboratorium w jednym. Były tam sprzęty do ćwiczeń i różne pozamykane w fiolkach substancje, dużo różnych kabelków, czy przewodów zakończonych przyssawkami.
 Na początku Moto kazał jej usiąść w jednej z ławek i dał jej do wypełnienia czterostronicowy test na spryt i inteligencję, ale też umiejętność zapamiętywania szczegółowych informacji. Później zaprowadził ją do bieżni, podpiął kilka kabelków i kazał biec. Po około pół godziny zaczęła odczuwać zmęczenie, kazał jej przestać. Potem sprawdzał jej giętkość, szybkość, refleks, skoczność, celność i siłę. Joasia była wygimnastykowana i wysportowana, dzięki codziennemu bieganiu i spełnianiu zachcianek Hanny.
 Po testach wróciła do Teresy. ta po przeglądnięciu wyników myślała przez chwilę. W końcu odezwała się.
-Joasiu, twoje wyniki... są fantastyczne!- powiedziała uśmiechając się na sam koniec.
 Ze szczęścia prawie wybuchła. Wreszcie zrobiła coś w kierunku, który sama sobie wyznaczyła i się udało!
 Teresa powiedziała jej, że zostanie od razu wysłana na głęboką wodę. Niestety mieli niedostatek agentów na południu. Każdy człowiek się tam liczy.
 W związku z tym Joanna dwa dni później wysiadała z helikoptera na prywatnym lotnisku w dużym mieście. Została przywitana przez dwójkę agentów.
-Agentko Aremczyk, witamy w Gorzowie. Niech się pani nie spodziewa cudów, to taka sama dziura jak Piotrków Trybunalski- Powiedziała dziewczyna, a jej towarzysz uśmiechnął się pod nosem.
 Zaprowadzili ją do jakiegoś mieszkania znajdującego się w kamienicy, na dachu której wylądowali. Miało to być jej nowe lokum. Nieduża kawalerka urządzona w nowoczesnym stylu, niczym biuro w jej dawnym mieście.
 Już drugiego dnia na naradzie Joaśka poznała swoje zadanie i nie zaprzeczę, było trudne. Wymagało opanowania, wyczucia i umiejętności aktorskich, dużo kłamstwa. Miała wniknąć do grupki przestępczej. To nie było by tak straszne, gdyby nie to, że ta grupka dopuściła się ostatnio poważnych przestępstw, takich jak zabójstwo, czy brutalne pobicie, okaleczenie. Twarze sprawców były dotąd nieznane, mimo, że agenci pracowali nad tym już od około dwóch miesięcy. Ostatnio jeden z agentów zniknął.
 Joanna nie miała zbyt dużo czasu na  przygotowanie psychiczne. Przestępcy dość wyraźnie dali znać, że nie podoba im się jakiś polityk gorzowski i nie zamierzają dłużej żyć z nim na tym świecie. Ktoś musiał zginąć.
 Następnego dnia Joanna razem z agentem Karockim kręciła się niedaleko  kandydata na prezydenta Gorzowa. Przez cały dzień nie wydarzyło się nic ciekawego oprócz tego, że niewiadoma ręka zbiła szybę kamieniem, do którego była przyczepiona karteczka z niedwuznacznym tekstem. Szykuj się Korsak!  Do wieczora Joanna chodziła z kąta w kąt zastanawiając się właściwie, co zrobi, gdy zabójcy się pojawią. Podejdzie do nich i powie, że chce się do nich przyłączyć? To śmieszne!
 Siedziała w kącie, gdy gdzieś rozległ się strzał. Z prędkością torpedy wyleciała na zewnątrz. Nie zdążyła się porządnie rozejrzeć, kątem oka dostrzegła jedynie martwego Karockiego, gdy sama dostała. Kula trafiła ją w górną część uda. Wrzasnęła przeraźliwie czując jak ból rozchodzi się jej się po całym ciele. Ktoś do niej podszedł. Nie zauważyła, kiedy upadła. Osoba nachyliła się nad nią rozpoznała twarz polityka. Facet wyprostował się i zaraz odleciał parę metrów do tyłu. W ułamku sekundy znalazł się przy nim wysoki mężczyzna o bladej twarzy i szczupłych dłoniach. Jedna z nich zacisnęła się na szyi Korsaka nim Joanna zdążyła mrugnąć.
 Jakaś inna, równie szybka, postać podbiegła do niej. Nachyliła się nad nią, a raczej nad jej raną, która krwawiła obficie. Postać ubrana była w czerń współgrającą z jej ciemnymi oczami błyszczącymi w świetle księżyca. Chłopak pochylił się nad jej raną szczerząc kły.
-Zostaw- warknął mężczyzna, który wcześniej podbiegł do teraz już nieżyjącego polityka.- Zabierzemy ją ze sobą.
 Odszedł, a ona wypuściła powietrze, które wcześniej wstrzymywała tak długo, że była już tak blada, jak zabójcy. Chciała się wyrywać, gdy postać podniosła ją, ale ból w nodze wrócił za zdwojoną siłą i dziewczyna zemdlała.

 Otworzyła oczy. Pomieszczenie, w którym się znajdowała było zaciemnione. wyczuwała obecność kilku osób mimo, że ich nie słyszała. Powędrowała ręką do rany na udzie, ale po tej nie było ani śladu. Czyżby to był tylko sen? Ale gdzie się w takim razie znajduje? To zdecydowanie nie jest jej dom. Spróbowała wstać. Udało się. Jej wzrok powoli przyzwyczajał się do mroku. Zaczynała wychwytywać kolejne szczegóły. Pierwsze co rzuciło jej się w oczy to nienaturalna szybkość z jaką poruszały się osoby znajdujące się w pomieszczeniu.
- Śpiąca królewna się obudziła?- bardziej zauważył niż zapytał jakiś chłopak, w którym Joanna rozpoznała mężczyznę, który zabił Korsaka.
-Kim jesteś?- spytała cofając się kilka kroków.
-Ach... Zapomniałem, wybacz brak manier. Jestem książę Ander Kaspijski- skłonił się nisko i wyciągnął do niej dłoń. Chudą i bladą. Chciała się jeszcze cofnąć, ale przeszkodziła jej prycza, na której leżała.- A ty? ...agentko? Jak się nazywasz?
-Królewna Śnieżka- prychnęła. Ten koleś był jakiś naćpany. Dziś w Polsce nie ma już książąt, czyżby nie zauważył, może zabijanie zajmuje mu zbyt dużo czasu.
-Nie pogrywaj sobie ze mną. Chciałem być miły- wyraz jego twarzy zmienił się. Był wkurzony.- Przedstawiłem się. Teraz ty.
-Joanna Aremczyk- pokręciła głową z niechęcią. Ten człowiek był dziwny.
-Czemu zakładasz, że jestem człowiekiem?- spytał, gdy tylko ta myśl przemknęła przez głowę dziewczyny. Nie chciała nawet odpowiadać, a ona na odpowiedź nie czekał.- Jestem Wampirem.
 Nie mogła się  powstrzymać i parsknęła śmiechem. Spojrzał na nią krzywo.
-Śmieszy cię to dziewczynko?- zbliżył się do niej i nim zdążyła się odsunąć odepchnął ją. Wylądowała za pryczą. Upadek zabolał ją trochę mniej niż powinien. Cieszyła się z tego, ale z drugiej strony niepokoiło ją to tak bardzo, jak nadnaturalna szybkość Andera. Chyba powinna mu uwierzyć. Kaszlnęła.
-Po co mnie tu zabraliście?- wykasłała kilka słów między kolejnymi kaszlnięciami. Kaszlała krwią.
-No nie, czemu ty zawsze robisz sobie krzywdę- pokręcił głową zamiast odpowiedzieć na jej pytanie.
 Zniknął, a gdy wrócił trzymał w ręce butelkę z czerwonym płynem.
-Pij- nakazał.
Pokręciła głową.
-Nie piję alkoholu- myślała, że to wino.
-To nie wino, to krew, a teraz pij- spojrzał na nią surowo. Upiła łyk. Ohyda. Zmusiła się żeby nie wypluć napoju. Chwilę później poczuła się lepiej, jakby stała się silniejsza. Wypiła resztę.
-Po co tu jestem?- powtórzyła głośniej wcześniejsze pytanie.
 Wzruszył ramionami.
-Zwykle nie zostawiamy świadków.
-Więc, czemu mnie nie zabiłeś?
 Znów wzruszył ramionami.
-Po co go zabiłeś?- spróbowała z innym pytaniem.
-Groził mi.
-Super! Jakbym je ci zagroziła, to też byś mnie zabił?- jej tok rozumowania opierał się tylko o to, że nie wolno zabijać niewinnych osób, ale czy Korsak aby na pewno był niewinny.
-Dwa razy nie- odparł po chwili Ander.- Nie zabiłbym cię. Korsak nie jest niewinny. To był jedyny człowiek, który mógłby zaszkodzić wampirom. Nie znam większego drania.
-O co chodzi?- zaryzykowała kolejnym pytaniem. Szczerze interesowała się jego historią.
-Kiedyś, w starożytności wampiry żyły obok ludzi, czasem nawet im pomagaliśmy. W średniowieczu, gdy chrześcijaństwo zaatakowało świat, ludzie wzięli nas za demonów. Nie jesteśmy nimi. Wampiryzm to taka mutacja. W starożytności nie było pewności, gdy przeprowadzało się  eksperymenty. Mój prapradziadek był naukowcem, czy jak to się wtedy mówiło, filozofem, chemikiem. Chciał zmutować zwierzęta by nie potrzebowały zabijać. Nie wyszło mu. Wybuch wszczepił w jego ciało wrogie cząsteczki, które zaatakowały jego komórki. Stał się pierwszym wampirem. On i jego asystenci. Byli pierwszymi czterema wampirami. To wszystko dzieło człowieka. A ludzie uznali nas za demony, bo żywimy się ich krwią. Nawet nie musimy zabijać- głos mu się załamał.- Ale ludzie nie chcieli tego przyjąć do wiadomości. Przyjaciele się od nas odwrócili. Czasem myślę, że nawet Bóg już mnie nie kocha.
-Ale w niego wierzysz- wtrąciła cicho, a on skinął głową.-Więc on nadal cię kocha. A jak to jest, że jesteście nieśmiertelni?- szybko zmieniła temat. Był niewygodny dla nich obojga.
-Nasze komórki nie obumierają. Są silniejsze niż normalne, ludzkie komórki.
 Ta rozmowa nie była jedyną tak miła pogawędką. Joanna powoli z dnia na dzień zapominała o wcześniejszym życiu. Jadła coraz mniej. Stawała się bledsza i słabsza. Cały czas tylko rozmawiała z Anderem, lub jego siostrą Aleą. Dziwne imiona chyba były ich tradycją. W domu, który był dworem królewskim znajdującym się tak naprawdę nie wiadomo gdzie, mieszkało wiele wampirów, ale także kilkoro ludzi. Joanna często przebywała z nimi. Nauczyła się hiszpańskiego i niemieckiego rozmawiając z Petrą i Alehandrem.
 Któregoś wieczoru, który dla wampirów był wczesnym rankiem, Joaśka siedziała w kuchni popijając krew i przegryzając ją tostem z serem. Kiedyś cieszyłaby się z takiego śniadania dzisiaj powiedziałaby, że to jej  codzienność. Do pomieszczenia wszedł Kaspar, któryś z kompanów Andera, ten, który pochylał się nad nią w dzień zabójstwa Korsaka. Joanna spojrzała na ścianę i nagle zakręciło się jej w głowie. Zasłabła.

 Gdy otworzyła oczy pochylał się nad nią Ander, a w kącie stał Kaspar. Drzwi otworzyły się i do środka wszedł starszy wampir. Joanna wywnioskowała z jego korony i ubioru, że to król. Ander i Kaspar skłonili mu się. On podszedł do łóżka na którym leżała dziewczyna.
-Joanno- spojrzała na niego.- Jesteś słaba. Masz tylko jedno, dwa wyjścia, musisz stać wampirem, inaczej zginiesz w ciągu kilku dni- no tak, facet nie owija w bawełnę. Joasia skinęła głową. Król wyszedł.
 Ander usiadł przy niej i złapał ją za rękę.
-Jeśli chcesz mogę cię zmienić- odezwał się cicho. Jakże różnił się od Andera, którego poznała jakiś rok temu. Czy naprawdę minął już rok? Spojrzała na Kaspara, który nadal stał w progu i patrzał na nią z dziwnymi emocjami ukrytymi w oczach. Ander warknął. Wiedział, że jego kumpel myślał o Joasi.
-Wybij to sobie z głowy- krzyknął, a gdy ten pokręcił głową zaczęło się piekło.
 Można pomyśleć, że wampiry rozwiązują swoje konflikty inaczej, ale może to właśnie to najbardziej do nich pasuje. Walka. Śmierć i życie, chyba tylko jedna z tych rzeczy może zakończyć ten spór. Joanna dopiero po chwili ogarnęła o co może chodzić wampirom. Przyszła do niej Alea i zadała chyba najbardziej oczywiste pytanie, kogo by wybrała, a Joanna podała jej chyba najbardziej oczywistą odpowiedź. Ander, to jego by wybrała. Alea pokręciła głową i odeszła.
 Trzy godziny później walka w końcu się skończyła. Przerwana została przez króla, który pomylił się po raz pierwszy od wieków. Joannie zostało zaledwie kilka godzin.


 Teresa przebierała się właśnie. Od dawna, a raczej w ogóle nie dostała żadnej wiadomości od Joanny Aremczyk, a gang, którego infiltracją miała zająć się dziewczyna nie dawał znaków życia od tego samego czasu. Od śmierci Korsaka.
 Ubrana w odświętny garnitur weszła do pokoju. Okno trzasnęło z trzaskiem zamykane przez wiatr. Dziwne, przecież zamykała je piętnaście minut temu. Spojrzała na pomieszczenie. Na sofie leżała Joanna.
 Teresa podeszłą do niej i krzyknęła. Dziewczyna nie żyła.

Sorry, że więcej tu fantastyki, niż kryminału, ale jakoś tak wyszło. Jaki macie pomysł na kolejne opowiadanie? Zamieszczę nową ankietę, ale możecie także, oprócz opinii podawać w komentarzach możliwe tytuły.

sobota, 8 listopada 2014

Harry Potter- Poznajcie Naomi Havart

 Jak myślicie, jak będzie się zachowywać piękna Ślizgonka? Czy będzie samolubna, lekko egoistyczna, chamska? Może, ale nie Naomi. Naomi jest długonogą, bardzo inteligentną brunetką, o śniadej cerze, falowanych włosach do pasa i czarnych oczach z błękitną otoczką przy źrenicy. Dziewczyna jest spokojna, sprawiedliwa, sympatyczna, mądra, sprytna i odważna. Ma cechy każdego z domów, dlatego tiara wzięła pod uwagę jej decyzję. Naomi zawsze pragnęła przynależeć do Slytherinu. Zawsze od kiedy dowiedziała się, że jest czarownicą. Nastolatka jest mugolką z natury, pierwszą szlamą w Ślizgońskim domu.
 Od pierwszych dni w Hogwarcie dziewczyna zaprzyjaźniła się z Harrym Potterem, Hermioną Granger, Ronem Waesley, oraz Ginny Waesly oraz Luną Lovegood i Nevillem Longbottomem. Od pierwszych dni także zakochał się w niej Draco Malfoy, przystojny, starszy o rok Ślizgon o blond włosach i paskudnym charakterku dyrygowanym przez jego ojca. 
 Od początku roku Naomi niczym Hermiona większość czasu spędzała w bibliotece. Studiowała nie tylko potrzebne księgi, ale także materiał klas starszych. Nic więc dziwnego, że Profesor Dumbledore postanowił przenieść ją o rok wyżej już pod koniec pierwszego roku. Naomi swoim niespotykanym charakterem powoli zmieniła Draco i Blaise'a. Co zrobiła? Nauczyła ich własnego zdania i odróżnienia dobra od zła nie tylko swojego, ale też drugiej osoby. To ona pomogła Zabiniemu oczarować Ginny.
 Naomi Havart zawsze miała w sobie to coś, co sprawiało, że nawet Snape i Umbridge ją lubili.

Najważniejsze jest, by rozpoznać dobro, gdy otacza się zło i mimo atakującego zewsząd mroku podążyć za światłem.

 Podążałam za tłumkiem Ślizgonów i Gryfonów kierujących się do lochów na kolejną fascynującą lekcję eliksirów. Gdzieś za mną szedł Draco i Blaise z Ginny, oraz Harry, Hermiona i Ron. Wszyscy, mimo sprzeczek i kłótni, byliśmy dość zgraną paczką. Poznaliśmy się na pierwszym roku. Draco i Harry skakali sobie do gardeł i nadal często sobie dogryzają. Teraz jednak każdy z nich wie, że może na drugim polegać.
 Zaraz po nas do klasy wszedł Snape. Jak zwykle ponury, smutny. Cisza zapanowała automatycznie, gdy nauczyciel się odezwał. Bez zbędnego przywitania kazał nam otworzyć podręczniki i przeczytać o jakimś eliksirze, a później, według zamieszczonych w książce wskazówek, przygotować go. Wczorajszy eliksir nie wyszedł mi zbyt dobrze więc dzisiaj postanowiłam skupić się jeszcze bardziej. Dwa razy przeczytałam składniki, zebrałam je wszystkie i jeszcze raz sprawdziłam. Zgadza się. Teraz kolejność dodawania ich. Najpierw to..., później to... Chyba się udało, następnie trzeba mieszać przez trzy minuty. Ustawiłam sobie magiczny stoper i zaczęłam mieszać wywar. Zmieniał on barwę z żółtej na czerwoną, a później na fioletową. Koniec.
 Zawołałam profesora. Snape podszedł sprawdził eliksir swoim sposobem, który zawsze podziwiałam. Nauczyciel rozpoznawał większość mikstur jedynie po wyglądzie i zapachu. Pochwalił mnie za perfekcyjnie wykonany kolejny eliksir i odszedł.
 Przez kolejnych kilka minut do końca lekcji siedziałam patrząc w sufit i rozmyślając o wczorajszym meczu Slytherinu z Gryfindorem. Remis był jak najbardziej sprawiedliwym wynikiem, choć Ślizgoni rozegrali większość akcji tego meczu.
 Kolejna w planie była Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami. Jedna z moich ulubionych lekcji tłumaczona oczywiście miłością do zwierząt, nie tylko mugolskich. Draco nigdy raczej nie przepadał za tą lekcją, ale chodził na nią chętnie i zwykle kręcił się gdzieś koło mnie patrząc jak obchodzę się ze stworzonkami. Nie powiem, schlebiało mi zawsze z jakim podziwem patrzył na mnie, gdy pracowałam nad jakimś zadaniem, z którym on by sobie nie poradził.
-Dziś będziemy obserwować jednorożce- cała klasa zamarła, gdy Silwanus Kettleburn wypowiedział te słowa. Jednorożce, to bardzo rzadkie i chronione zwierzęta, które niezbyt lubią towarzystwo ludzi.- Profesor Dumbledore pozwolił na jedną taką lekcję i udostępnił nam pod obserwację jednorożce żyjące w Zakazanym Lesie.
 Rzecz jasna, wybraliśmy się potem do lasu, gdzie obserwowaliśmy, jak matka karmi młode, jak inne małe jednorożce uczą się chodzić. Cała ta godzina dłużyła mi się lekko, ale obecność tak magicznych stworzeń wynagradza wszystko.

środa, 5 listopada 2014

Obudźcie się

Kilka osób już odwiedziło tego bloga, głosujcie w ankiecie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Koty są bardzo towarzyskie i charakterne. Uwielbiają chodzić własnymi ścieżkami i zawsze będą miały inne zdanie niż ty.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Annie Nigela

 Annie Nigela to zwykła 16-latka. Ma długie czarne włosy, brązowe oczy i kilka pryszczy na twarzy. Na co dzień przejmuje się takimi rzeczami, jak wygląd, makijaż, czy ostatnia randka, sprzed dwóch miesięcy. Rzadziej obchodzi ją nauka. Ma średnie stopnie w szkole, tróje, czwóry, zdarza jej się gadać na lekcji. Jej matka jest biznesmenką, a ojciec pokerzystom, któremu szczęście sprzyja rzadziej niż pech. Rodzice często wyjeżdżają, a nastolatka nocuje u babci, która ma obsesję na punkcie jedzenia i jest lekką dziwaczką, jak twierdzi jej sąsiadka. 
 Nic więc dziwnego, że gdy rodzice Annie giną w wypadku samochodowym, zrozpaczona i niepogodzona ze stratą dziewczyna zostaje dodatkowo zmuszona do zamieszkania u swojej Buni. Nie zrozumcie tego źle. Dobrze, że chociaż ma gdzie mieszkać, ale od jakiegoś czasu paniom nie układa się zbyt dobrze. Większość osób uważa skrycie, lub nie, że staruszka dziwaczeje. Annie z dnia na dzień upewnia się w tych poglądach.
 Tak wyglądało życie dziewczyny zanim w jej życiu pojawiła się Anabeth. Tylko może najpierw wyjaśnię, jak to się stało.
 Babcia dziewczyny miała ponad 70 lat i chore serce. Pewnego pięknego dnia, gdy leżała na tarasie, w cieniu topoli, zeszła na zawał. Annie została zaatakowana kolejną stratą. Jej opiekunką została właśnie Anabeth Cortez. 35-letnia kobieta lubująca się w pisaniu opowiadań do gazet dla nastolatków. 
 Po dwóch tygodniach pobytu Annie mimo woli stwierdza, że wolała mieszkanie z babcią.

***
 Słońce praży, wiatr przestał wiać, deszcz ani myśli wychylić się zza chmurek, smutna, długonoga i długowłosa dziewczyna zmierza ulicą. Głowę ma spuszczoną, włosy tańczą na jej twarzy, smutne oczy wpatrzone są w chodnik.  Patrzę w jej stronę i nagle nie widzę świata poza nią. Spogląda na mnie i uśmiecha się nieśmiało, przyjaźnie. Muszę podejść, zagadać, zapytać, dlaczego tak się smuci?
-Zrobiłam coś złego- odpowiada.
-Komu?
-Tobie- szepcze wptrując mi się przepraszająco w oczy. Stoję zdezorientowany.
-Ale ty mi nic...- nagle nie wiadomo skąd wyskakuje pięciu wielkich jak byki facetów. Zakładają mi worek na głowę i gdzieś prowadzą. Próbuję się wyrwać, ale jedyna odpowiedź, jaką otrzymuję, to cios w głowę. Nim tracę przytomność do moich uszu dobiega urwany szloch dziewczyny.

***
 Siedzę w pokoju i płaczę. Anabeth każe mi nie schodzić na dół pod żadnym pozorem. Dobiegają mnie stłumione krzyki, jęki, płacz... Torturują go.
 Dlaczego ja to zrobiłam? Czemu się nie postawiłam? Nie potrafię powiedzieć nie kryminalistce. To musi się skończyć. Tyle w życiu nasłuchałam się o asertywności i odmawianiu. Jestem słaba. Z moich oczu spływają kolejne łzy. Jakiś głos w sercu mówi mi, że powinnam uratować chłopaka od niechybnej śmierci. Tylko jak? Mogłabym powiedzieć, że tylko to pytanie stoi mi na drodze, ale byłoby to kłamstwo, stoi za tym o wiele więcej moich lęków.
 Chwile ciągną się niemiłosiernie wypełnione wrzaskami przystojnego chłopaka, którego dałam pojmać. Jedna, druga i trzecia sekunda... Postanawiam nieodwołalnie wyciągnąć go z bagna, do którego go wrzuciłam.

sobota, 1 listopada 2014

Harry Potter- Gdzieś pomiędzy lekcją eliksirów i OPCM

Jako, że wiem iż zanim dostatecznie dużo osób wejdzie by zagłosować wstawiam opowiadanie 0. Będzie ono o Harrym Potterze. na pewno wiele osób czytało tę książkę, jestem otwarta na krytykę, choć jej nie lubię. ;)  Komentujcie, wyrażajcie swoje zdanie i przede wszystkim czekam na wasze opowiadania. Więcej info na stronie twórczość czytelnika.


Lekcja skończyła się, zanim Snape skończył oceniać przygotowane eliksiry. Na szczęście. Czułam, że to nie był mój dzień, mimo, że Snape mnie lubił. Profesor miał to do siebie, że wydawał się nie czuły i obojętny na świat, a przy tym starał się nudę i pustkę w życiu wypełnić docinkami o uczniach i wytykaniem ich wad. Ile złego potrafi z człowiekiem uczynić utracona miłość.
-Naomi- Draco złapał mnie za ramię, gdy wychodziłam uśmiechnięta z gabinetu znajdującego się w lochach.- Będziesz jutro na meczu z Gryfonami?- jakże mogłabym sobie odpuścić?
-Przecież wiesz, że Quidditch, to moja pasja, za nic nie opuszczę tak ważnego meczu- mrugnęłam do niego porozumiewawczo. Od zawsze kibicowałam Ślizgonom we wszystkich meczach, ale nigdy nie chciałam sama grać. Wolałam książki i zwierzęta.
Nikt chyba także nie wiedział dlaczego, ale często przesiadywałam z Hermioną, mimo, że była ze znienawidzonego przez innych domu i zawsze złagadzałam kłótnie Harrego z Draconem. 
Szłam właśnie do biblioteki, by pouczyć się Hermą do OPCMu, gdy natknęłam się na Ginny.
-Hej-przywitała się, a ja kiwnęłam jej głową.- Widziałaś Blaise'a?
Kiwnęłam znów głową i wskazałam w kierunku, w którym odszedł razem z Draco.
Blondyn kochał się we mnie od pierwszej klasy, mimo, że byłam szlamą. Ja też go kochałam. Dużo osób mówi, że go zmieniłam. Ja? Nie, raczej sam się zmienił. Dla mnie. Już na początku pierwszego roku powiedziałam mu, że musi choć trochę zaniechać dręczenia moich pierwszych przyjaciół w Hogwarcie. Co dziwne, przystał na ten warunek. Teraz, gdy o tym myślę, sądzę, że on zawsze był sympatyczny, tylko ukrywał to, ze względu na ojca.
Znalazłam Hermionę tam gdzie zawsze i tak jak zawsze, czyli przy stole, między stertami książek, zaczytaną.
-Cześć- przywitałam się, a ona mruknęła coś niezrozumiałego, dopiero po chwili odrywając wzrok od czytanej strony.
-O, Naomi, hej, znalazłam ciekawe książki opisujące użycie poszczególnych zaklęć- wskazała na dwie leżące samotnie po lewej stronie opasłe księgi. 
Mimo niechęci zabrałam się od razu do wertowania ich. Znalazłam kilka ciekawszych i skupiłam się na nich. Sama nie wiem, kiedy przerwa minęła i przyszedł po mnie Draco, w towarzystwie Ginny i Blaise'a. Podziękowałam Hermionie i zostawiwszy ją z Weasley'ówną poszłam razem z chłopakami na lekcję Wróżbiarstwa, nielubianą przez wszystkich Ślizgonów, nawet przeze mnie.
Nie wiem do końca co robiłam na lekcji z panią profesor Dziwaczką(nazwa wymyślona przez Dracona), ale zostałam kilka razy poproszona o cichsze zachowywanie się. Pewnie, jak zwykle gadałam. Gdy już minęła ostatnia minuta męki, po prostu sfrunęłam po schodach wieży. Ani Malfoy, ani Blaise nie mogli za mną nadążyć. Zatrzymałam się dopiero na dole, niedaleko gabinetu Umbridge, ale tylko dlatego, że ją zauważałam. Na szczęście patrzyła w inną stronę i nie widziała mojego wniebowzięcia. 
Za chwilę miałam mieć z nią lekcję OPCM. Lubiłam te zajęcia przed jej przybyciem, przed jej dyktaturą, gdy uczyliśmy się stosowania zaklęć w praktyce. Teraz studiowanie podręcznika nie kojarzyła mi się zbyt dobrze, ale i tak miałam wysokie noty, prawie takie, jak Hermiona. 
Weszliśmy do klasy i miła atmosfera panująca na korytarzu zniknęła zastąpiona przez chłodną dyscyplinę utrzymującą się w klasie Landryny.